
Zięć trzeci rok remontuje mi łazienkę. Zaczął od skucia kafelków, stanął na „czekamy na dobre ceny płytek". Myję się w misce przy zlewie, a on na imieninach opowiada wszystkim, jak dba o teściową. W piątek kupił sobie quada.
Kiedy usłyszałam o tym quadzie, stałam przy zlewie kuchennym z mokrym ręcznikiem na szyi. Sobota rano, za oknem kwitły kasztany na osiedlu, a ja w misce z ciepłą wodą myłam sobie włosy jak za dawnych lat na wsi u babci. Tyle że babcia nie miała wyboru. A ja mam łazienkę. Znaczy - miałam. Teraz mam dziurę w ścianie, goły beton, plastikową folię zamiast drzwi i obietnicę, że „jeszcze trochę i będzie jak z katalogu".
Zadzwoniła Krysia, sąsiadka z drugiego piętra. „Grażyna, widziałaś? Dariusz jedzie quadem po parkingu, dzieci się zbiegły." Podeszłam do okna. Faktycznie - mój zięć, czterdzieści dwa lata, inżynier z wykształcenia, siedział na błyszczącej maszynie i robił kółka między blokami. Uśmiechnięty od ucha do ucha. Moja córka Jolanta stała obok z telefonem i nagrywała.
Odłożyłam ręcznik. Popatrzyłam na zlew, na miskę, na swoje ręce - suche, popękane od zimnej wody, bo bojler w łazience Dariusz odłączył w październiku i jakoś nie podłączył z powrotem. Trzy lata. Tysiąc dziewięćdziesiąt dni, jeśli ktoś liczy. Ja liczę.
A zaczęło się tak pięknie. Dariusz i Jolanta wzięli ślub osiem lat temu, w kościele na Bielanach, wesele w restauracji nad Wisłą, wszystko jak trzeba. Dariusz od początku był taki - usłużny, zaradny, pierwszy do pomocy. „Mamo, niech mama nie woła hydraulika, ja to zrobię." „Mamo, ten kran to ja wymienię w weekend." Jolanta promieniała. Trafiła na złoto, nie na faceta. Tak przynajmniej myślałam.
Trzy lata temu Dariusz obejrzał moją łazienkę - kafelki z lat osiemdziesiątych, trochę pożółkłe, ale czyste, wanna sprawna, kibel nowy - i oznajmił przy niedzielnym obiedzie: „Mamo, ja to pani zrobię. Profesjonalnie. Będzie pani miała łazienkę jak z IKEI." Jolanta pokiwała głową. „Mamo, Darek się zna, zaufaj mu." No to zaufałam.
W pierwszym tygodniu skuł kafelki. Wyniósł gruz w workach, postawił pod blokiem. Przyjechał z młotem i wiertarką, hałas był taki, że pani Stenia z dołu przyszła z pretensjami. Ja jej tłumaczyłam, że to remont, że przepraszam, że niedługo się skończy. Dariusz tego dnia pracował sześć godzin. Byłam pod wrażeniem.
Potem zaczęło się czekanie. „Płytki teraz drogie, mamo. Poczekajmy na promocje." Dobrze, poczekam. Minął miesiąc. Dwa. Pół roku. Płytki nadal były drogie. Za to Dariusz kupił nowy telewizor sześćdziesiąt pięć cali i PlayStation dla siebie i ośmioletniego Kubusia, mojego wnuka.
Kiedy po roku zapytałam nieśmiało o łazienkę, Jolanta się obraziła. „Mamo, Darek robi to za darmo! Nie naciskaj, bo się zniechęci." Za darmo. Jak gdyby mi robił łaskę, że skuł mi sprawną łazienkę i zostawił ruinę. Ale się nie kłóciłam. Bo ja się nie kłócę. Sześćdziesiąt trzy lata milczenia - to się tak łatwo nie zmienia.
Na imieninach u cioci Teresy w zeszłym roku siedziałam przy stole i jadłam sernik, kiedy usłyszałam Dariusza w kuchni. Opowiadał wujkowi Bogdanowi: „Bo ja się teściową opiekuję. Remont jej robię, łazienkę od podstaw. To jest kobieta w wieku, sama by sobie nie poradziła. No, trzeba jej pomóc." Wujek Bogdan pokiwał głową z uznaniem i poklepał go po ramieniu. „Dobrze trafiła Jolka. Dobry chłop."
Zacisnęłam zęby tak mocno, że o mało nie połknęłam kawałka migdała z ciasta. Dobry chłop. Dba o teściową. A teściowa myje się w misce.
Próbowałam raz porozmawiać z Jolantą na osobności. Przyszła do mnie w środę po pracy - pracuje w księgowości w firmie budowlanej, paradoks losu - i zaparzyłam herbatę z cytryną. Powiedziałam spokojnie: „Jolusiu, już prawie dwa lata. Może wynajmijmy kogoś, ja zapłacę." Jolanta postawiła kubek na stole tak mocno, że herbata chlusnęła na obrus.
„Mamo, ty zawsze musisz podważać Darka. On się stara! Ma dużo na głowie - praca, dom, Kubuś ma treningi, ja mam nadgodziny. A ty tylko narzekasz." Narzekam. Ja - narzekam. Ja, która od trzech lat nie wzięła normalnej kąpieli we własnym mieszkaniu. Ja, która w zimie grzeje wodę w czajniku, żeby się umyć w kuchni, bo bojler jest odłączony. Ja narzekam.
Zamknęłam usta. Jolanta wyszła po piętnastu minutach, a ja zostałam z zimną herbatą i mokrym obrusem. W nocy płakałam, ale cicho, bo ściany w bloku z wielkiej płyty są cienkie i pani Stenia z dołu ma lekki sen.
Potem był quad. Krysia mi powiedziała, że takie coś kosztuje kilkanaście tysięcy. Za kilkanaście tysięcy mogłabym mieć nową łazienkę - z płytkami, z wanną, z bojlerem. Z ciepłą wodą i godnością. Ale Dariusz kupił sobie zabawkę, bo - jak napisał na Facebooku - „zasłużył po ciężkim tygodniu".
W sobotę wieczorem zadzwoniłam do Jolanty. „Córeczko, chciałabym wynająć ekipę do łazienki. Mam odłożone pieniądze, dam sobie radę." Cisza w słuchawce. Potem głos Dariusza w tle: „O czym gadacie?" I Jolanta, przyciszonym tonem: „Mamo, nie rób tego. Darek się obrazi. Weźmie to za afront."
Afront. Że chcę mieć łazienkę we własnym domu. Afront.
Nie spałam do trzeciej w nocy. Leżałam w ciemności i słuchałam, jak kapie kran w kuchni - jedyny kran, który mi został. Myślałam o Zbyszku, moim nieżyjącym mężu, który umarł osiem lat temu na zawał, pół roku przed ślubem Jolanty. Zbyszek by tego nie dopuścił. Zbyszek by powiedział: „Grażynka, ja ci to sam wykafelkuję, nie potrzebujemy żadnego zięcia." Ale Zbyszka nie ma. Jest miska, beton i zięć na quadzie.
W poniedziałek rano zadzwoniłam do firmy remontowej, którą znalazłam w internecie. Pan Wojciech przyjechał we wtorek, obejrzał łazienkę, pokręcił głową i powiedział: „Pani Grażyno, tu jest roboty na tydzień. Dziesięć dni maksymalnie. Mogę zacząć w przyszłym tygodniu." Podał cenę. Uczciwa - mniej niż quad.
Powiedziałam: „Dobrze. Proszę zaczynać."
Jeszcze nie powiedziałam Jolancie. Nie powiedziałam Dariuszowi. Siedzę teraz w kuchni, patrzę na miskę, w której myłam się przez trzy lata, i zastanawiam się, czy ją wyrzucić, czy schować. Schować - na dowód. Albo wyrzucić - żeby zapomnieć.
Wiem, że Jolanta zadzwoni. Wiem, że będzie pretensja. Że Dariusz się obrazi, może przestanie przyjeżdżać, może Kubusia nie przywiezie na Dzień Babci. Wiem, że mogę stracić więcej niż łazienkę.
Ale wiem też, jak smakuje ciepła woda z kranu. I chcę to poczuć jeszcze raz we własnym domu, zanim będzie za późno.