
Rok zbierałam naklejki z Biedronki na komplet garnków - segregator leżał w mojej szufladzie. Przy odbiorze pani sprawdziła: „komplet odebrany, pani córka, wczoraj". Kartę miała moją - „mama i tak dużo nie gotuje". Garnki widziałam w niedzielę u niej - metka jeszcze na pokrywce.
Stałam przy ladzie w tym sklepie jak wmurowana. Kasjerka patrzyła na mnie ze współczuciem, a może ze zniecierpliwieniem - kolejka rosła. „Mogę coś jeszcze pomóc?" - zapytała. Pokręciłam głową, zabrałam segregator z pustymi już stronami i wyszłam. Na parkingu usiadłam w samochodzie i dwadzieścia minut patrzyłam na wózki toczone przez ludzi, którzy mieli normalne problemy.
Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt dwa lata w marcu. Trzydzieści osiem lat przepracowałam jako księgowa w firmie budowlanej na Woli, od dwóch jestem na emeryturze. Mąż Ryszard odszedł sześć lat temu - nie umarł, po prostu odszedł, do koleżanki z pracy. Został mi dwupokojowe mieszkanie na Bemowie, kot Filuś i córka Patrycja. Trzydziestoczteroletnia, mieszka dwadzieścia minut autobusem, na Górczewskiej, z mężem Darkiem i ośmioletnim Kacperkiem.
Te garnki. Niech mi ktoś powie, że to głupota, że to tylko garnki. Wiem. Ale przez cały rok, za każdym razem kiedy szłam do Biedronki, kupowałam uważnie, liczyłam naklejki, doklejałam do kart. Nie jestem z tych, co wydają fortuny na promocje - kupowałam to, co i tak potrzebowałam, ale pilnowałam, żeby kwota wystarczyła na naklejkę. Czasem pięćdziesiąt groszy dopłaciłam, biorąc dodatkową bułkę albo jogurt. Cały rok. Dwanaście miesięcy. Naklejka po naklejce.
Miałam stary komplet po mamie, aluminiowy, z lat osiemdziesiątych - podniszczony, ale działał. Chciałam porządne garnki ze stali. Coś nowego, coś mojego. Na emeryturze człowiek nie rozpieszcza się zakupami, ale pomyślałam: zarobię to naklejkami, bez wydawania dodatkowych pieniędzy. Mały cel. Taki, który trzyma cię przy życiu, kiedy rano nie musisz nigdzie iść.
Segregator trzymałam w szufladzie pod bielizną. Nie chowałam go specjalnie - po prostu tam leżał, obok zapasowych okularów i starych zdjęć wnuka z przedszkola. Patrycja wiedziała, że zbieram. Nieraz żartowała: „Mamo, te naklejki to twoje hobby emeryckie". Śmiałam się. „Każdy ma jakieś hobby" - odpowiadałam.
W czwartek pojechałam odebrać garnki. Segregator pełny, karta lojalnościowa w portfelu, lista z numerami produktów wypisana na karteczce. Pani przy stanowisku obsługi przejrzała wszystko, wstukała coś w komputer i powiedziała: „Pani Bożeno, ten komplet został odebrany wczoraj".
„Jak to odebrany?"
„Pani córka, Patrycja. Przyszła z kartą, z dowodem, segregatorem naklejek. Wszystko się zgadzało."
„Z jakim segregatorem?"
Pani za ladą zrobiła minę, jakby dopiero zaczynała rozumieć sytuację. „Pani córka powiedziała, że odbiera dla mamy, bo mama nie może przyjść. Miała pani kartę, dokumenty..."
Stałam i trzymałam w ręku swój segregator. Pełny. A ktoś przyszedł z drugim - albo z moim, skopiowanym, albo... nie wiem. Nie rozumiałam. Pani sprawdziła jeszcze raz w systemie: komplet odebrany, data wczorajsza, podpis - Patrycja Kowalska.
Wróciłam do domu i próbowałam myśleć logicznie, jak to robiłam przez trzydzieści osiem lat nad kolumnami cyfr. Kartę miałam w portfelu - sprawdziłam. Była. Ale Patrycja mogła ją wziąć w niedzielę, kiedy była u mnie z Kacperkiem na obiedzie. Mój portfel leżał w kuchni na blacie, jak zawsze. A segregator? Mogła go sfotografować albo przepisać numery. Albo po prostu zabrać, skserować i odłożyć. Byłam wtedy w łazience z wnukiem, myliśmy ręce po malowaniu farbkami.
Przez trzy dni nie dzwoniłam. Nie mogłam. Co miałam powiedzieć? „Córko, ukradłaś mi garnki z Biedronki"? Brzmi absurdalnie. Brzmi, jakbym zwariowała.
W niedzielę pojechałam do nich na obiad. Patrycja zrobiła kurczaka w sosie musztardowym. W nowych garnkach. Stały na kuchence - błyszczące, z charakterystycznym logo na pokrywce. Na jednej jeszcze metka. Nawet jej nie zdjęła.
„O, ładne garnki" - powiedziałam. Głos mi się nie trząsł, bo przez trzy dni ćwiczyłam w głowie tę chwilę.
„Darek kupił w promocji" - odpowiedziała, nie patrząc na mnie. Mieszała sos drewnianą łyżką.
Darek siedział w pokoju z Kacperkiem, grali w coś na tablecie. Nie wszedł do kuchni. Nie potwierdził, nie zaprzeczył. Może nie wiedział. Może wiedział.
„W jakiej promocji?" - zapytałam, bo nie mogłam się powstrzymać.
„Mamo, w jakiejś, nie pamiętam. Chyba w Lidlu albo gdzieś." Wreszcie na mnie spojrzała. I ja zobaczyłam w jej oczach coś, czego nie chciałam zobaczyć. Wiedziała, że wiem. A mimo to - kłamała dalej.
Zjadłam tego kurczaka. Pochwaliłam sos. Pobawiłam się z Kacperkiem w memory. Kiedy wychodziłam, Patrycja podała mi w reklamówce plastikowy pojemnik z resztkami kurczaka - „weź, mamo, odgrzejesz sobie jutro, i tak dużo nie gotujesz".
I tak dużo nie gotujesz. Dokładnie to samo powiedziała kasjerka. Te same słowa.
W autobusie do domu trzymałam tę reklamówkę na kolanach i myślałam o mamie. O mojej mamie, Halinie, która umarła dwanaście lat temu. Mama miała kryształowy wazon, jedyną wartościową rzecz w domu. Pamiętam, jak siostra Jola wzięła go sobie po pogrzebie, bez pytania, bo „mama i tak by chciała, żebym to ja go miała". Pokłóciłyśmy się wtedy na trzy lata. Teraz Jola nie żyje, wazon pewnie stoi gdzieś w piwnicy u jej męża, a ja myślę: garnki, wazon, garnki, wazon. Taki sam schemat. Bierzesz, bo uznasz, że ci się należy. Że tamta osoba i tak tego nie potrzebuje.
Minął tydzień. Patrycja dzwoni co drugi dzień, jak zwykle. „Mamo, jak tam? Jadłaś? Filuś zdrowy? Może w sobotę przyjdziemy z Kacperkiem?" Normalne rozmowy. Jakby nic się nie stało. I właśnie to boli najbardziej - nie te garnki, ale to, że dla niej to najwyraźniej nic. Drobnostka. Mama i tak dużo nie gotuje.
Kupiłam sobie garnek. Jeden. Zwykły, ze stali, za osiemdziesiąt dziewięć złotych w Pepco. Stoi na kuchence i wygląda samotnie obok aluminiowych weteranów po babci Halinie.
Patrycja przyjedzie w sobotę. Będę musiała zdecydować, czy powiedzieć. Czy warto. Czy chcę usłyszeć kolejne kłamstwo, czy wolę tę ciszę, w której przynajmniej mogę udawać, że moja córka po prostu popełniła błąd, a nie świadomie mnie okłamała, patrząc mi w oczy przy musztardowym kurczaku.
Ale jest jeszcze coś, co nie daje mi spać. Nie garnki. To zdanie: „mama i tak dużo nie gotuje". Bo może Patrycja naprawdę tak myśli. Że jestem starą kobietą, której nic nie potrzeba. Że moje naklejki, moje cele, moje małe radości - to śmieszne hobby emerytki. Że mogę jeść podgrzewane resztki z pojemnika i powinnam być wdzięczna.
Sobota za dwa dni. Kurczak w nowym garnku albo prawda na stole. Jeszcze nie wiem, co wybiorę.