Czesne wnuczki opłacam od dwóch lat - co semestr, na jej konto, „babciu, tylko ty mnie rozumiesz". W czwartek zobaczyłam ją w galerii, w służbowym polo, z plakietką. Rzuciła studia zeszłej zimy. „Nie mów rodzicom, oddam co do złotówki - oni by mnie zabili".

Stałam na środku galerii handlowej z reklamówką z Rossmanna w jednej ręce i sercem w gardle. Patrycja - moja wnuczka, moja złota dziewczynka - podeszła do mnie w granatowym polo z logo jakiegoś sklepu sportowego, z plakietką „Patrycja - konsultantka" przypiętą do kieszeni. Uśmiechała się tak, jakby właśnie zobaczyła ducha. Bo w pewnym sensie tak było - duchami byłyśmy obie.

- Babciu, poczekaj, mam przerwę za dziesięć minut - powiedziała szybko i zniknęła między regałami z butami do biegania.

Te dziesięć minut stałam jak słup soli. Nogi miałam ciężkie, w głowie jeden obraz: wyciąg z konta, przelew, sześć tysięcy co semestr. Odkąd Patrycja zdała maturę i dostała się na zarządzanie we Wrocławiu, przelewałam pieniądze regularnie jak zegarek. Dwanaście tysięcy rocznie. Z emerytury, która po czterdziestu latach w bibliotece miejskiej w Poznaniu wynosiła trzy tysiące dwieście złotych.

Mąż Henryk, niech mu ziemia lekka będzie, umarł sześć lat temu. Zostawił mi mieszkanie na Ratajach, spłacone, i trochę oszczędności na koncie. Nie były to wielkie pieniądze, ale wystarczające, żeby się nie martwić o rachunki. Przynajmniej tak myślałam, zanim zaczęłam finansować studia Patrycji.

Syn Dariusz - ojciec Patrycji - mieszka z żoną Joanną w bloku na Wildzie. On jest elektrykiem, ona pracuje na poczcie. Dwójka dzieci, Patrycja najstarsza, młodszy Kuba jeszcze w liceum. Nie narzekali, ale wiadomo - nie pływali w pieniądzach. Kiedy Patrycja zdała na studia, Dariusz powiedział wprost: „Stać nas na życie, ale nie na czesne na prywatnej uczelni. Niech idzie na państwową". Patrycja nie dostała się na państwową. Zabrakło trzech punktów.

Przyszła wtedy do mnie. Usiadła w kuchni, przy stole nakrytym ceratą w słoneczniki, i powiedziała to swoje: „Babciu, tylko ty mnie rozumiesz". Miała łzy w oczach. Mówiła, że zarządzanie to jej marzenie, że na tej konkretnej uczelni są świetni wykładowcy, że to inwestycja w przyszłość. A ja - głupia babka, która zawsze chciała, żeby jej wnuczka miała więcej, niż miała ona sama - wyciągnęłam kartę i powiedziałam: „Damy radę".

Dariuszowi nie powiedziałam. Patrycja prosiła, żeby nie mówić. „Tata się wścieknie, że biorę od ciebie pieniądze, wiesz, jaki jest dumny". Rozumiałam to. Dariusz od dziecka nienawidził brać. Nawet na komunię Kuby nie chciał przyjąć ode mnie koperty - „Mamo, sam zarobię, nie trzeba". Więc milczałam.

Przez dwa lata dostawałam od Patrycji zdjęcia z uczelni. Korytarze, aula, notatki na laptopie. Czasem selfie z koleżankami w akademiku. Pisała SMS-y: „Babciu, zdałam mikroekonomię!", „Babciu, projekt z marketingu na piątkę!". Każda wiadomość była jak ciepły kompres na moje sumienie, które i tak czasem szeptało, że może jednak powinnam powiedzieć synowi.

Ale tamten czwartek. Tamten czwartek wszystko zmienił.

Patrycja wyszła do mnie na przerwę. Usiadłyśmy na ławce koło fontanny, między doniczkami z fikusami. Trzymała kubek z kawą z automatu i nie patrzyła mi w oczy.

- Od kiedy? - zapytałam.

- Od lutego zeszłego roku - szepnęła.

Luty zeszłego roku. To znaczy, że przez trzy semestry brała pieniądze na studia, na które nie chodziła. Policzyłam w głowie - osiemnaście tysięcy złotych.

- Patrycja, gdzie są te pieniądze?

Milczała chwilę. Potem powiedziała, że najpierw próbowała oszczędzać, żeby oddać. Ale było ciężko. Wynajmowała pokój we Wrocławiu, szukała pracy, za czesne zapłaciła zaległą sesję - bo rzuciła w trakcie semestru i uczelnia naliczyła pełną opłatę. Reszta poszła na życie.

- Na życie - powtórzyłam.

- Babciu, nie na głupoty. Na jedzenie, na bilety, na rzeczy do pracy. Dopiero trzy miesiące temu dostałam tu etat. Odkładam. Oddam ci wszystko.

Patrzyłam na nią i widziałam jednocześnie dwudziestoletnie dziecko, które się boi, i dorosłą kobietę, która potrafi patrzeć prosto i kłamać. Bo kłamała. Przez rok i trzy miesiące wysyłała mi zdjęcia z uczelni - pewnie stare, pewnie z pierwszego roku - i pisała SMS-y o egzaminach, które nigdy się nie odbyły. Nie mogłam tego pojąć. Nie chciałam pojąć.

- Dlaczego nie przyszłaś od razu? - głos mi się łamał. - Dlaczego nie powiedziałaś, że ci nie idzie, że chcesz rzucić?

- Bo ty byłaś taka dumna - powiedziała cicho Patrycja. - Ty jedyna wierzyłaś, że ze mnie coś będzie. Nie mogłam ci tego zabrać.

I wtedy zobaczyłam, jak się jej trzęsie dolna warga. Dokładnie tak samo, jak trzęsła się, gdy miała pięć lat i stłukła mój kryształowy wazon - ten po teściowej - i stała z odłamkami w rękach, cała we łzach, szepcząc: „Babciu, nie mów mamie".

Nie powiedziałam wtedy mamie. Skleiłam wazon i postawiłam tyłem do okna, żeby nie było widać pęknięcia.

Wróciłam do domu wieczorem. Usiadłam w fotelu Henryka - tak, nadal mówię „fotel Henryka", choć on od sześciu lat stoi pusty. Wyciągnęłam telefon. W kontaktach - Dariusz. Syn. Uczciwy, prostolinijny, dumny. Ojciec, który pracuje po dwanaście godzin, żeby Kuba mógł chodzić na dodatkową matmę. Ojciec, który nie wie, że przez dwa lata jego matka okłamywała go tak samo jak jego córka.

Bo ja też kłamałam. Ukrywanie prawdy to kłamstwo. Dariusz pytał czasem: „Mamo, dajesz radę finansowo?". Odpowiadałam: „A jakże, synku, nie martw się". Odmawiałam sobie sanatorium. Nie wymieniłam okien, choć ciągnie od nich zimą, że koty by nie wytrzymały. Raz w aptece odłożyłam lek, bo zabrakło pięćdziesięciu złotych do końca miesiąca.

Wszystko dla wnuczki. Dla jej przyszłości. Która okazała się granatowym polo i plakietką „konsultantka".

Patrycja zadzwoniła tego samego wieczoru. Płakała. Powtarzała: „Babciu, oddam co do złotówki, tylko nie mów rodzicom, błagam, oni by mnie zabili". Słuchałam jej i myślałam o jednym: skąd ta dziewczyna weźmie osiemnaście tysięcy złotych z pensji sprzedawczyni w sklepie sportowym? I ile lat będzie mi to oddawać? I czy ja w ogóle chcę tych pieniędzy?

A potem myślałam o czymś innym. O tym, że jeśli powiem Dariuszowi, stracę Patrycję. Znałam syna - nie zrobi awantury, nie podniesie głosu, ale zaciśnie szczękę, wstanie od stołu i powie: „Nie chcę o tym rozmawiać". I potem będzie milczenie. Tygodniami. Miesiącami. Dariusz umie milczeć jak nikt.

Ale jeśli nie powiem - będę kolejną osobą w tej rodzinie, która udaje. Która klei wazon i stawia go tyłem do okna.

Telefon leżał na stole. Numer Dariusza świecił na ekranie. Za oknem blok naprzeciwko, balkon sąsiadki z suszącym się praniem, ostatnie słońce na dachach Rataj. Zwykły czwartkowy wieczór. Zwykłe życie.

Nacisnęłam zieloną słuchawkę. Albo nie nacisnęłam. Sama już nie wiem, co byłoby gorsze.