
Po tygodniu na kardiologii dostałam wypis. Pielęgniarka poprosiła o numer „do osoby bliskiej" - podałam córkę, jak zawsze. Spojrzała w kartę i powiedziała cicho: „ten numer już mamy. Nie odebrał ani razu".
Nie zapytałam, ile razy dzwonili. Nie chciałam znać tej liczby. Siedziałam na szpitalnym łóżku z wypisem w ręku i czułam, jak coś we mnie się zamyka. Cicho, bez trzasku - jak drzwi na dobrze naoliwionych zawiasach.
Pielęgniarka odeszła, a ja zostałam z telefonem. Wybrałam numer Patrycji sama. Trzy sygnały, cztery, pięć. Włączyła się poczta. Rozłączyłam się i zaczęłam się ubierać.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i przez ostatnie trzydzieści osiem żyłam w przekonaniu, że jedno zrobiłam na pewno dobrze - wychowałam córkę. Pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach, Andrzej jeździł tirami po Europie. Byłam sama z Patrycją tygodniami. Odrabiałam z nią lekcje, woziłam na angielski, szyłam kostium na jasełka z firanki, bo nie było pieniędzy na wypożyczenie. Robiłam wszystko.
Andrzej zmarł osiem lat temu. Wylew na parkingu pod Hamburgiem. Patrycja miała wtedy dwadzieścia siedem lat, własne mieszkanie na Mokotowie i nowego chłopaka - Damiana, informatyka z dużej firmy. Na pogrzebie stała obok mnie, trzymała mnie za rękę. Później, w domu, powiedziała: „Mamo, teraz ja się tobą zajmę". I zajmowała się. Przez jakiś czas.
Zaczęło się od drobiazgów. Telefony, które kiedyś trwały pół godziny, skurczyły się do pięciu minut. „Mamo, jestem w pracy, pogadamy w weekend." Weekend mijał, nikt nie dzwonił. Potem Damian dostał awans, przenieśli się na Wilanów, do nowego apartamentowca z podziemnym garażem. Patrycja zaczęła mówić rzeczy, których nigdy wcześniej od niej nie słyszałam.
„Mamo, nie przyjeżdżaj bez zapowiedzi, bo Damian potrzebuje spokoju po pracy." „Mamo, nie dzwoń po dziewiątej wieczorem." „Mamo, nie musisz przynosić jedzenia, my zamawiamy catering."
Kiedyś przyjechałam z sernikiem na urodziny Patrycji. Otworzyła drzwi, wzięła blachę, ale do środka nie zaprosiła. „Mamo, mamy gości, wiesz, taka kolacja, byłoby niezręcznie." Stałam na klatce schodowej z pustymi rękami i czułam zapach czegoś drogiego z kuchni - nie mojego rosołu, nie moich pierogów. Czegoś, czego nie umiałam nazwać.
Wróciłam do siebie na Bielany, zjadłam kromkę z masłem i herbatę z cytryną. Nie płakałam. Powiedziałam sobie: to normalne. Dorosłe dzieci mają swoje życie.
Ale potem przyszła Wigilia. Pierwsza, na którą Patrycja nie przyjechała. Zadzwoniła trzeciego dnia świąt, że byli u rodziców Damiana w Zakopanem, że przeprasza, że nie zdążyła uprzedzić. Siedziałam przy stole nakrytym dla dwóch osób - jedno nakrycie dla niej, drugie dla niespodziewanego gościa, jak mnie mama nauczyła. Barszcz stygł w garnku. Opłatek leżał na talerzyku nietkniętym.
Zjadłam sama. Potem wyrzuciłam uszka do śmietnika. To był moment, kiedy po raz pierwszy pomyślałam: coś się zepsuło. Nie wiem kiedy. Nie wiem jak. Ale zepsuło się na dobre.
Po tej Wigilii zaczęłam robić coś, czego się wstydzę do dziś. Dzwoniłam częściej. Szukałam pretekstów. „Patrycja, mam tu twoje stare zdjęcia z komunii, może chcesz?" „Patrycja, sąsiadka oddaje stolik, może wam się przyda?" Każdy telefon był tak naprawdę tym samym pytaniem: czy jeszcze jestem ci potrzebna?
Odpowiedzi były coraz krótsze. Czasem nie odbierała wcale. Czasem oddzwaniała po dwóch dniach. „Mamo, sorry, nawał." Zaczęłam się zastanawiać, czy słowo „sorry" to jeszcze polszczyzna, czy już język obcy.
A potem dostałam zawału. Na przystanku autobusowym, w środę rano, z siatką z Biedronki w ręce. Pomidor potoczył się po chodniku, to pamiętam. I że ktoś nade mną krzyczał: „Proszę pani! Proszę pani, niech pani nie zasypia!"
Tydzień na kardiologii. Stent, leki, rehabilitacja. Lekarze poważni, ale spokojni - mówili, że trafiłam szybko, że mogło być gorzej. Na sali leżały jeszcze trzy kobiety. Każda miała odwiedziny. Halina z łóżka przy oknie - codziennie syn z wnuczką. Krysia naprzeciwko - mąż i siostra na zmianę. Ewa przy drzwiach - córka, która przywoziła domowy rosół w słoiku.
Do mnie nikt nie przyszedł.
Nie przez siedem dni. Ani razu.
Halina zapytała trzeciego dnia: „Bożena, a pani rodzina daleko mieszka?" Odpowiedziałam, że córka jest bardzo zajęta w pracy. Halina pokiwała głową, ale odwróciła wzrok. Widziałam, że rozumie więcej, niż powiedziałam.
Szóstego dnia wieczorem Patrycja oddzwoniła. Nie na numer szpitala - na mój telefon, który leżał na szafce. Wyświetliło się „Córka". Odebrałam trzęsącą się ręką.
- Mamo, widziałam nieodebrane, co się dzieje?
- Byłam w szpitalu, Patrycja. Zawał.
Cisza. Długa. Słyszałam jakieś dźwięki w tle - muzykę, brzęk kieliszków.
- O Boże. Mamo. Czemu nie zadzwoniłaś?
- Szpital dzwonił. Do ciebie. Kilka razy.
Znowu cisza. Potem szept do kogoś obok: „Damian, poczekaj chwilę." I do mnie, już innym tonem, takim organizacyjnym, który znałam aż za dobrze:
- Jutro przyjadę. Która godzina odwiedzin?
- Jutro dostaję wypis.
Przyjechała następnego dnia pod szpital. Damianowym BMW. Miała okulary przeciwsłoneczne we włosach, pachnąca, w lnianej sukience. Objęła mnie na chodniku. Mocno. Jak kiedyś, gdy była mała i bała się burzy. Ale ja stałam sztywno. Nie umiałam odpowiedzieć na ten uścisk.
W samochodzie powiedziała, że jest jej strasznie przykro, że nie wiedziała, że numer szpitala wyglądał jak spam, że zmieniła ustawienia telefonu na blokowanie nieznanych numerów. Że gdyby wiedziała, to oczywiście by przyjechała. Że mnie kocha.
Patrzyłam przez szybę na bloki Bielan, na lipę pod moim oknem, która właśnie zaczynała kwitnąć. I myślałam o tym, że szpital dzwonił z mojego numeru kontaktowego - tego, który Patrycja ma zapisany od lat. Ale nie powiedziałam tego głośno.
- Mamo, wprowadzę się do ciebie na kilka dni, pomogę ci się pozbierać - powiedziała, parkując pod blokiem.
- Nie trzeba - odpowiedziałam.
Spojrzała na mnie z zaskoczeniem. Pierwszy raz od lat widziałam w jej oczach coś prawdziwego. Nie organizowanie, nie odhaczanie, nie „sorry, nawał". Strach. Taki sam, jak wtedy przy burzy.
- Mamo?
Wzięłam torbę z tylnego siedzenia. Dokumenty ze szpitala, leki w reklamówce, telefon.
- Zadzwonię do ciebie, Patrycja. Jak będę gotowa.
Zamknęłam drzwi samochodu i weszłam do klatki. Na schodach między pierwszym a drugim piętrem zatrzymałam się, bo zabrakło mi tchu. Oparłam się o ścianę i stałam tak minutę, może dwie. Nie z powodu serca. Serce akurat było spokojne - po raz pierwszy od tygodnia.
Nie wiem, czy zadzwonię jutro. Nie wiem, czy za tydzień. Wiem tylko, że tamtego dnia na klatce schodowej, między wyblakłymi skrzynkami na listy a oknem z widokiem na kwitnącą lipę, podjęłam decyzję, której nie potrafię do końca wytłumaczyć nawet sobie. Że tym razem to ja nie odbiorę pierwsza.