
Wnuk przyniósł jedynkę z matematyki. Córka ogłosiła karę: tydzień bez telefonu i „bez chodzenia do babci". Tak się dowiedziałam, czym jestem w tym domu - nagrodą do odebrania. Wieczorem mały napisał z telefonu taty jedno słowo: „przepraszam".
Zobaczyłam tę wiadomość o dwudziestej trzeciej, bo już leżałam w łóżku z książką na brzuchu i gasnącym wzrokiem. Numer Darka - zięcia. Ale słowo było Kuby. Poznałam po tym „przepraszam" - bez kropki, bez wielkiej litery, jakby się bał, że ktoś usłyszy, jak pisze. Dziesięć lat i już umie przepraszać za rzeczy, które nie są jego winą.
Odłożyłam telefon ekranem do dołu. Potem go znowu podniosłam. Potem jeszcze raz odłożyłam. I tak do pierwszej w nocy.
Nazywam się Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech jestem na emeryturze po dwudziestu ośmiu latach w księgowości zakładu budowlanego w Poznaniu. Mówię o tym, bo to ważne - całe życie liczyłam. Kolumny, wiersze, salda. Wszystko się musiało zgadzać co do grosza. A teraz siedzę w mieszkaniu na Ratajach i nie potrafię policzyć, ile jestem warta dla własnej córki.
Monika jest moją jedyną. Urodziłam ją, kiedy miałam dwadzieścia cztery lata, a Staszek - mój mąż - pracował jeszcze na kolei. Staszka nie ma od siedmiu lat, rak płuc, trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Zostałyśmy we dwie. Znaczy - ja zostałam. Monika miała już wtedy Darka, Kubę i swoje życie na Winogradach, dwadzieścia minut autobusem.
Kuba to moje światło. Mówię to bez wstydu, bo babcie mają prawo mówić takie rzeczy. Przychodził do mnie we wtorki i czwartki po szkole, bo Monika pracuje w aptece do osiemnastej, a Darek jeździ tirami i bywa go tygodniami. Robiłam mu kanapki z żółtym serem i ogórkiem, pomagałam z polskim, a on mi pokazywał jakieś filmiki na tablecie i śmiał się, że nie rozumiem. Zwykłe rzeczy. Zwykłe popołudnia. Ale dla mnie - całe życie po Staszku, cały sens tych pustych pokoi.
A potem przyszedł ten poniedziałek.
Monika zadzwoniła o szesnastej. Nie „cześć, mamo", nie „co słychać" - od razu ostrym tonem:
- Kuba dostał jedynkę z matmy. Jedynkę! Z kartkówki o ułamkach.
- No, ułamki bywają trudne - powiedziałam, bo naprawdę bywają.
- Mamo, nie bagatelizuj. On się w ogóle nie uczy. Wraca od ciebie nakarmiony plackiem i myśli, że świat to zabawa.
Zacisnęłam palce na słuchawce. Miałam ochotę powiedzieć, że nakarmiony plackiem to nie jest zarzut, że w moich czasach jedynka z kartkówki nie była końcem świata, że chłopak ma dziesięć lat i może po prostu nie zrozumiał tematu. Ale Monika mówiła dalej.
- Tydzień bez telefonu i bez chodzenia do babci. Musi się skupić.
Cisza. Moja cisza, bo ona czekała na potwierdzenie, że się zgadzam.
- Monika - zaczęłam. - Rozumiem telefon. Ale dlaczego bez babci? Co ja mam wspólnego z jego jedynką?
- Bo u ciebie się rozprasza! Bo je placki, ogląda filmiki i nie myśli o nauce!
- Przecież ja mu pomagam z lekcjami. Zawsze najpierw odrabiamy…
- Mamo, decyzja jest podjęta. Proszę, nie utrudniaj.
Nie utrudniaj. Jakbym była sąsiadką, która pcha się z nieproszoną radą. Jakbym była problemem do rozwiązania, a nie matką i babcią.
Odłożyłam słuchawkę i usiadłam przy kuchennym stole. Na blacie stał jeszcze talerzyk z resztką sernika, który upiekłam rano, bo Kuba miał przyjść we wtorek. Przez chwilę patrzyłam na ten sernik i myślałam: nagrodą do odebrania. Oto, czym jestem. Babcia to nie osoba - babcia to przywilej, który można cofnąć.
Wie pani, co jest najgorsze? Że nie byłam na to zupełnie nieprzygotowana. Bo to nie był pierwszy raz. Kiedy Kuba w zeszłym roku nie chciał jeść brokułów, Monika powiedziała: „Jak się nie będziesz słuchał, nie pojedziesz do babci w sobotę". Kiedy nie posprzątał pokoju: „Babcia by się wstydziła, gdyby to zobaczyła". Kuba nie jechał, Kuba sprzątał, a ja byłam narzędziem - marchewką na patyku.
Myślałam o tym przez cały tydzień. We wtorek, kiedy normalnie szykowałabym kanapki, siedziałam w pustej kuchni i słuchałam, jak tyka zegar nad lodówką. Staszek kupił ten zegar w dziewięćdziesiątym trzecim na bazarze - biały, z kwiatkami, obrzydliwy, ale Monika jako dziecko go uwielbiała. „Mamo, zegar gada" - mówiła. Teraz ten zegar gadał tylko do mnie.
W środę chciałam zadzwonić. Wybrałam numer. Rozłączyłam się po pierwszym sygnale. Co miałam powiedzieć? „Córko, pozwól mi widzieć wnuka"? Brzmi jak z sądu rodzinnego, a przecież to nie jest sąd. To jest moja rodzina. Tak mi się przynajmniej wydawało.
W czwartek na klatce schodowej spotkałam Halinę z czwartego piętra. Zapytała, czemu nie widziała Kuby. Powiedziałam, że jest zajęty. Halina pokiwała głową, ale spojrzała tak, jakby wiedziała więcej. Na osiedlu ludzie zawsze wiedzą więcej, niż się im mówi.
W piątek zadzwonił Darek. Mój zięć - spokojny, cichy, z tych, co wolą naprawić kran niż rozmawiać o uczuciach. Ale tego dnia powiedział:
- Proszę pani, Kuba tęskni.
- Ja wiem, Darku.
- Monika… ona nie ze złośliwości. Ona się boi, że sobie nie radzi. Ze mną w trasie ciągle, z apteką na głowie, ze wszystkim. A jak Kuba przynosi jedynkę, to myśli, że zawiodła.
- I ja jestem winna temu, że zawiodła?
Milczał chwilę.
- Nie winna. Ale pani jest blisko. A ja daleko. Łatwiej jest ukarać to, co jest blisko.
Mądry chłop, ten Darek. Mądrzejszy, niż myślałam.
Tego wieczoru przyszła wiadomość od Kuby. „Przepraszam". Jedno słowo z telefonu taty, pewnie kiedy Monika brała prysznic albo zmywała naczynia. Dziesięciolatek, który przeprasza babcię za to, że dostał jedynkę z ułamków. Za to, że system kar w jego domu sprawił, że ktoś, kogo kocha, siedzi sam w mieszkaniu na Ratajach i patrzy na stygący sernik.
Nie odpisałam. Nie dlatego, że nie chciałam. Dlatego, że bałam się, co napisać. „Nie masz za co przepraszać" - to podważałoby autorytet Moniki. „Kocham cię" - to byłoby zbyt dużo jak na potajemną wiadomość. Każde słowo mogło coś zepsuć. Więc milczałam.
Minął tydzień. W poniedziałek rano Monika zadzwoniła. Normalnym głosem, jakby tamta rozmowa nigdy się nie wydarzyła.
- Mamo, Kuba może przyjść we wtorek? Mam dłuższy dyżur.
- Może - powiedziałam.
I nic więcej. Żadnego „porozmawiajmy", żadnego „przepraszam". Karuzela ruszyła od nowa. Babcia znowu dostępna, bo jest potrzeba.
Kuba przyszedł we wtorek z plecakiem i z nową fryzurą - Monika go ostrzyżyła za krótko, jak zwykle. Zjadł dwie kanapki, wypił kakao i usiadł przy stole z zeszytem. Na stronie z ułamkami ktoś dorysował czerwonym długopisem uśmiechniętą buźkę. Chyba Darek.
- Babciu - powiedział, nie patrząc mi w oczy. - Mama powiedziała, że mogę znowu przychodzić, bo byłem grzeczny.
Grzeczny. Jakby moje mieszkanie było nagrodą za dobre sprawowanie.
Stałam przy kuchennym blacie i kroiłam jabłka na szarlotkę. Nóż stukał o deskę. Myślałam o tym, co powiedzieć Monice - i czy w ogóle mówić. Bo jeśli powiem, zacznie się kłótnia. A jeśli nie powiem, nic się nie zmieni. I za miesiąc, za pół roku, przy następnej jedynce czy brudnym pokoju - znowu usłyszę: „bez chodzenia do babci".
Kuba podniósł głowę znad zeszytu.
- Babciu, a co jest na obiad?
- Rosół - odpowiedziałam. - Z twoja ulubioną, cienką makaronem.
Uśmiechnął się. A ja postawiłam garnek na kuchence i pomyślałam, że chyba jednak zadzwonię do Moniki. Nie dzisiaj. Może jutro. Może nigdy. Ale w szufladzie pod rachunkami za prąd leży kartka, na której spisałam wszystko, co chcę jej powiedzieć. Trzy strony drobnym pismem. I jedno zdanie podkreślone dwukrotnie: „Nie jestem nagrodą, jestem twoją matką".
Nie wiem, czy kiedykolwiek je przeczyta.