
Zięć „unowocześnił" mi telewizor - stary pojechał do ich garażu, nowy pyta o hasła i konta. Trzy wieczory oglądałam czarny ekran z listą aplikacji. Napisałam, że nie umiem włączyć wiadomości. Odpisał po godzinie: „wygooglaj sobie, mamo, przecież masz internet".
Przeczytałam tę wiadomość dwa razy. Potem odłożyłam telefon na stolik, obok zimnej herbaty i pilota, którego przycisków nie rozumiałam. W mieszkaniu było cicho. Tak cicho, że słyszałam, jak sąsiad z góry przekręca klucz w zamku. Kiedyś o tej porze leciały wiadomości, potem prognoza pogody, potem serial. Teraz był czarny ekran z kolorowymi kwadracikami i napis „Zaloguj się, aby kontynuować".
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od roku jestem na emeryturze. Trzydzieści osiem lat przepracowałam w księgowości w zakładach mięsnych pod Poznaniem. Znam się na tabelkach, bilansach, delegacjach. Nie jestem głupia. Ale kiedy mój zięć Tomek zabrał stary telewizor - ten, który kupiłam sobie sama cztery lata temu i który działał idealnie - poczułam się tak, jakby ktoś zabrał mi kawałek domu.
Zaczęło się niewinnie, jak to zwykle bywa. Tomek z moją córką Kasią wpadli w niedzielę na obiad. Usmażyłam kotlety, zrobiłam buraczki, na deser szarlotka. Jedli, chwalili, a potem Tomek zaczął się rozglądać po pokoju i powiedział: - Mamo, ale ten telewizor to już muzeum. Pani w sklepie powiedziałaby, że nadaje się na złom.
- Działa - odpowiedziałam. - Włączam, oglądam, wyłączam. Czego więcej potrzebuję?
- No ale, mamo - wtrąciła Kasia - teraz to się ogląda przez aplikacje. Netflix, Player, wszystko masz w jednym miejscu. Tomek ma taki sam i mówi, że niebo a ziemia.
Tomek kiwnął głową z tym swoim uśmiechem, który zawsze mnie trochę drażnił, choć nie umiałam powiedzieć dlaczego. Taki uśmiech człowieka, który wie lepiej. Który ci pomoże, ale przy okazji da znać, że bez niego sobie nie poradzisz.
- Zamówiłem już, mamo. Dobra cena była na promocji, nie mogłem przepuścić. Jutro przywiozę i podłączę - powiedział. Nie pytając. Nie czekając na moją odpowiedź.
Spojrzałam na Kasię. Kasia patrzyła w talerz.
Nazajutrz przyjechał z pudłem. Odłączył mój stary telewizor, zaniósł do samochodu - „przyda się w garażu, mamo, będę mecze oglądał" - i w jego miejsce powiesił na ścianie płaski ekran, cienki jak deska do krojenia. Podłączał, klikał, logował się na jakieś konta. Pytał mnie o hasło do Wi-Fi. Nie wiedziałam, że mam hasło do Wi-Fi. Okazało się, że jest na naklejce na routerze. Potem założył mi jakieś konto, pytał o adres e-mail. Podałam ten, który Kasia mi kiedyś założyła i którego używam raz w roku, żeby dostać e-kartkę od kuzynki z Wrocławia.
- Gotowe - powiedział po godzinie. - Pilot jest prosty, tu włączasz, tu głośność, a jak chcesz telewizję, to wchodzisz w tę aplikację. - Pokazał mi coś na ekranie, ale mówił szybko, a ja nie nadążałam. - Jakby co, to wygooglaj, mamo, na YouTube są poradniki do wszystkiego.
I pojechał.
Tego wieczoru usiadłam na kanapie o osiemnastej, jak zawsze. Wzięłam pilota. Nacisnęłam czerwony guzik. Ekran się zaświecił, ale zamiast programu telewizyjnego zobaczyłam siatkę kolorowych ikon. Netflix. YouTube. Spotify. HBO Max. Żadna nie wyglądała jak „wiadomości" ani „TVP" ani „Polsat". Klikałam w różne miejsca. Raz włączyłam coś po angielsku, raz wyskoczyło okno z prośbą o kartę kredytową. Wyłączyłam wszystko i poszłam do kuchni po herbatę.
Drugiego wieczoru próbowałam znowu. Znalazłam coś, co wyglądało na listę programów, ale ekran pokazywał tylko napisy, żadnego obrazu. Kliknęłam jeszcze raz - pojawił się komunikat o aktualizacji. Nie wiedziałam, co aktualizować ani po co. Siedziałam z pilotem w ręku i patrzyłam na ten czarny, lśniący ekran, w którym odbijała się moja twarz. Starsza kobieta w okularach, w swoim własnym mieszkaniu, bezradna przed telewizorem.
Trzeciego wieczoru nie włączałam go wcale. Zamiast tego słuchałam radia. Starego, tranzystorowego, który stoi na lodówce od czasów, gdy żył jeszcze mój Zbyszek. Zbyszek umarł pięć lat temu. Na raka trzustki, szybko, w trzy miesiące. Po jego śmierci nauczyłam się sama naprawiać cieknący kran, rozliczać PIT przez internet i jeździć autobusem do Poznania na badania, bo prawo jazdy miał tylko on. Nie jestem bezradna. Ale ten telewizor - ten telewizor mnie pokonał.
Napisałam do Tomka SMS-a. Kulturalnie, bez wyrzutów: „Tomku, nie umiem włączyć wiadomości na tym nowym telewizorze. Możesz mi wytłumaczyć albo wpaść na chwilę?". Odpisał po godzinie. Jednym zdaniem. „Wygooglaj sobie, mamo, przecież masz internet".
Zadzwoniłam do Kasi. Nie odebrała. Oddzwoniła następnego dnia rano, w pośpiechu, bo akurat odwoziła dzieci do szkoły. - Mamo, Tomek ci wszystko podłączył, musisz się po prostu przyzwyczaić. Ja teraz nie mogę, ale w weekend może wpadniemy.
Weekend przyszedł i poszedł. Nie wpadli.
Przez kolejne dwa tygodnie oglądałam radio. Brzmi absurdalnie, ale tak właśnie wyglądały moje wieczory. Siadałam na kanapie, włączałam tranzystor, patrzyłam przed siebie na martwy ekran i słuchałam audycji. Czasem robiłam na drutach. Czasem po prostu siedziałam.
Pewnego czwartku zadzwonił domofon. Sąsiadka, Bożena z parteru. Siedemdziesiąt lat, wdowa, trzy koty i nieskończone pokłady cierpliwości. Przyniosła mi słoik dżemu morelowego i zauważyła wyłączony telewizor.
- Co, zepsuł się?
Opowiedziałam jej wszystko. Bożena usiadła, założyła okulary i wzięła pilota. - U wnuczki mam taki sam - powiedziała. - Pokaż, to razem rozkminim.
Siedziałyśmy dwie godziny. Bożena też nie rozumiała połowy, ale przynajmniej się nie śpieszyła. Metodą prób i błędów znalazłyśmy aplikację z telewizją. Wiadomości. Dwudziesta. Spóźnione o kwadrans, ale były. Prawie się rozpłakałam, co było głupie, bo to przecież tylko telewizor.
Ale nie chodziło o telewizor. I obie z Bożeną to wiedziałyśmy.
Chodziło o to, że mój zięć zabrał mi coś, co działało, i dał mi coś, czego nie potrzebowałam. Nie pytając. Chodziło o tę godzinę czekania na SMS i odpowiedź, od której zrobiło mi się zimno. Chodziło o to, że moja córka - moja Kasia, którą karmiłam piersią, którą uczyłam jeździć na rowerze na osiedlu - powiedziała „przyzwyczaisz się" i się rozłączyła.
W następną niedzielę Kasia zadzwoniła zaprosić mnie na obiad. Powiedziałam, że przyjdę. Ale powiedziałam też coś, czego wcześniej nigdy bym nie powiedziała, bo zawsze wolałam nie sprawiać kłopotu, nie narzekać, nie być „tą starą matką, co ciągle czegoś chce".
- Kasiu - powiedziałam spokojnie - chcę z powrotem mój stary telewizor.
Cisza w słuchawce. Potem: - Ale mamo, ten nowy jest dużo lepszy...
- Może i jest. Ale tamten był mój. I nikt mnie nie pytał, czy chcę zmianę.
Znowu cisza. Słyszałam, jak w tle Tomek mówi coś do dzieci.
- Porozmawiamy w niedzielę, dobrze? - powiedziała Kasia cicho.
Niedziela jeszcze nie nadeszła. Siedzę na kanapie, tranzystor gra na lodówce, a na ścianie wisi ten piękny, płaski, drogi ekran, na którym Bożena nauczyła mnie włączać wiadomości. Umiem już nawet wejść na YouTube. Mogłabym wygooglać sobie wszystko, jak radził Tomek. Ale nadal nie wiem, czy w niedzielę poproszę o zwrot starego telewizora, czy odpuszczę, uśmiechnę się i zjem obiad w spokoju. Jak zawsze.
Bo w sumie - czy to w ogóle chodzi o telewizor?