
Syn zostawił u mnie Bariego „na tydzień, mamo, jedziemy w góry". To było w lutym. Jest listopad, Bari śpi mi w nogach, a ja dwa razy dziennie chodzę z nim wokół bloku. Wczoraj syn zadzwonił: „mamo, dzieci tak chciały psa, bierzemy szczeniaka!"
Odłożyłam telefon na blat kuchenny i stałam tak chyba z minutę, patrząc na Bariego. Leżał pod stołem, jak zwykle, z pyskiem na łapach. Jeden brązowy, ciepły ślepia patrzył na mnie spokojnie, jakby pytał: „herbatę robimy czy idziemy na spacer?".
Dziewięć miesięcy. Dziewięć miesięcy budowaliśmy ten nasz rytm, a Grzegorz jednym telefonem chciał go przekreślić.
Bo tak naprawdę to nie o psa chodzi. To znaczy - chodzi też o psa. Ale przede wszystkim chodzi o to, kim się stałam przez te dziewięć miesięcy i kim byłam wcześniej.
Mam na imię Halina, jestem emerytowaną księgową, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat mieszkam sama w dwupokojowym mieszkaniu na Bielanach. Trzeciego piętra, winda co drugi dzień nie działa, widok na plac zabaw i kasztanowiec. Mąż, Tadeusz, odszedł pięć lat temu - nie umarł, po prostu odszedł, do Barbary z biura, z którą okazało się że romansował od dekady. Grzegorz, nasz jedyny syn, wziął stronę ojca. Nie jawnie, nie wprost - ale przestał dzwonić co drugi dzień, zaczął dzwonić raz w tygodniu, potem raz na dwa tygodnie. Wnuki - Oliwia, dziesięć lat, i Michał, siedem - widywałam na komunii, imieninach, Wigilii. Na odlicz, jak wizyty kontrolne u lekarza.
A potem w lutym Grzegorz zadzwonił.
- Mamo, mamy z Kasią taki plan, jedziemy w Tatry na tydzień. Wiesz, trzeba odpocząć. Ale Bari… nie ma go kto pilnować. Weźmiesz go?
Bari to mieszaniec, coś między labradorem a czymś niezdefiniowanym. Brązowy, średniej wielkości, z pyskiem, który wygląda, jakby się uśmiechał. Grzegorz go adoptował trzy lata temu ze schroniska w Celestynowie, na prośbę dzieci. Widziałam go może trzy razy w życiu.
- Na tydzień - powiedziałam. - Dobrze, poradzę sobie.
Nie poradzę sobie, pomyślałam zaraz potem. Mieszkanie małe, na trzecim piętrze, ja z kolanami po dwóch operacjach, spacery zimą po lodzie. Ale powiedziałam tak, bo Grzegorz dzwonił, bo prosił, bo w jego głosie usłyszałam coś, co dawno nie brzmiało - potrzebę.
Pierwsza noc była katastrofą. Bari skamłał pod drzwiami, ja nie mogłam zasnąć, sąsiadka z dołu zapukała kijem w sufit. O czwartej rano wyszliśmy na dwór, w ciemność i mróz, i staliśmy na chodniku - on z nosem przy ziemi, ja w kożuchu narzuconym na pidżamę. Pomyślałam wtedy: tydzień. Wytrzymam tydzień.
Tydzień minął. Grzegorz nie zadzwonił. Zadzwoniłam sama.
- Mamo, mogłabyś jeszcze ze dwa dni? Kasia ma jakąś infekcję, wracamy później.
Dwa dni zamieniły się w kolejny tydzień. Potem Grzegorz stwierdził, że dzieciom i tak trudno będzie pogodzić szkołę z psem, że Bari chyba u mnie się zadomowił. „Na chwilę, mamo. Ogarnę sytuację i go zabiorę."
Marzec. Kwiecień. Bari przestał skamleć nocami. Leżał przy moich nogach na kanapie, kiedy oglądałam serial. Budził mnie o szóstej, nie skomleniem - cichym parsknięciem, takim psim westchnieniem, które znaczyło: jestem, chodźmy. I szliśmy. Dwa razy dziennie. Rano wokół bloku, po południu dłuższą trasę - przez park, wzdłuż kanału, aż do ławki pod lipą, gdzie siadałam i patrzyłam, jak on obwąchuje każdy krzak z naukową powagą.
Sąsiadki zaczęły ze mną rozmawiać. Pani Krysia z parteru, która wcześniej ograniczała się do „dzień dobry", teraz przystawała na dziesięć minut, drapała Bariego za uchem i opowiadała o swoim kocurze. Pan Wiesław z piątego piętra, wdowiec po Irenie, zaczął do mnie mówić „pani Halinko" i pytać, jak się pies ma. W maju zaproponował, że pójdziemy razem na spacer - on, ja, Bari i jego laska, bo po udarze ciągnął lewą nogę. Chodziliśmy wolno, rozmawialiśmy jeszcze wolniej. Było mi dobrze.
W czerwcu poszłam do weterynarza na kontrolę Bariego - szczepienia, odrobaczanie, to wszystko. Grzegorz nie dał mi książeczki zdrowia psa. Nie miał jej, jak się okazało. Wyłożyłam dwieście trzydzieści złotych z własnej kieszeni. Nie wspomniałam synowi.
W sierpniu Bari zachorował - coś z żołądkiem, wymiotował dwa dni. Siedziałam przy nim na podłodze w łazience, głaskałam go po brzuchu i płakałam, bo zrozumiałam, że ten pies jest jedyną istotą na świecie, która na mnie czeka, gdy wracam z apteki. Jedyną, która cieszy się, że otwieram drzwi.
Zadzwoniłam do Grzegorza z pytaniem o historię chorób Bariego. Grzegorz powiedział: „mamo, ja teraz nie mogę, oddzwonię". Oddzwonił po czterech dniach. Nie zapytał, jak Bari się czuje. Zapytał, czy mogę w sobotę wziąć Oliwię, bo mają z Kasią wesele.
Wzięłam Oliwię. Piekłyśmy razem szarlotkę. Oliwia powiedziała mi coś, co do dzisiaj mam w głowie.
- Babciu, tata mówił, że Bari jest uciążliwy i że dobrze, że ty go masz, bo on by go oddał z powrotem do schroniska.
Dziesięciolatka. Powtórzyła to takim tonem, jakby relacjonowała prognozę pogody. Nie skomentowałam. Nakładałam jabłka na ciasto i milczałam, a w środku coś się ściskało.
I teraz jest listopad. Bari ma swoją poduszkę przy kaloryferze, swoją miskę z napisem, którą kupiłam na bazarku na Wolumenie, i swoje miejsce na kanapie - to po prawej stronie, tam gdzie kiedyś siadał Tadeusz. Pan Wiesław przychodzi na herbatę w czwartki i przynosi Bariemu suszki z zoologicznego. Ja schudłam cztery kilo od tych spacerów, kolana bolą mniej, sąsiadki mówią, że lepiej wyglądam.
A wczoraj zadzwonił Grzegorz. Radosny, podekscytowany.
- Mamo, wiesz co, dzieci tak chciały psa! Bierzemy szczeniaka! Golden retrievera, z hodowli, Kasia znalazła super ogłoszenie. Będzie na Gwiazdkę, taki prezent pod choinkę.
Cisza. Moja cisza, nie jego - on mówił dalej o rodowodzie i szczepieniach.
- A Bari? - zapytałam w końcu.
- No, Bari jest u ciebie, mamo, prawda? Dobrze mu tam. Zresztą dwa psy to za dużo, wiesz. Bari niech zostanie u ciebie, chyba że ci przeszkadza - ale chyba nie przeszkadza?
Chyba nie przeszkadza. Tak to ujął. Dziewięć miesięcy opieki, wysiłku, rachunków u weterynarza, spacerów po lodzie z bolącymi kolanami - i „chyba nie przeszkadza". Jakby podrzucał mi starą kanapę, na którą szkoda mu miejsca.
- Nie przeszkadza - powiedziałam. - Bari zostaje ze mną.
- Super, mamo! Wiedziałem, że się dogadamy. To pa, muszę lecieć!
Rozłączył się. Usiadłam na kanapie. Bari od razu wskoczył, położył pysk na moim udzie i westchnął - tym swoim spokojnym, psim westchnieniem, które znaczy wszystko i nic. Głaskałam go po łbie i myślałam.
Myślałam o tym, że mój syn kupuje swoim dzieciom szczeniaka z hodowli za dwa tysiące złotych, a swojego psa - tego, którego adoptował, któremu obiecał dom - pozbył się przy pierwszej okazji, podrzucając matce, której nie odwiedza. Myślałam o tym, że za miesiąc będzie Wigilia i pewnie znów zaprosi mnie z obowiązku, a ja przyjdę z obowiązku, i będziemy siedzieć przy stole udając, że jesteśmy rodziną.
A potem pomyślałam: a może nie przyjdę. Może w tym roku zostanę z Barim. Zrobię karp dla siebie, dam mu kawałek - wiem, wiem, ryba, ości, ale mały kawałek. Zapalę świeczkę. Pan Wiesław jest sam, może wpadnie.
Bari mruknął przez sen i mocniej wcisnął pysk w moją nogę.
Nie wiem, czy jestem zła na Grzegorza. Chyba bardziej jestem zmęczona. Zmęczona udawaniem, że to normalne - być potrzebną tylko wtedy, kiedy komuś coś trzeba zostawić. Psa. Dziecko na weekend. Słoiki z kompotem na zimę. Ale nigdy - nigdy - żeby po prostu zapytać: mamo, jak się czujesz?
Bari podnosi łeb, patrzy na mnie. Macha ogonem. Pyta bez słów.
Dziwna rzecz - odpowiedź dostałam od psa, którego nikt nie chciał.