
Wnuk z akademika przyjeżdża co dwa tygodnie - zawsze z torbą prania. Nastawiam pralkę, smażę schabowe, on je i znika w telefonie. W tę niedzielę przyjechał bez torby. „Kupiłem sobie kapsułki, babciu. Przyjechałem tak po prostu."
Stałam w przedpokoju z ręcznikiem kuchennym w dłoni i nie wiedziałam, co powiedzieć. Bartek zdjął buty, postawił je równo pod wieszakiem - tego go nie uczyłam, sam tak robi, odkąd pamiętam - i poszedł do kuchni. Usłyszałam, jak otwiera lodówkę. Normalnie bym za nim pobiegła, zaczęła rozkładać na stole, kroić chleb, pytać, czy głodny. Ale tym razem zostałam w tym przedpokoju. Patrzyłam na pusty kawałek podłogi, gdzie zwykle stała jego sportowa torba, ta granatowa z naderwanymi rączkami, i czułam coś dziwnego. Jakby ktoś przestawił mi meble w domu i wszystko wyglądało prawie tak samo, ale nie do końca.
Mam siedemdziesiąt dwa lata i od trzech jestem sama. Henryk odszedł w grudniu, trzy dni przed Wigilią. Zawał, w łazience, rano. Jeszcze wieczorem jedliśmy razem zupę pomidorową i oglądaliśmy teleturniej. Kiedy pytam samą siebie, jak sobie radzę, to odpowiedź jest prosta: radzę sobie, bo muszę. Mieszkanie na Ochocie, drugie piętro, winda na szczęście działa. Emerytura po czterdziestu latach pracy w bibliotece szkolnej. Córka Ewa w Poznaniu, syn Darek w Krakowie. Oboje dzwonią w niedzielę, regularni jak zegarki. I Bartek - Darka syn, dwudziestoletni student informatyki na Politechnice Warszawskiej. Jedyny wnuk, który jest na tyle blisko, żeby wpadać.
Te jego odwiedziny co dwa tygodnie to był mój rytm. Sobota: zakupy na Hali Kopińskiej, bo na halach mięso lepsze niż w tych sieciówkach. Schabowy wybieram osobiście, poklepuję palcem - Henryk mnie tego nauczył. Niedziela rano: panierka, ziemniaki, surówka z marchewki z jabłkiem. Bartek przyjeżdżał koło dwunastej, całował mnie w policzek, stawiał torbę i mówił: „Babciu, co dobrego?". Ja nastawiałam pralkę, on siadał do obiadu. Potem znikał w telefonie na kanapie, a ja słuchałam szumu pralki i miałam spokój w sercu. Bo dom żył. Nie był pusty.
Kiedy Henryk umarł, Ewa zaproponowała, żebym się do nich przeprowadziła. „Mamo, po co ci to duże mieszkanie? Będziesz sama." Ale ja nie chciałam. Nie dlatego, że nie kocham córki. Kocham. Ale w Poznaniu byłabym gościem. Tutaj jestem u siebie. Mam swoje kubki, swoje doniczki, swoją drogę na cmentarz do Henryka. I miałam Bartka co dwa tygodnie.
Darek mówił, że nie powinienem się przyzwyczajać. „Mamo, on przyjeżdża prać. Jak kupi sobie pralkę albo znajdzie dziewczynę, to przestanie." Mówił to niby żartem, ale ja wiedziałam, że on mówi poważnie. Darek jest praktyczny. Zawsze był. Jak ojciec.
Nie przyzwyczajałam się. Przyzwyczaiłam. To duża różnica.
I dlatego ta niedziela bez torby tak mną wstrząsnęła. Bo jeżeli Bartek kupił sobie kapsułki do prania - te kolorowe kulki, które wystarczy wrzucić do bębna - to po co tu przyjeżdża? I natychmiast się zawstydziłam, że tak pomyślałam. Że zrobiłam z wnuka dostawcę brudnych skarpetek, a z siebie pralnię z obiadem w pakiecie.
Weszłam do kuchni. Bartek siedział przy stole i jadł chleb z masłem i dżemem truskawkowym. Moim dżemem, z zeszłego lata, z działki ROD po Henryku, którą wciąż utrzymuję, bo nie potrafię oddać truskawek komuś obcemu.
- Nie smażyłam jeszcze schabowych - powiedziałam. - Myślałam, że przyjedziesz z praniem, to bym zdążyła.
Bartek popatrzył na mnie i się uśmiechnął. Rzadko się uśmiecha. Znaczy, na zdjęciach w tym Instagramie to tak, na pokaz. Ale na żywo jest raczej poważny. Po dziadku.
- Babciu, mogę po prostu przyjść? Bez prania?
- Możesz - powiedziałam. - Ale schabowe i tak usmażę.
Usmażyłam. Jedliśmy razem, a potem Bartek nie wyjął telefonu. Znaczy wyjął, ale żeby mi pokazać jakieś zdjęcia z wycieczki na Kazimierz Dolny, którą zorganizował mu wydział. Ja patrzyłam na te fotki i szukałam na nich dziewczyny. Żadnej nie znalazłam. Ale znalazłam coś innego: na jednym zdjęciu Bartek stał na rynku, sam, z rękami w kieszeniach, i wyglądał na zmęczonego. Nie radosnego jak studenci dookoła. Zmęczonego w sposób, który znam. Który widuję u siebie w lustrze.
- Bartek - zaczęłam ostrożnie. - Wszystko dobrze na tej politechnice?
- Tak - odpowiedział za szybko.
- A na akademiku?
Długa cisza. Bartek kręcił łyżeczką w herbacie z cytryną. Trzy okrążenia w prawo, trzy w lewo. Henryk tak samo robił, kiedy się nad czymś zastanawiał.
- Babciu, czy dziadek kiedyś chciał zrezygnować z czegoś ważnego? - zapytał w końcu.
Serce mi przyspieszyło, ale nie dałam tego po sobie poznać. Siedemdziesiąt dwa lata praktyki w udawaniu spokoju.
- Twój dziadek chciał kiedyś rzucić pracę i zacząć robić meble - powiedziałam. - Miał czterdzieści lat. Mówił, że dusi się w tym biurze projektowym. Że zmarnował życie.
- I co zrobił?
- Został. Bo ja się bałam. Bo był kredyt na mieszkanie. Bo Darek miał dziesięć lat, a Ewa siedem.
- I żałował?
Nie odpowiedziałam od razu. Bo to jest pytanie, na które nie ma uczciwej odpowiedzi. Henryk nigdy nie powiedział, że żałuje. Ale na działce ROD, w szopie, stoi do dziś nieukończony kredens z dębowego drewna, nad którym spędzał każdą wolną sobotę. I kiedy na niego patrzę, widzę odpowiedź, której mi nie dał.
- Nie wiem, Bartek - powiedziałam w końcu. - Naprawdę nie wiem.
Bartek pokiwał głową. Potem wstał, zabrał talerze, umył je. Tego go też nikt nie uczył. Wytarł ręce w mój ręcznik w słoneczniki i powiedział:
- Chyba chcę zmienić kierunek. Albo... nie wiem. Może przerwać studia na rok. Tata mnie zabije.
Powinnam była powiedzieć: „Porozmawiaj z tatą, on zrozumie." Ale Darek by nie zrozumiał. Darek jest praktyczny. Informatyka to przyszłość, pensje dobre, praca pewna. Słyszałam to przy każdym rodzinnym obiedzie.
Powinnam była powiedzieć: „Dokończ studia, potem będziesz szukał." Tak radziłaby rozsądna babcia. Ja byłam rozsądna całe życie. Henryk też.
Zamiast tego powiedziałam:
- Zostań na noc. Rano pogadamy. Pościelę ci w pokoju dziadka.
Bartek kiwnął głową. Poszedł do pokoju, a ja zostałam w kuchni. Za oknem majowe słońce schodziło nisko nad blokami i zalewało mi parapet złotym światłem. Stałam i myślałam o Henryku, o tym kredensie z dębowego drewna, o tym, czy być rozsądną babcią, czy babcią, która powie wnukowi to, czego sama nie powiedziała mężowi trzydzieści lat temu.
I nie wiedziałam, co gorsze - jeśli jutro rano mu powiem, żeby szedł za tym, co czuje, a on za pięć lat uzna, że zmarnował szansę. Czy jeśli powiem mu, żeby został, a on za trzydzieści lat będzie kręcił łyżeczką w herbacie i budował coś na działce, czego nigdy nie dokończy.
Nastawiłam czajnik. Nie dla siebie. Na wypadek, gdyby Bartek jeszcze nie zasnął i chciał pogadać.