
Krysia wychodzi za pana Henryka - oboje po siedemdziesiątce, poznali się na chórze. Poprosiła mnie na świadkową. Córka prychnęła: „cyrk na starość, i ty w to brniesz?". W sobotę trzymałam jej bukiet i płakałam ze szczęścia całą mszę.
Ale zanim opowiem o tej sobocie, muszę wrócić do momentu, w którym to wszystko się zaczęło. Bo ta historia nie jest tylko o Krysi i panu Henryku. Jest też o mnie, o mojej córce Agnieszce, o tym, czego nie umiemy sobie powiedzieć - i o tym, jak bardzo potrafimy ranić ludzi, których kochamy, jednym zdaniem rzuconym między kuchnią a korytarzem.
Z Krysią znamy się czterdzieści dwa lata. Zaczęłyśmy pracę w tym samym roku w księgowości fabryki mebli na Żeraniu. Ona przy fakturach, ja przy rozliczeniach. Codziennie herbata z cytryną o dziesiątej, później obiad w stołówce - kotlet z ziemniakami albo ryba w piątek. Przez te lata przeżyłyśmy razem wszystko: jej ślub z Wieśkiem, mojego z Andrzejem, narodziny naszych córek, potem rozwód Krysi, potem śmierć mojego Andrzeja. Gdy umarł Wiesiek, już po rozwodzie, Krysia i tak pojechała na pogrzeb. „Bo dwadzieścia lat razem to dwadzieścia lat razem, Bożenka" - powiedziała mi wtedy i nalała sobie wódki do kieliszka po krysztale, który dostała od Wieśka na imieniny.
Pan Henryk pojawił się trzy lata temu. Krysia zapisała się na chór parafialny przy kościele na Bielanach - nie dlatego, że nagle stała się pobożna, ale dlatego, że kardiolog powiedział jej, że śpiewanie jest dobre na serce i na płuca. Henryk śpiewał tam już od pięciu lat, od kiedy jego żona odeszła po długiej chorobie. Bas. Krysia później mówiła, że najpierw zakochała się w jego głosie, a dopiero potem w nim samym.
„Bożena, on mi otwiera drzwi. Rozumiesz? Otwiera drzwi. Wiesiek przez dwadzieścia lat nie otworzył mi nawet słoika z ogórkami, a ten człowiek otwiera drzwi i mówi: proszę, Krystyno."
Patrzyłam na nią i widziałam kogoś, kogo nie widziałam od lat. Krysia miała rumieńce. Krysia kupowała nowe bluzki. Krysia śmiała się tak, że sąsiadka z dołu pukała w sufit kijem od szczotki. Miała siedemdziesiąt jeden lat i wyglądała, jakby zrzuciła z siebie co najmniej piętnaście.
A potem mi powiedziała o ślubie.
Siedziałyśmy u mnie w kuchni, był luty, za oknem szaro jak w starym telewizorze. Krysia trzymała kubek w obu dłoniach - tak robi, kiedy się denerwuje - i powiedziała: „Henryk mi się oświadczył. Przy choinku, wyobraź sobie. Choinku! W styczniu! Zapomniał wyjąć, a potem powiedział, że skoro choinka jeszcze stoi, to może jedno życzenie się spełni."
Wstałam i ją objęłam. Pachniała tymi swoimi fiołkowymi perfumami, które nosi od lat osiemdziesiątych. Powiedziałam jej, że się cieszę. I mówiłam prawdę.
Problem zaczął się, kiedy powiedziałam Agnieszce.
Moja córka ma czterdzieści trzy lata, pracuje jako farmaceutka w aptece na Mokotowie, jest po rozwodzie, wychowuje dwóch synów. Jest dobra, mądra, zaradna. I jest zmęczona. Tak zmęczona, że czasem mówi rzeczy, których - mam nadzieję - nie myśli naprawdę.
„Cyrk na starość, i ty w to brniesz?" - powiedziała, kiedy oznajmiłam jej, że będę świadkową na ślubie Krysi.
Stałam w jej przedpokoju z reklamówką pełną sernika, który upiekłam dla chłopców. Agnieszka zdejmowała buty po dwunastogodzinnym dyżurze. Nawet na mnie nie spojrzała.
„Agnieszka, Krysia jest moją najlepszą przyjaciółką od czterdziestu lat."
„No i co z tego? Ma siedemdziesiąt parę lat i wychodzi za faceta, którego zna trzy lata. Co, jeśli chce jej mieszkania? Emerytury? Mamo, obudź się."
Chciałam powiedzieć, że pan Henryk ma własne mieszkanie na Żoliborzu, ma dwoje dorosłych dzieci, które go kochają, ma emeryturę kolejarską i działkę, na której hoduje pomidory. Że jest ciepły, spokojny, że mówi do Krysi „Krystyno" i nosi jej siatkę z zakupami na trzecie piętro bez windy. Ale Agnieszka już szła do kuchni podgrzewać obiad chłopcom, a ja stałam z tym sernikiem i czułam, jak coś mnie ściska w gardle.
Bo to nie był pierwszy raz, kiedy Agnieszka patrzyła tak na starość. Na moją starość.
Rok temu zapisałam się na kurs komputerowy w domu kultury. „Po co ci to, mamo? Przecież masz telefon, ja ci pokażę." Ale nie pokazała. Kiedy pojechałam z Krysią na trzydniową wycieczkę do Kazimierza Dolnego, Agnieszka zadzwoniła cztery razy i za każdym razem pytała, czy wzięłam leki. Mam sześćdziesiąt osiem lat, nadciśnienie i jedno kolano do wymiany. Ale mam też głowę, która myśli, i serce, które czuje.
Czasem myślę, że Agnieszka nie tyle martwi się o mnie, co boi się, że stracę rozum i trzeba będzie się mną zajmować. Że jej życie, i tak pękające w szwach, dostanie jeszcze jeden ciężar.
Nie powiedziałam jej tego. Zamiast tego zadzwoniłam do Krysi i powiedziałam: „Będę twoją świadkową i kupuję nową sukienkę."
Ślub był w sobotę, w małym kościółku, w którym Krysia i Henryk śpiewają w chórze. Maj, bzy pod płotem plebanii, słońce takie, że aż oczy bolały. Henryk stał przy ołtarzu w granatowym garniturze, prostował się jak struna, choć pewnie kręgosłup błagał o litość. Krysia miała kremową sukienkę i koronkową chustkę na ramionach - tę samą, którą nosiła jej matka na swoim ślubie w pięćdziesiątym trzecim roku.
Trzymałam jej bukiet - białe frezje, bo Krysia zawsze kochała frezje - i płakałam. Płakałam ze szczęścia, tak, ale też z czegoś, czego nie umiem nazwać. Z żalu? Z tęsknoty za Andrzejem? Z ulgi, że ktoś w tym wieku jeszcze potrafi powiedzieć „tak" i nie bać się jutra?
Henryk powiedział „tak" głosem, który niósł się po całym kościele. Krysia szepnęła swoje „tak" cicho, ale ja stałam blisko i słyszałam. Trzęsły jej się ręce, kiedy zakładał jej obrączkę. Złotą, prostą, bez ozdobników.
Na obiedzie w restauracji pod Arkadami - nic wielkiego, dwadzieścia osób, barszcz, polędwica, sernik na koniec - Agnieszka przyszła. Nie zapraszałam jej. Przyszła sama. Stanęła w drzwiach z bukietem kwiatów, w tej samej kurtce, w której chodzi do apteki, i stała tak przez chwilę, jakby nie wiedziała, czy wejść.
Krysia ją zobaczyła pierwsza. Wstała, podeszła i powiedziała to, co Krysia zawsze mówi: „Dziecko, chodź, jedz, schudłaś."
Agnieszka usiadła obok mnie. Nie skomentowała sukienki Krysi ani garnituru Henryka. Zjadła barszcz, potem polędwicę. Kiedy Henryk wstał i wzniósł toast za „moją żonę, Krystynę, która jest dowodem na to, że Pan Bóg ma poczucie humoru i daje drugie szanse tym, którzy śpiewają fałszywie" - Agnieszka się uśmiechnęła. Pierwszy raz od miesięcy widziałam ten uśmiech.
Kiedy wychodziłyśmy, chwyciła mnie za rękaw.
„Mamo, przepraszam za to, co powiedziałam. O cyrku."
„Wiem, córeczko."
„Nie wiesz. Bo ja nie przepraszam, że to powiedziałam. Przepraszam, że tak myślę. Że nie umiem przestać."
Stałyśmy na chodniku, pachniało bzami i spalinami, tramwaj szedł Marszałkowską. Agnieszka patrzyła gdzieś w bok, na witrynę sklepu z butami, i widziałam, że walczy z czymś, co jest większe niż jeden przeproszony wieczór.
Nie powiedziałam „nic się nie stało", bo coś się stało. Nie powiedziałam „wszystko będzie dobrze", bo nie wiem, czy będzie. Objęłam ją. Stałyśmy tak chwilę, dwie kobiety na chodniku, jedna w sukience z wesela, druga w kurtce z apteki.
Potem Agnieszka odsunęła się, powiedziała „muszę lecieć po chłopców" i poszła w stronę przystanku. A ja zostałam z bukietem frezji, który Krysia mi wcisnęła na pożegnanie, i z myślą, która nie daje mi spokoju od tamtej soboty.
Bo Agnieszka powiedziała, że nie umie przestać tak myśleć. I ja nie wiem, co z tym zrobić. Nie wiem, czy wystarczy ją kochać - czy trzeba jeszcze czegoś, czego matki po sześćdziesiątce nie umieją nazwać.