Moją mamą - dziewięćdziesiąt trzy lata - zajmuję się codziennie: obiad, leki, loki na papiloty w soboty. Córka od miesięcy namawia na ośrodek: „uwolnisz się wreszcie, mamo". W niedzielę dodała ciszej: „a jak babci już nie będzie, weźmiesz małych na całe wakacje, prawda?".

Stałam wtedy przy zlewie, myłam garnek po rosole. Ręce mi się zatrzymały w wodzie. Nie odwróciłam się. Wiedziałam, że jeśli spojrzę na Patrycję, powiem coś, czego potem będę żałować. Więc dalej szorowa łam przypalony spód garnka i słuchałam, jak córka zbiera ze stołu talerze, jakby nic nie powiedziała.

Mama siedziała w pokoju obok, w fotelu pod oknem, z poduszką pod plecami. Oglądała teleturniej. Słyszałam znajome dźwięki - fanfary, oklaski, piskliwy głos prowadzącego. Pewnie nawet nie usłyszała słów Patrycji. A może usłyszała i udała, że nie. Mama to potrafi. Dziewięćdziesiąt trzy lata treningu.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt cztery lata i od ośmiu lat moje życie kręci się wokół obiadu o dwunastej trzydzieści, tabletek o ósmej, czternastej i dwudziestej, i loków na papiloty w każdą sobotę, bo mama w niedzielę chce wyglądać porządnie, nawet jeśli jedynym gościem jest ksiądz z komunią. Nie narzekam. Przynajmniej nie narzekałam do ostatniej niedzieli.

Patrycja ma trzydzieści osiem lat, dwóch synów - Kubę i Olka - i męża Damiana, który pracuje na platformie wiertniczej w Norwegii, dwa tygodnie tam, dwa tygodnie w domu. Kiedy Damiana nie ma, Patrycja potrzebuje pomocy z dziećmi. Rozumiem to. Ale od jakiegoś czasu jej prośby zaczęły wyglądać inaczej. Mniej jak prośby, a bardziej jak plan.

Zaczęło się pół roku temu, w grudniu, tuż przed Wigilią. Patrycja przyjechała z chłopakami pomóc mi udekorować choinkę - tę samą sztuczną, która stoi u mamy od lat dziewięćdziesiątych. Kuba bawił się bombkami, Olek biegał po korytarzu, a Patrycja usiadła przy kuchennym stole i powiedziała:

- Mamo, pomyślałaś kiedyś o domu opieki dla babci?

Odłożyłam łańcuch na choinkę. Pamiętam, że był srebrny, trochę przetarty.

- Nie mów „dom opieki", to brzmi jak wyrok - odpowiedziałam. - I nie, nie pomyślałam.

- Bo są teraz takie fajne ośrodki. Koleżanka z pracy oddała mamę do takiego pod Wrocławiem. Mówi, że to jak sanatorium. Codziennie rehabilitacja, opieka całodobowa, nawet wycieczki organizują.

- Mama ma dziewięćdziesiąt trzy lata, Patrycja. Na jakie wycieczki?

- No nie dosłownie wycieczki, ale… wiesz, o co mi chodzi.

Wiedziałam. Chodziło o to, żebym przestała jeździć do mamy codziennie, przez całe Bielany, autobusem sto siedemnaście, potem piechotą przez osiedle, żebym przestała gotować dwa obiady - jeden dla siebie, jeden dla niej - i żebym wreszcie miała czas. Na co? Na Kubę i Olka. Na odbieranie ich ze szkoły, na gotowanie im podwieczorków, na pilnowanie lekcji, kiedy Damian jest w Norwegii, a Patrycja robi nadgodziny w biurze rachunkowym.

Po Wigilii temat wracał regularnie. W styczniu - broszura ośrodka wsunięta między gazety na moim stole. W lutym - rozmowa przy kawie: „mamo, ty się wyniszczasz". W marcu - telefon od Damiana, co mnie zdziwiło, bo Damian nigdy nie dzwoni. Powiedział, że martwią się o mnie, że tak nie może być, że Patrycja płacze wieczorami.

- Damian - powiedziałam spokojnie - Patrycja płacze, bo ma za dużo na głowie. Jak jej pomożesz, przestanie płakać. A ja będę dalej jeździć do mamy.

Cisza w słuchawce. Potem krótkie „rozumiem" i się rozłączył.

Mama niczego nie ułatwia. Jest uparta, kapryśna, potrafi zadzwonić o szóstej rano, bo nie może otworzyć słoika z dżemem. Nie przyjmuje do wiadomości, że mam sześćdziesiąt cztery lata, kolano do wymiany i własne zmęczenie. Dla niej wciąż jestem Bożenką, która da radę. I jakoś daję.

Tata odszedł piętnaście lat temu. Rak płuc, trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Mama została sama w tym mieszkaniu na trzecim piętrze, bez windy, z emeryturą, z której ledwo starcza na rachunki. Mogłam ją wziąć do siebie, ale mam kawalerkę, a mama potrzebuje swoich ścian, swoich firanek, swojego fotela pod oknem. Więc zaczęłam dojeżdżać. Codziennie. Osiem lat.

Mój mąż Andrzej odszedł jeszcze wcześniej - nie umarł, po prostu odszedł. Patrycja miała wtedy piętnaście lat. Andrzej założył nową rodzinę, gdzieś pod Poznaniem, słyszałam, że ma syna. Nie dzwoni. Patrycja przez lata nie mogła mu wybaczyć, a teraz czasem mówi, że go rozumie. To mnie boli bardziej niż sam rozwód.

W niedzielę, po tym zdaniu o wakacjach, skończyłam myć garnek, wytarłam ręce w ścierkę i usiadłam naprzeciwko córki. Patrycja kroiła sernik. Nie patrzyła na mnie.

- Powiedz mi wprost - zaczęłam. - Chodzi ci o to, żebym oddała mamę do ośrodka, żeby mnie nie było w pakiecie z nią? Żebym była wolna. Dla ciebie.

- Nie „dla mnie". Dla siebie. I trochę dla chłopaków, bo oni cię kochają, a widzą raz w miesiącu.

- Widzą mnie co tydzień.

- Na godzinę, mamo. Wpadasz, dajesz czekoladę i jedziesz do babci.

Miała rację. Właśnie to mnie rozwścieczyło - że miała rację. Ale to jedno zdanie nie dawało mi spokoju. „A jak babci już nie będzie". Powiedziała to tak cicho, jakby sprawdzała, czy ściana wytrzyma uderzenie. I wytrzymała. Nie krzyknęłam. Nie wstałam. Siedziałam i patrzyłam, jak córka kroi sernik na równe kawałki, i myślałam: ty już policzyłaś. Policzyłaś, ile babci zostało, i ułożyłaś plan na potem.

A potem pomyślałam coś gorszego: a może ja też liczę? Może każdego ranka, kiedy dzwonię do mamy i słyszę jej głos - ochrypły, zrzędliwy, żywy - czuję ulgę, ale i coś jeszcze. Coś, czego nie potrafię nazwać, bo gdybym nazwała, musiałabym przyznać, że Patrycja nie jest jedyną osobą w tym domu, która myśli o tym, co będzie „potem".

W poniedziałek pojechałam do mamy jak zwykle. Autobus, osiedle, schody na trzecie piętro. Mama otworzyła drzwi w szlafroku, z papilotami jeszcze we włosach, chociaż był już poniedziałek.

- Nie zdjęłaś loków? - zapytałam.

- Bo nikt nie przyszedł mi pomóc - powiedziała z wyrzutem.

Usiadłam za nią na łóżku i ostrożnie zdejmowałam papiloty, jedną po drugiej, a mama patrzyła w lustro i poprawiała mi ręce. I wtedy powiedziała coś, co mną wstrząsnęło:

- Bożenka, ja wiem, że Patrycja chce mnie gdzieś oddać. Słyszę lepiej, niż myślicie.

Nie odpowiedziałam. Zdjęłam ostatnią papilotę, ułożyłam loki palcami. Mama złapała mnie za rękę. Jej dłoń była sucha i lekka jak papier.

- Nie oddawaj mnie - powiedziała. I dodała ciszej: - Ale nie oddawaj też siebie.

Wracałam autobusem sto siedemnaście i myślałam o tych dwóch zdaniach. Mama mnie prosiła i jednocześnie dawała mi pozwolenie. Na co? Na co właściwie?

Wieczorem Patrycja przysłała zdjęcie - Kuba z Olkiem na rowerach w parku, uśmiechnięci, w za dużych kaskach. Podpis: „Tęsknią za babcią Bożeną". Nie odpisałam. Nie dlatego, że byłam zła. Dlatego, że nie wiedziałam, co napisać. „Ja też tęsknię"? „Przyjade w sobotę"? „Przestań mną manipulować"?

Siedzę teraz przy stole, piję herbatę z cytryną, patrzę na telefon. Na ekranie wciąż to zdjęcie. Dwa uśmiechnięte chłopaki. Za oknem kwitną kasztany. Jutro znowu pojadę do mamy. Zrobię obiad, podam leki, może włączę jej ten teleturniej. A w sobotę nakręcę loki na papiloty, bo w niedzielę przychodzi ksiądz i mama chce wyglądać porządnie.

Tylko że coraz częściej, zdejmując te papiloty w poniedziałek, myślę o tym, czyje ręce zrobią to, kiedy moich zabraknie. I czy ktokolwiek w ogóle zapyta mamę, czego ona chce.