Synowi co roku wysyłam opłatek w kopercie, z listem - zwyczaj jeszcze po mojej mamie. Grudniowa koperta wróciła w styczniu: „adresat wyprowadził się". Mieszkają gdzie indziej od lata. Nowego adresu nikt mi nie podał.

Stałam przy skrzynce na listy w klapkach, w styczniowym mrozie, i czytałam tę naklejkę raz za razem. Żółta karteczka, druk pocztowy - „adresat wyprowadził się". Jakby chodziło o kogoś obcego, nie o mojego syna. Nie o Grzegorza, któremu trzydzieści pięć lat temu zawiązywałam szalik pod brodą, żeby mu wiatr w uszy nie wiał.

Weszłam do mieszkania i usiadłam przy stole w kuchni. Herbata stygła. Opłatek w kopercie - ten sam, co zawsze, kupiony na kiermaszu przy kościele na Bielanach - leżał przede mną jak dowód w sprawie. Poczułam, że ręce mi się trzęsą, ale nie z zimna.

Zadzwoniłam do Grzegorza od razu. Telefon dzwonił osiem razy i przełączył się na pocztę. Napisałam SMS-a: „Synku, koperta wróciła. Wyprowadziliście się? Dlaczego nic nie wiem? Zadzwoń, proszę." Niebieskie ptaszki - przeczytane. Odpowiedź nie przyszła. Ani tego dnia, ani następnego.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech jestem na emeryturze. Przepracowałam trzydzieści osiem lat w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej - liczby, tabelki, rozliczenia. Myślałam, że nauczyłam się liczyć wszystko. Że nic mnie nie zaskoczy. A tu - własny syn odjechał w nieznane i nawet mi nie powiedział.

Grzegorz to moje jedyne dziecko. Mąż Władek odszedł, kiedy Grzesiek miał dziewięć lat. Nie umarł - po prostu odszedł. Wyjechał do Niemiec z koleżanką z pracy i tyle go widzieliśmy. Alimenty przychodziły nieregularnie, potem przestały. Wychowywałam syna sama, z pomocą mojej mamy, Zofii, która mieszkała piętro wyżej w tym samym bloku. To ona nauczyła mnie wysyłać opłatek w kopercie. „Halinka - mówiła - nawet jak ktoś daleko, to opłatek łączy. Złamiesz kawałek, a ta druga osoba też złamie, i jesteście razem przy jednym stole, choćby was ocean dzielił."

Mama nie żyje od ośmiu lat. Ale ja co roku w grudniu kupuję opłatek, siadam do stołu, piszę list. Nie długi - stronę, może półtorej. Co u mnie, co w bloku, jakie kwiaty posadzę na działce. Pytam, jak tam mały Staś, czy Patrycja - synowa - nadal pracuje w tej firmie informatycznej. Zwyczajne sprawy. Potem wkładam opłatek między dwie kartki tekturki, żeby się nie pokruszył, i wysyłam.

Grzegorz odpowiadał. Nie zawsze listem - częściej telefonem. Dzwonił przed Wigilią, czasem w sam dzień, życzył, dziękował za opłatek. Mówił, że łamie go ze Stasiem i Patrycją. Że pamiętają o babci Zosi. Od dwóch lat zaczął dzwonić coraz później - raz dopiero w Sylwestra. „Przepraszam, mamo, zakręceni byliśmy." Nie robiłam wyrzutów. Myślałam - młody, pracuje, dziecko, kredyt. Kto by miał czas na starą matkę.

Ale ta koperta. Ten żółty stempel.

Po trzech dniach ciszy zadzwoniłam do synowej. Patrycja odebrała od razu, jakby na mnie czekała. Głos miała szybki, trochę zmieszany.

- Dzień dobry, mamo Halino. Tak, przeprowadziliśmy się. Grzegorz nie mówił?

- Nie mówił - powiedziałam spokojnie, chociaż spokojnie to mi nie było.

- Kupiliśmy dom. Pod Krakowem, wie pani, taka miejscowość Wieliczka. Grzegorz zmienił pracę jeszcze w czerwcu. Staś poszedł do nowej szkoły od września.

Cisza. Słyszałam, jak Patrycja przełyka ślinę.

- Mamo Halino, Grzesiek chciał sam powiedzieć. Mówił, że zadzwoni, że wyjaśni. Ja myślałam, że wie pani.

- Nie wiem - odpowiedziałam. - Od lata nie wiem, gdzie mieszka mój syn. Dowiaduję się od listonosza.

Patrycja zaczęła przepraszać, gdzieś w tle Staś pytał, co na obiad, trzasnęły drzwi. Powiedziała, że poda mi nowy adres. Podyktowała. Zapisałam na odwrocie tej samej koperty, która wróciła. Podziękowałam i się rozłączyłam.

Wieczorem Grzegorz w końcu oddzwonił. Mówił tak, jak mówi człowiek, który wie, że jest winny, ale nie chce tego powiedzieć wprost.

- Mamo, no wiesz, to się tak zakręciło. Przeprowadzka, nowa praca, Stasia trzeba było zapisać do szkoły, potem remont. Chciałem zadzwonić, ale zawsze coś wypadało.

- Pół roku, Grzesiek. Pół roku coś wypadało?

- No nie pół roku. Od wakacji. No, może trochę dłużej.

Nie krzyczałam. Chciałam, ale nie krzyczałam. Zapytałam tylko jedno:

- Czy ty się mnie wstydzisz?

Zaległa cisza taka, że słyszałam zegar w mojej kuchni. Trzy sekundy, pięć, osiem.

- Mamo, co ty mówisz. Skąd ci to przyszło do głowy.

- Bo nie umiem inaczej tego zrozumieć, synku. Dom kupujesz - nie mówisz. Pracę zmieniasz - nie mówisz. Wnuk idzie do nowej szkoły - nie mówisz. Jakby mnie nie było.

Grzegorz zaczął się tłumaczyć. Że Patrycja nie chciała, żebym się martwiła kredytem. Że on myślał, że jeszcze za wcześnie, bo dom nie był wykończony. Że chcieli mnie zaprosić na wiosnę, jak ogród będzie gotowy. Każde zdanie brzmiało jak kolejna warstwa tapety naklejana na pęknięcie w ścianie.

- Dobrze - powiedziałam w końcu. - Rozumiem.

Ale nie rozumiałam.

Przez kolejne tygodnie chodziłam po swoim mieszkaniu i zastanawiałam się, co zrobiłam źle. Przeglądałam zdjęcia - Grzesiek w podstawówce, Grzesiek na studniówce, Grzesiek z małym Stasiem na rękach. Ślad po ślad, szukając momentu, w którym coś pękło. Może kiedy powiedziałam, że Patrycja za dużo wydaje? To był jeden raz, trzy lata temu, przy kawie. Może kiedy zasugerowałam, że Staś powinien chodzić na religię? Może kiedy zapytałam, czemu nie przyjeżdżają na Dzień Matki?

A może - i ta myśl bolała najbardziej - nie było żadnego momentu. Po prostu przestałam być potrzebna. Syn dorósł, ma swoje życie, swoją rodzinę, swój dom pod Krakowem z ogrodem. A ja zostałam z opłatkiem w kopercie i numerem telefonu, który dzwoni osiem razy i przełącza na pocztę.

Mama Zofia powiedziałaby: „Wyślij ten opłatek jeszcze raz, na nowy adres. I nie rób afery." Tak by powiedziała, bo była z pokolenia, które przełykało i szło dalej.

Kupiłam nowy opłatek. Usiadłam do stołu. Wzięłam kartkę. I nie potrafiłam napisać ani słowa.

Bo co miałam napisać? „Kochany Synku, cieszę się z nowego domu" - kiedy dowiedziałam się o nim od Poczty Polskiej? „Pozdrawiam Stasia" - kiedy nie wiem, jak wygląda jego nowy pokój, do jakiej klasy chodzi, czy ma kolegów? Każde zdanie, które przychodziło mi do głowy, było albo fałszywe, albo pełne żalu. A ja nie chciałam pisać z żalem. Mama nigdy nie pisała z żalem.

Koperta leży na stole od trzech tygodni. Adres mam. Opłatek mam, chociaż już po Trzech Królach i sezon minął. List - pusty.

Czasem myślę, że powinnam pojechać. Wsiąść w pociąg do Krakowa, a potem w autobus do Wieliczki, i stanąć przed tym domem. Zobaczyć ogród, zobaczyć okna Stasia, zobaczyć, jak żyją. Ale zaraz myślę - a jeśli przyjadę, a oni będą patrzeć na mnie tak, jak Grzesiek patrzył, kiedy ostatnio był w Warszawie? Z uprzejmą cierpliwością, jakbym była sąsiadką, której trzeba poświęcić pół godziny i herbatę.

Wczoraj wieczorem Staś zadzwonił. Sam, z telefonu Patrycji. Powiedział: „Babciu, mam nowy pokój, jest duży. Przyjedziesz?"

Powiedziałam, że przyjadę.

Ale kiedy się rozłączyłam, siedziałam długo w ciemnej kuchni i myślałam o tym, że to dziecko musiało zadzwonić samo, bo dorosły syn nie potrafił. I nie wiedziałam, co jest gorsze - to, że Grzegorz mnie nie zaprosił, czy to, że jeśli pojadę na zaproszenie wnuka, będę gościem w domu własnego syna. Gościem, który nie zna adresu.