
Mam czworo wnucząt i jedno ukochane - wiem, że tak nie wolno. Zosia przyjeżdża bez okazji, reszta na urodziny, z listą prezentów w telefonie. W testamencie podzieliłam wszystko po równo, co do złotówki - na papierze jestem sprawiedliwa. Serce po równo nie umie - Zosi tego nie powiem, reszcie tym bardziej.
W sobotę rano usłyszałam dzwonek do drzwi i nawet nie spojrzałam przez wizjer. Wiedziałam, że to ona, bo tylko Zosia dzwoni krótko, dwa razy, jakby się bała, że przeszkadza. Stała na korytarzu z buraczkowym plecaczkiem na jednym ramieniu, w za dużej kurtce po starszym bracie, i trzymała w wyciągniętej ręce rysunek. Ja i babcia na działce. Ogórki miały niebieskie liście, a ja - koronę na głowie.
- Babciu, to dla ciebie. Mama mówi, że ci się spodoba, bo lubisz, jak jestem artystką.
Wzięłam ten rysunek i poczułam, jak mi coś ściska pod mostkiem. Bo to jest właśnie ta chwila, której nie da się zaplanować ani wymusić. Sześciolatka, która przynosi rysunek babci w zwykłą sobotę, nie dlatego, że ma dzień babci w przedszkolu, tylko dlatego, że chciała.
Mam na imię Krystyna, za trzy miesiące skończę sześćdziesiąt osiem lat i od czterech jestem na emeryturze po trzydziestu latach w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach. Mąż Henryk odszedł osiem lat temu - wylew, w nocy, bez pożegnania. Zostałam z dwupokojowym mieszkaniem, emeryturą, która ledwo starcza na leki i rachunki, i z dwójką dorosłych dzieci. Córka Marzena mieszka w Legionowie, syn Dariusz w Piasecznie. Marzena ma dwóch synów - Kubę i Filipa. Dariusz ma dwie córki - Zosię i młodszą Hanię. Czworo wnucząt. Na papierze - czworo równych.
Kuba ma czternaście lat i interesuje się wyłącznie telefonem. Kiedy przyjeżdża, siada na kanapie i zakłada słuchawki. „Cześć, babciu" - mówi, nie odrywając wzroku od ekranu. Filip, dwunastolatek, jest grzeczny, ale w ten wyćwiczony sposób - podaje mi kapcie, całuje w policzek, pyta, co słychać, i czeka na odpowiedni moment, żeby zapytać o WiFi. Hania ma trzy latka i jest jeszcze za mała, żeby ją oceniać, choć Dariusz mówi, że jest „wymagająca". Zosia jest inna. Nie umiem tego wytłumaczyć, żeby nie zabrzmiało niesprawiedliwie. Bo to nie jest tak, że reszta wnuków jest zła. Po prostu Zosia jest - moja.
Marzena przyjeżdża na święta, na moje urodziny i na Dzień Matki. Dzwoni w niedzielę koło południa, rozmowa trwa osiem minut, sprawdzałam. Pyta, czy wzięłam leki, czy nie jest mi zimno, czy potrzebuję czegoś ze sklepu. Nie potrzebuję - mówię, choć czasem potrzebuję. Ale nie chcę jej o to prosić, bo usłyszę westchnienie i „mamo, mogłaś powiedzieć wcześniej". Marzena jest dobrą córką. Dobrą w ten sposób, że odhacza wszystkie punkty na liście, a potem odjeżdża z poczuciem spełnionego obowiązku.
Dariusz jest rzadziej, ale inaczej. Kiedy przyjeżdża, to siada i milczy, bo Dariusz nigdy nie był gadułą, jeszcze po ojcu. Ale to on rok temu wymienił mi baterię w kranie, nie pytając, czy ma to zrobić. Zobaczył, że kapie, wziął klucz i naprawił. To jest język Dariusza. Problem z Dariuszem jest inny - jego żona Agnieszka.
Agnieszka ma swoje zdanie na każdy temat i nie boi się go wyrażać. Raz przy kolacji wigilijnej powiedziała mi, że za bardzo się przywiązuję do Zosi i że to „niezdrowe". Tak powiedziała - niezdrowe. Jakby miłość do wnuczki była chorobą. Siedziałam z łyżką bigosu w połowie drogi do ust i nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
- Dzieciom nie robi się faworytów, mamo - dodał wtedy Dariusz cicho, jakby się tego nauczył od żony.
A ja pomyślałam: synu, przecież twój ojciec też miał faworyta. Ciebie. Ja to widziałam codziennie. Henryk z Dariuszem szedł na ryby, a Marzenie mówił „idź pomóż mamie". Nigdy mu tego nie wypomniałam. Może powinnam była.
Po tamtej Wigilii zaczęłam uważać. Na każde urodziny kupuję każdemu wnukowi prezent za dokładnie tę samą kwotę - sto pięćdziesiąt złotych. Zapisuję w zeszycie, żeby się nie pomylić. Kiedy Zosia wpadnie w tygodniu, a zrobię jej naleśniki z serem, to w następną niedzielę dzwonię do Marzeny i zapraszam chłopaków na obiad. Marzena zwykle mówi, że Kuba ma trening, a Filip korepetycje. Mówię - to może w przyszłym tygodniu. Marzena mówi - zobaczymy.
Więc ja się staram. Naprawdę się staram.
Ale w piątek Zosia zadzwoniła i powiedziała - babciu, a mogę u ciebie przenocować? Mama i tata jadą na wesele, a Hania idzie do cioci Agnieszki siostry. A ja nie chcę do cioci Agnieszki siostry, bo tam jest kot i śmierdzi.
Roześmiałam się tak, że aż musiałam usiąść. Powiedziałam - przyjeżdżaj, zrobię ci sernik.
I zrobiłam. Sernik z rodzynkami, na kruchym spodzie, dokładnie taki, jaki robiła moja mama. Zosia siedziała na taborecie w kuchni i obserwowała każdy krok. Pytała, dlaczego trzeba oddzielać żółtka od białek, ile łyżek cukru, i czemu babcia ma takie śmieszne rękawice kuchenne z kogutem.
Wieczorem leżałyśmy razem na mojej wersalce. Zosia pachniała moim szamponem, bo umyłam jej włosy. Wyciągnęła rękę i dotknęła mojego policzka.
- Babciu, a ty jesteś smutna czasem?
- Czasem - powiedziałam.
- Bo ja też. Ale u ciebie mi przechodzi.
Leżałam potem w ciemności, kiedy już zasnęła, i płakałam bezgłośnie. Nie ze smutku. Z poczucia winy. Bo kochałam to dziecko bardziej niż tamtą trójkę i żadna arytmetyka, żaden testament, żaden zeszyt z kwotami tego nie zmieni.
W poniedziałek zadzwoniła Marzena. Nie w niedzielę - w poniedziałek. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak.
- Mamo, słyszałam, że Zosia u ciebie nocowała.
- Nocowała. Dariusz z Agnieszką jechali na wesele.
- I upiekłaś sernik.
- Upiekłam.
Cisza. Potem głos Marzeny, cieńszy niż zwykle:
- Mojim chłopakom nigdy nie piekłaś sernika specjalnie.
Chciałam powiedzieć - Marzena, ja zapraszam co tydzień, a ty mówisz „zobaczymy". Chciałam powiedzieć - przyślij mi Kubę i Filipa na weekend, upiekę im trzy serniki. Ale powiedziałam tylko:
- Marzena, to nieprawda. Na komunię Kuby robiłam tort orzechowy.
- Tort orzechowy to było trzy lata temu, mamo.
Rozłączyła się. Nie zadzwoniła w następną niedzielę. Ani w kolejną.
Siedzę teraz przy kuchennym stole i patrzę na rysunek Zosi przyciśnięty magnesikiem do lodówki. Obok wisi kartka z numerami telefonów - Marzena, Dariusz, pogotowie, hydraulik. Rysunek Zosi wisi wyżej niż zdjęcie z komunii Kuby. Nie zrobiłam tego specjalnie. A może zrobiłam.
Wczoraj wyjęłam z szuflady testament. Przeczytałam jeszcze raz. Mieszkanie - na oboje dzieci po połowie. Biżuteria po mamie - podzielona. Książeczka oszczędnościowa - po równo na każde wnuczę. Co do złotówki. Zamknęłam szufladę. Na dnie, pod testamentem, leżał jeszcze jeden dokument - niewypełniony druk zapisu dodatkowego u notariusza. Zabrałam go miesiąc temu, kiedy szłam po leki do apteki obok kancelarii. Weszłam na chwilę. Tak tylko - zapytać.
Druk leży w szufladzie. Niewypełniony. Na razie.
Zosia dzwoni co drugi dzień. Marzena nie dzwoni od trzech tygodni. A ja nie wiem, czy mam do niej zadzwonić pierwsza i powiedzieć to, co czuję - czy lepiej dalej udawać, że serce da się podzielić po równo.
Czasem myślę, że Henryk miał łatwiej. On się nigdy nad tym nie zastanawiał.