
Wnuk grał obok mnie na tablecie i przez ramię zobaczyłam ankietę w ich rodzinnej grupie: „Wigilia - kto bierze babcię?". U Kasi zero głosów, u Marka zero. Wygrała opcja dopisana przez synową, pięć głosów: „babcia najlepiej odpoczywa u siebie".
Bartuś miał osiem lat i nie wiedział, co właśnie mi pokazał. Nawet nie pokazał - to ja zerknęłam, bo na ekranie migały kolorowe bańki i myślałam, że to jakaś gra. A to był Messenger. Rodzinna grupa mojej rodziny, do której nikt mnie nie dodał.
Odłożyłam okulary na stolik, bo ręce zaczęły mi drżeć. Bartuś mruknął coś o nowym levelu i przesunął palcem dalej. Ankieta zniknęła z ekranu, ale nie z mojej głowy. Pięć głosów. Pięć osób zdecydowało, że babcia najlepiej odpoczywa u siebie. Nawet nie pytając babci, czy chce odpoczywać.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt siedem lat i od trzech lat jestem wdową. Henryk odszedł w lutym, w nocy, cicho - tak jak żył. Rano wstałam, a on leżał obok, już zimny. Kardiolog mówił, że to mogło się zdarzyć w każdej chwili. Że serce po dwóch zawałach to jak stary zegar - tyka, tyka, aż przestanie.
Po pogrzebie dzieci mówiły: „Mamo, nie zostaniesz sama, będziemy cię odwiedzać". Kasia mieszka we Wrocławiu, uczy matematyki w liceum. Marek w Poznaniu, jest elektrykiem, ma własną firmę. Ja zostałam w naszym mieszkaniu na Bielanach - trzy pokoje, kuchnia z oknem na park, balkon, na którym Henryk hodował pomidory. To jest mój dom. Nigdzie się nie wybieram.
Pierwszy rok po śmierci Henryka był najgorszy, ale paradoksalnie - najbardziej rodzinny. Kasia dzwoniła co wieczór. Marek przyjeżdżał co dwa tygodnie. Synowa Agnieszka, żona Marka, przysyłała zdjęcia wnuków z podpisem „babciu, tęsknimy!". Było mi źle, ale czułam, że ktoś o mnie pamięta.
Drugi rok - telefony co trzy dni, potem raz w tygodniu. Marek wpadał raz na miesiąc, potem raz na dwa. Kasia tłumaczyła się matami - sprawdziany, rady pedagogiczne, kurs na egzaminatora. Rozumiałam. Mają swoje życie.
Trzeci rok. Dzwonię ja. Oddzwaniają, kiedy mogą. Albo piszą SMS: „Mamo, odezwę się wieczorem". Wieczorem cisza. Nie piszę drugi raz - nie chcę być tą matką, co narzeka, wymusza, liczy telefony. Henryk zawsze mówił: „Halinka, dzieci muszą żyć po swojemu". Więc żyłam po swojemu. Chodziłam na cmentarz, robiłam zakupy w Biedronce, szyłam zasłony sąsiadce z czwartego piętra. Raz w miesiącu - wizyta u lekarza, bo kolano, bo ciśnienie, bo bezsenność. Normalnie.
A potem przyszedł listopad i temat Wigilii.
Zaczęło się niewinnie. Kasia zadzwoniła w poniedziałek - to był pierwszy telefon od dwóch tygodni - i zapytała:
- Mamo, a ty masz jakieś plany na święta? Bo wiesz, my z Piotrem myśleliśmy, że w tym roku może każdy u siebie...
- Jak to każdy u siebie? - nie zrozumiałam od razu.
- No bo Piotr ma dyżur dwudziestego szóstego, a dwudziestego trzeciego wracamy z jego rodzicami dopiero późno i nie wiem, czy damy radę jeszcze do Warszawy...
- A kto mówi o Warszawie? Mogę przyjechać do was.
Cisza. Taka cisza, w której słychać, jak ktoś szuka wymówki.
- Mamo, to by było dużo zachodu... Ty z tym kolanem, pociągiem trzy godziny... Pogadamy jeszcze, dobrze?
Nie pogadałyśmy. Przez dwa tygodnie nic. A potem Bartuś przyszedł na weekend - Marek poprosił, żebym go wzięła na sobotę i niedzielę, bo z Agnieszką jadą na wesele kolegi. Oczywiście, że wzięłam. Upiekłam sernik, kupiłam mu nowe kredki, pościeliłam w pokoju, który kiedyś był pokojem Marka.
I wtedy to zobaczyłam. Tę ankietę.
Bartuś zasnął o dziewiątej. Siedziałam przy kuchennym stole, piłam herbatę z cytryną i patrzyłam na ścianę, na której wisi zdjęcie z naszego ślubu - Henryk w za szerokim garniturze, ja z bukietem kwiatów polnych, bo na róże nie było. Czterdzieści trzy lata temu. I przez te czterdzieści trzy lata w tym domu zawsze była Wigilia. Dwanaście potraw. Sianko pod obrusem. Dodatkowe nakrycie. Henryk łamał opłatek i mówił każdemu coś innego, coś ciepłego, a ja za każdym razem płakałam, bo to był jedyny moment w roku, kiedy ten milczek potrafił powiedzieć, co czuje.
I teraz pięć osób zagłosowało, żebym te święta spędziła sama. Pięć osób - to znaczy Marek, Agnieszka, pewnie Kasia, pewnie Piotr i nie wiem kto piąty. Może bratowa Agnieszki. Może ktoś, kogo nawet nie znam.
Nie spałam do trzeciej w nocy. O szóstej wstałam, zrobiłam Bartusiowi naleśniki z dżemem, odprowadzałam go do drzwi, kiedy Marek przyjechał po niego w niedzielę po południu.
- Mamo, wszystko dobrze? - Marek stanął w progu, patrzył na mnie tymi oczami Henryka - ciemnymi, trochę za głęboko osadzonymi.
- A czemu pytasz?
- Jakaś taka jesteś blada.
- Mało spałam. Marek... - chciałam zapytać wprost. O ankietę, o Wigilię, o to, dlaczego nikt mnie nie zaprosił. Ale zobaczyłam, jak Bartuś ciągnie go za rękaw i mówi „tata, idziemy", i przełknęłam to zdanie jak gorzkie lekarstwo.
- Nic. Uważaj na drodze.
Zamknęłam drzwi. Wróciłam do kuchni. Na stole leżał talerzyk po naleśnikach, obok kubek z resztką kakao. Odsunęłam krzesło, na którym siedział Bartuś, i zobaczyłam, że zostawił na nim jedną kredkę - czerwoną, z odgryzionym końcem.
Wzięłam ją do ręki i wtedy się rozpłakałam. Nie dlatego, że byłam biedną, samotną staruszką. Byłam wściekła. Wściekła jak nigdy.
Przez cały następny tydzień chodziłam z tym gniewem jak z kamieniem w kieszeni. Nie zadzwoniłam do Kasi. Nie napisałam do Marka. Czekałam, czy ktokolwiek powie mi o świętach. Nikt nie powiedział.
W piątek, tydzień przed Wigilią, zrobiłam coś, czego nigdy wcześniej bym nie zrobiła. Zadzwoniłam do Krystyny, sąsiadki z trzeciego piętra, która od pięciu lat spędza święta z synem w Anglii. W tym roku syn nie zaprosił - powiedział, że bilety za drogie.
- Krysiu - powiedziałam - a gdybyśmy urządziły Wigilię? U mnie. Ty, ja, może Jadzia z ósmego.
- Halina, ty poważnie?
- Śmiertelnie poważnie. Zrobię barszcz, uszka, karpia. Ty przyniesiesz kompot i makowiec.
Krystyna milczała chwilę, a potem powiedziała cicho:
- Wiesz co, Haluś? To jest pierwszy raz od trzech lat, kiedy ktoś zaprosił mnie na Wigilię.
W Wigilię nakryłam stół dla pięciu osób - przyszła jeszcze Jadzia z wnuczką Olą, bo córka Jadzi pracowała na nocce w szpitalu. Sianko pod obrusem. Dodatkowe nakrycie. Zapaliłam świecę, tę samą, którą Henryk kupił kiedyś na jarmarku w Kazimierzu.
O szóstej zadzwonił Marek.
- Mamo, wesołych świąt. Jak tam u ciebie?
- Dziękuję, synku. Jest bardzo miło. Mam gości.
- Gości? - zdziwienie w jego głosie było tak szczere, że prawie rozbrajające. Jakby nie mieścił mu się w głowie fakt, że jego matka może mieć przy stole kogoś innego niż jego rodzinę.- Tak. Sąsiadki i mała Ola. Jemy właśnie karpia.
- A... no to dobrze. To dobrze, mamo.
Rozłączył się. Jadzia popatrzyła na mnie pytająco. Pokręciłam głową - nie chciałam tłumaczyć.
Łamałam opłatek z Krystyną i nie płakałam. Jadzia śpiewała „Wśród nocnej ciszy" trochę fałszywie, a Ola rysowała choinkę czerwoną kredką, tą samą, którą zostawił Bartuś. Było cicho i ciepło, i brakowało mi Henryka tak strasznie, że bolało pod żebrami.
Ale nie byłam sama. Wybrałam to.
Nie wiem, co będzie za rok. Nie wiem, czy zadzwonię do Kasi i powiem jej to, co chodzi mi po głowie od tygodni. Nie wiem, czy Marek kiedykolwiek zrozumie, co znaczyło tych pięć głosów. Może zrozumie, kiedy sam będzie miał sześćdziesiąt siedem lat i kolano, które boli na zmianę pogody.
Na lodówce magnesem trzymam kartkę, którą Bartuś narysował w niedzielę rano - dom, drzewo, postać z dużą głową i podpis drukowanymi literami: BABCIA. Patrzę na nią codziennie. I codziennie myślę: czy oni wiedzą, że można przegrać głosowanie i mimo to nie przegrać?