
Bratowa przyszła z kopertą i starym zeszytem Władka: „pożyczka od Jadzi, marzec dziewięćdziesiąty siódmy - oddać". Trzy tysiące, wtedy majątek; ja nie pamiętałam, zeszyt pamiętał. „On by oddał, to oddaję ja." Pieniądze wzięłam. Zeszyt poprosiłam na pamiątkę.
Stała w moich drzwiach z tym zeszytem przyciśniętym do piersi jak relikwia. Halina - bratowa, żona mojego brata Władka, który umarł w listopadzie - nigdy wcześniej nie przychodziła do mnie bez zapowiedzi. Zawsze dzwoniła, zawsze pytała, czy mi pasuje. A tu - piątek, trzynasta, ja ledwo po obiedzie, jeszcze w kapciach i fartuchu po smażeniu kotletów.
- Jadzia, wpuść mnie, bo muszę ci coś dać, zanim się rozmyślę - powiedziała, a ja zobaczyłam, że ma czerwone oczy.
Wpuściłam ją do kuchni. Postawiłam wodę na herbatę. Halina usiadła na krześle przy oknie, tym samym, na którym zawsze siadał Władek, kiedy do mnie przyjeżdżał z Radomia. To znaczy - kiedy jeszcze przyjeżdżał. Ostatnie lata było rzadko. Raz, dwa razy do roku, najczęściej na imieniny mamy, dopóki mama żyła.
Koperta leżała na stole - zwykła, biała, bez napisu. A obok niej zeszyt. Szkolny, w kratkę, z okładką w kolorze zgniłej zieleni. Na wierzchu, charakterystycznym pismem brata - drobnym, pochylonym w lewo - napis: „Rachunki. Władek M."
Halina odwróciła kilka kartek. Były tam kolumny cyfr, daty, nazwiska. Brat prowadził coś w rodzaju prywatnej księgi dłużników i wierzycieli. Kto komu pożyczył, ile, kiedy. Kto oddał. Kto nie oddał. A przy moim nazwisku - jedyny wpis: „Jadzia, 3000 zł, marzec 97. Oddać."
- Znalazłam to, jak sprzątałam jego biurko - powiedziała Halina, mieszając łyżeczką w szklance. - Wiesz, jaki on był pedantyczny. Wszystko zapisywał. I ten dług u ciebie... on nigdy mi o nim nie mówił, ale widocznie pamiętał.
Ja nie pamiętałam. I to było najgorsze.
Siedziałam naprzeciwko bratowej i próbowałam wyciągnąć z pamięci marzec dziewięćdziesiątego siódmego roku. Miałam wtedy czterdzieści dwa lata. Pracowałam w księgowości spółdzielni mleczarskiej na Pradze, Zbyszek - mój mąż - właśnie stracił robotę w zakładach na Żeraniu. Córka Agnieszka chodziła do liceum, syn Paweł kończył podstawówkę. Pamiętam, że było ciężko. Że rachunki rosły. Że budziłam się w nocy i liczyłam w głowie, czy starczy do pierwszego.
Ale żebym pożyczała od Władka? Władek sam nie miał lekko. Pracował wtedy w hurtowni budowlanej pod Radomiem, zarabiał niewiele więcej ode mnie. Trzy tysiące złotych w dziewięćdziesiątym siódmym - to były poważne pieniądze. Za to można było kupić używaną pralkę i jeszcze zostałoby na dwa miesiące rachunków.
- Halina, ja naprawdę nie pamiętam tej pożyczki - powiedziałam szczerze.
Pokiwała głową. Jakby się tego spodziewała.
- Wiem. Ale on pamiętał. I byłby wściekły, gdyby się dowiedział, że ja to znalazłam i nic nie zrobiłam. Znałaś go. Nigdy by nie odpuścił. On by oddał, to oddaję ja.
Otworzyła kopertę i wyciągnęła plik banknotów. Policzyłam odruchowo - trzy tysiące. Dokładnie tyle, ile w zeszycie.
- Halina, to absurd. Minęło dwadzieścia siedem lat. Nawet gdyby ta pożyczka była prawdziwa, to te pieniądze dawno straciły wartość. Trzy tysiące wtedy i trzy tysiące teraz to zupełnie co innego.
- Wiem - powtórzyła. - Ale ja nie oddaję ci wartości. Oddaję dług Władka.
Zamilkłyśmy obie. Przez okno kuchni wpadało popołudniowe słońce. Gdzieś za ścianą sąsiadka włączyła radio - leciała jakaś piosenka Budki Suflera, nie pamiętam która. Herbata stygła w szklankach.
Pomyślałam o bracie. O tym, jak ostatni raz widziałam go żywego - we wrześniu, na pogrzebie cioci Marysi. Stał pod kościołem w za dużej marynarce, bo schudł po chemii, i palił papierosa, chociaż lekarz zabronił. Powiedział mi wtedy: „Jadźka, ja mam wszystko poukładane. Jakby co, Halina wie, gdzie co leży." Pomyślałam, że mówi o testamencie, o papierach do mieszkania. A on mówił o zeszycie w kratkę.
Władek był ode mnie młodszy o cztery lata. Jako dziecko chodził za mną jak cień. Mama mówiła: „Jadziu, pilnuj brata." I pilnowałam - na podwórku, w szkole, na wakacjach u babci pod Kielcami. Potem dorosłość nas rozdzieliła. Ja w Warszawie, on w Radomiu. Różne życia, różne problemy. Dzwoniliśmy do siebie coraz rzadziej. Na święta, na urodziny, czasem w niedzielę. Ostatnie lata - prawie wcale.
I nagle ten zeszyt. Dowód, że Władek kiedyś dał mi pieniądze, których nie miał w nadmiarze. Że ja je wzięłam - i zapomniałam. On nie zapomniał. Zapisał to swoim pochyłym pismem, z datą, z moim imieniem. Nie żeby upomnieć się o zwrot. Żeby pamiętać, że pomógł.
Bo przecież nigdy mi o tym nie przypomniał. Ani słowem. Przez dwadzieścia siedem lat - ani jednej aluzji, ani jednego „a pamiętasz, jak ci pożyczyłem". Nic.
- On miał taki swój honor - powiedziała Halina cicho, jakby czytała mi w myślach. - Pomagał i nie mówił. A potem się wściekał, jak ktoś mu nie oddawał, ale nigdy sam nie upominał. Taki był.
Znałam tego Władka. Pamiętałam go jako chłopca, który oddawał kolegom drugie śniadanie i potem mówił mamie, że nie był głodny. Jako nastolatka, który pożyczył Darkowi z klasy magnetofon i nigdy go nie odzyskał, ale Darkowi nie powiedział słowa. Jako dorosłego mężczyznę, który przyjeżdżał do mamy z siatkami jedzenia i powtarzał: „A co, miałem wyrzucić? Halina za dużo nakupiła."
Halina nie znała tego Władka. Znała swojego - męża, ojca dwóch synów, człowieka, który budził się o piątej i wracał o siódmej, który w weekendy majstrował przy starym Fiacie i nie lubił jeździć nad morze. Mieliśmy różnych Władków. I obaj nie żyli.
- Weź te pieniądze, Jadziu - powtórzyła Halina. - Proszę cię. Muszę zamknąć ten zeszyt.
Wzięłam. Nie dlatego, że mi były potrzebne - emerytura i renta po Zbyszku jakoś starczały. Wzięłam, bo zrozumiałam, że Halina tego potrzebuje. Że ona sprzątała po Władku - jego szafę, jego biurko, jego życie - i ten zeszyt był ostatnią otwartą sprawą. Ostatnim rachunkiem do zamknięcia.
A potem poprosiłam o zeszyt.
Halina zawahała się. Tylko na chwilę - pół sekundy, może sekundę - ale ja to zobaczyłam. Jakby nie chciała się z nim rozstać. Jakby ten zeszyt w zielonej okładce był ostatnią rzeczą, która jeszcze pachniała Władkiem.
- Na pamiątkę - powiedziałam.
Podała mi go bez słowa.
Teraz leży na mojej półce, między albumem ze zdjęciami a książeczką do nabożeństwa po mamie. Czasem go otwieram. Czytam te kolumny cyfr - nazwiska ludzi, których nie znam, daty, kwoty. Całe życie mojego brata zamknięte w stu stronach w kratkę. Kto komu ile. Kto oddał. Kto nie oddał.
Przy moim imieniu - jedyny wpis. Bez dopisku „oddane".
Halina była u mnie dwa tygodnie temu. Pieniądze schowałam do szuflady i nie ruszyłam. Nie wiem, co z nimi zrobić. Wydać - to jakby przyznać, że dług istniał, a ja go przez tyle lat ignorowałam. Oddać Halinie - to przekreślić gest Władka. Dać na mszę za jego duszę - to takie oczywiste, że aż banalne. Władek by się skrzywił.
Więc leżą. Koperta i zeszyt, obok siebie na półce. A ja co wieczór, zanim zgaszę światło, patrzę na tę zieloną okładkę i myślę o tym, ile jeszcze rzeczy mój brat zapisał, a mi nigdy nie powiedział.
I o tym, czy ja też mam gdzieś taki zeszyt - tyle że pusty.