
W bezsenne noce dzwonię czasem na telefon zaufania dla seniorów - można pogadać do rana. W czwartek odebrał młody głos i poznałam go od pierwszego „yhm": mój wnuk, wolontariusz. Nie przyznałam się. Godzinę opowiadał nieznajomej starszej pani o babci, do której „ciągle nie może się wybrać".
Trzymałam słuchawkę tak mocno, że bolały mnie palce. A on mówił dalej - spokojnie, ciepło, tym swoim niskim głosem, który jeszcze dwa lata temu był chłopięcym sopranem. Bartek. Mój Bartuś. Dwadzieścia jeden lat, trzeci rok psychologii na Uniwersytecie Warszawskim. Wolontariusz na nocnym telefonie zaufania. I nawet nie wiedział, że rozmawia z własną babcią.
Kiedy się rozłączył - bo to on zakończył rozmowę, grzecznie, z życzeniami dobrej nocy - wstałam z fotela, podeszłam do okna i stałam tak chyba z pół godziny. Osiedle na Bielanach o trzeciej w nocy wygląda jak dno akwarium. Światła latarni, cisza, czasem kot na chodniku. A ja się trzęsłam. Nie z zimna.
Mam na imię Halina, mam siedemdziesiąt dwa lata i od trzech lat mieszkam sama. Mąż, Tadeusz, odszedł - nie ode mnie, z tego świata. Rak trzustki. Cztery miesiące od diagnozy do pogrzebu. Córka Marta mieszka w Pruszkowie, dwadzieścia minut autobusem, ale jakoś te dwadzieścia minut zamienia się w tygodnie. Ma swoje życie, męża Dariusza, troje dzieci. Bartek jest najstarszy.
Nie narzekam. Naprawdę nie narzekam, bo wiem, jak to brzmi - samotna staruszka, której nikt nie odwiedza. Nie jestem taka. Chodzę na gimnastykę dwa razy w tygodniu, w poniedziałki mam koło rękodzieła w domu kultury, w piątki gram w brydża z Haliną z czwartego piętra i Teresą spod trójki. Radzę sobie. Ale noce. Noce są inne.
Zaczęłam dzwonić na ten telefon zaufania ze trzy miesiące temu. Pierwszego razu wstydziłam się tak, że prawie się rozłączyłam. Ale odebrała kobieta - ciepły, zmęczony głos - i powiedziała: „Proszę mówić, słucham panią". I ja zaczęłam mówić. O tym, że budzę się o drugiej i nie mogę zasnąć. O tym, że czasem robię herbatę na dwa kubki, bo przez czterdzieści sześć lat robiłam na dwa. O tym, że Wigilia była trudna, choć Marta się starała.
Potem dzwoniłam mniej więcej raz w tygodniu. Nigdy nie podawałam nazwiska. Byłam po prostu starszą panią z Warszawy, jedną z wielu. Rozmowa trwała czasem kwadrans, czasem godzinę. Zależy, kto odebrał. Zależy, jak bardzo nie mogłam spać.
W czwartek odebrał Bartek. Nie wiedziałam, że jest wolontariuszem. Marta nigdy o tym nie wspomniała - a może wspomniała, a ja nie zapamiętałam. Ostatnio zapominam rzeczy, które nie wydają mi się ważne. A potem okazuje się, że były najważniejsze.
Poznałam go od razu. To „yhm" - krótkie, z takim lekkim zassaniem powietrza - tak samo robił jako mały, kiedy słuchał bajki i chciał, żebym wiedziała, że nie zasnął. Serce mi stanęło na sekundę. A potem powiedziałam - normalnie, spokojnie - „Dzień dobry, to znaczy dobranoc, nie mogę spać".
I on się roześmiał. Cicho, z szacunkiem. „Dobranoc, proszę pani. Opowiedzmy sobie coś, to może będzie łatwiej."
Opowiedzieliśmy. Znaczy, on opowiadał. Ja zadawałam pytania - takie ostrożne, żeby nie zdradzić, że wiem. Spytałam, czy studiuje. Powiedział, że psychologię. Spytałam, czy ma rodzinę. I wtedy zaczął mówić o mnie.
„Mam babcię" - powiedział. „Mieszka sama na Bielanach. Dziadek umarł trzy lata temu. Powinienem ją częściej odwiedzać, ale... wstyd powiedzieć, ciągle nie mogę się wybrać. Sesja, dyżury, dziewczyna. Głupie wymówki."
Milczałam. Bałam się, że jeśli się odezwę, usłyszy w moim głosie to, co czułam.
„Wie pani, co jest najgorsze?" - ciągnął. „Że babcia nigdy nie powie wprost, że jest jej smutno. Zawsze: dobrze, radzę sobie, nie musicie przyjeżdżać. A ja wiem, że to nieprawda. Mama mówi, że babcia jest twarda. Ale ja myślę, że babcia jest po prostu dumna. I że ta duma ją zjada."
Przygryzłam wargę tak mocno, że poczułam krew. Metaliczny smak. Bartek mówił dalej - o tym, jak jako dziecko spędzał u mnie wakacje, jak Tadeusz uczył go szachów na balkonie, jak jadł moje naleśniki z serem i cukrem pudrem. I że ostatnio śnił mu się dziadek - siedzieli razem przy stole i grali w szachy, a ja wołałam z kuchni, żeby umyli ręce.
„Czy pan - znaczy, czy ona wie, że pan tak o niej myśli?" - spytałam cichym głosem.
„Nie wie. Bo ja jej tego nie mówię. A powinienem."
Rozmowa skończyła się koło trzeciej. Bartek zapytał, czy mi lepiej. Powiedziałam, że tak. Pożegnał się ciepło - „Proszę dzwonić, kiedy pani potrzebuje, jesteśmy tu po to". My. Jakby mówił w imieniu całego świata, a nie wiedział, że mówi do jednej jedynej osoby, której najbardziej by się nie spodziewał.
Następnego dnia rano zrobiłam sobie kawę. Jedną. Usiadłam przy stole i patrzyłam na telefon. Mogłam zadzwonić do Marty i powiedzieć: twój syn jest wspaniałym człowiekiem, wiesz? Mogłam zadzwonić do Bartka i powiedzieć: wnuczku, to byłam ja. Nie musisz się tłumaczyć, nie musisz przyjeżdżać z obowiązku.
Ale czegoś się bałam. Że jeśli się przyznam, to zepsuje coś, co było czyste. Że Bartek poczuje się głupio. Że zacznie przyjeżdżać z poczucia winy, a nie dlatego, że chce. A może bałam się czegoś jeszcze gorszego - że usłyszę od niego te same słowa, które mówił przez telefon, ale skierowane do mnie, twarzy, a nie do anonimowej starszej pani. I że wtedy nie dam rady udawać, że jestem twarda.
Bo on miał rację. Ta duma mnie zjada.
Minął tydzień. Dzisiaj jest czwartek. Za dwie godziny Bartek pewnie zacznie dyżur. A ja siedzę w fotelu i nie wiem, co zrobić. Mogę nie dzwonić. Mogę dzwonić i dalej udawać nieznajomą. Mogę wreszcie powiedzieć: „Bartuś, to babcia. Przyjdź w niedzielę na naleśniki".
Ale jest jeszcze jedna opcja, która nie daje mi spokoju. Mogę po prostu nic nie robić. Czekać. Dalej chodzić na gimnastykę, grać w brydża, robić herbatę na jeden kubek. I mieć to jedno: jego głos w słuchawce, raz na jakiś czas, w bezsenną noc. Głos wnuka, który mówi o mnie piękne rzeczy, bo nie wie, że słucham.
Czy to jest samolubne? Pewnie tak. A może nie. Może czasem potrzebujemy usłyszeć prawdę od kogoś, kto nie wie, że ją nam mówi.
Czajnik zaczyna gwizdać. Wstaję. Wyciągam z szafki jeden kubek, potem - po chwili wahania - drugi. Stawiam oba na blacie. Nie wiem jeszcze, do kogo zadzwonię.