Pan Tadeusz z sąsiedniej działki naprawił mi kran i przynosi pomidory ze szklarni. W niedzielę dzieci przyjechały oboje, bez wnuków, na „poważną rozmowę o przyszłości". Syn położył na stole kartkę z punktami. Pierwszy przeczytałam do góry nogami: „majątek - zabezpieczyć".

Kartka była napisana starannie, drukowanymi literami, jakby Marek przygotowywał prezentację w firmie, a nie rozmowę z własną matką. Osiem punktów, ponumerowanych. Dorota siedziała obok niego z twarzą tak napuchniętą od powagi, jakby ktoś umarł. Nikt nie umarł. Ja żyłam. Miałam sześćdziesiąt trzy lata, sprawne nogi, dwa koty i działkę ROD pod Poznaniem, na której rosły porzeczki, floksy i najlepsze ogórki na całym ogrodzie.

- Mamo, usiądź - powiedział Marek, chociaż ja już siedziałam. Stałam tylko po to, żeby nalać im herbaty, ale najwyraźniej samo to było już problemem. Dorota przejęła czajnik z moich rąk, jakbym była ze szkła.

- Dziękuję, córeczko, ale jeszcze daję sobie radę z wrzątkiem - powiedziałam. Dorota się zarumieniła. Dobrze.

Odstawiłam filiżanki na stół, na serwetki szydełkowe, które robiła jeszcze moja mama. Usiadłam naprzeciwko nich i wtedy zobaczyłam tę kartkę. Marek obrócił ją do mnie przodem, ale zdążyłam przeczytać pierwszy punkt do góry nogami i coś we mnie zastyło.

„Majątek - zabezpieczyć".

Majątek. Zabezpieczyć. Jakbym go gdzieś chowała. Jakby ktoś mi go zabierał.

Henryk odszedł cztery lata temu. Nie od nas - po prostu umarł. Rak trzustki, szybko, może nawet miłosiernie szybko, choć ja to słowo w tamtych miesiącach wykreśliłam ze słownika. Zostawił mi mieszkanie w bloku na Wildzie, działkę, dwadzieścia osiem lat wspomnień i emeryturę, z której dawało się żyć, jeśli człowiek nie szalał. Ja nie szalałam. Kupowałam ziemię do doniczek, karmę dla kotów i raz na kwartał nową książkę w Empiku. Odkładałam trochę, bo kiedyś, myślałam, wnuki będą potrzebowały na studia.

A potem zepsuł mi się kran w altance na działce. Woda leciała cienkim strumyczkiem prosto na grządkę z koprem i nic nie pomagało - ani kombinerki, ani klucz francuski Henryka, ani rady z YouTube'a, które mi Dorota kiedyś pokazała, jak szukać.

Pan Tadeusz wszedł przez furtkę z własnym zestawem narzędzi i powiedział: „Pani Bożeno, niech pani tu nie stoi w kalosze, ja to ogarnę w dziesięć minut". I ogarnął. W piętnaście, bo uszczelka była w gorszym stanie niż myślał, ale dał radę. Potem wypił herbatę, pochwalił mój agreścik i wrócił do siebie.

Następnego dnia przyniósł pomidory. Malinowe, ciepłe jeszcze od szklarni. „Ze szklarni nadwyżka, pani Bożeno, zmarnują się". Zjadłam ze śmietaną i szczypiorkiem, pierwszy raz od dawna z jakąś dziwną radością, bo ktoś pomyślał, żeby mi coś dać - nie z obowiązku, nie na Dzień Matki, tylko tak.

Tadeusz miał sześćdziesiąt siedem lat, żonę pochował rok przede mną, i trzy grządki pomidorów, którymi się zajmował z taką czułością, z jaką inni zajmują się wnukami. Rozmawialiśmy przez płot, potem przy płocie, potem zaczęłam zapraszać go na kawę do altanki. Gadaliśmy o wszystkim - o podlewaniu, o podwyżkach ZUS-u, o tym, że brakuje deszczu, o filmie, który on widział w telewizji, a ja nie. Nic wielkiego. Nic, czego trzeba się wstydzić. Nic, z czego trzeba się tłumaczyć.

Ale Dorota widziała nas raz, jak przyjeżdżała po słoiki. Staliśmy przy furtce, Tadeusz trzymał deskę, którą miał mi przybić do altanki, a ja się śmiałam, bo opowiedział coś o swoim kocie, który gania jeże. Dorota nic nie powiedziała, ale jej oczy zrobiły się wąskie jak u Henryka, kiedy coś mu nie pasowało.

Tydzień później - ta niedziela. Ta kartka.

- Mamo, my się po prostu martwimy - zaczął Marek głosem z działu HR. - Jesteś sama, dom wymaga remontów, działka to obciążenie...

- Działka to nie obciążenie, tylko moje jedyne miejsce, gdzie oddycham - przerwałam mu. - Punkt drugi jaki?

Marek spojrzał na Dorotę. Dorota się wyprostowała.

- Mamo, chodzi o tego pana z sąsiedniej działki - powiedziała cicho, jakby wymawiała słowo „rak". - My nie wiemy, kim on jest. Co on chce. Mamo, takie sytuacje... ludzie bywają sprytni.

- Jacy ludzie?

- Starsi mężczyźni, którzy szukają samotnych kobiet. To jest schemat, mamo. W telewizji mówili...

Odłożyłam filiżankę. Herbata w niej była jeszcze gorąca, ale moje ręce zrobiły się zimne.

- Tadeusz naprawił mi kran i przynosi pomidory - powiedziałam powoli. - Za które nie bierze pieniędzy, które sam wyhodował, i które zjadłam ze smakiem. I za to chcecie mi zabezpieczać majątek?

- Mamo, punkt trzeci to pełnomocnictwo - wtrącił Marek. - Na wypadek gdyby coś... Znaczy, gdybyś nie mogła sama podejmować decyzji.

Cisza. Zegar w kuchni tykał tak głośno, że aż bolało.

- Mam sześćdziesiąt trzy lata - powiedziałam. - Chodzę na basen dwa razy w tygodniu. Sama robię przetłoki z papryki. W zeszłym miesiącu przebiłam oponę na rowerze i sama wymieniłam dętkę na poboczu, w deszczu, z tutorialem na telefonie. I wy mi mówicie o pełnomocnictwie?

Dorota miała łzy w oczach. Może ją kochałam za to jeszcze bardziej, ale te łzy nie wystarczyły, żeby usunąć ten ból pod mostkiem.

- My cię kochamy, mamo - powiedziała. - Ale tata nie żyje. I ten pan Tadeusz... On nie jest tatą.

Więc o to chodziło. Nie o majątek, nie o pełnomocnictwo, nie o działkę. O to, że ich matka się śmieje z obcym mężczyzną przy furtce. O to, że na miejscu Henryka stoi ktoś z deską i gwoździami, i że to jest nie do zniesienia, bo znaczy, że życie idzie dalej, a oni jeszcze nie pozwolili mi iść.

Pozbierałam filiżanki, zaniosłam do zlewu. Stałam tyłem do nich i myłam, choć zmywarka działała - potrzebowałam czegoś w rękach.

- Kartkę zabierzcie - powiedziałam, nie odwracając się. - Pełnomocnictwa nie podpiszę. Działki nie sprzedam. A pana Tadeusza zaproszę jutro na kawę, bo obiecałam, że dam mu przepis na ogórki.

Marek wstał. Dorota jeszcze siedziała.

- Mamo... - zaczęła.

- Kocham was - powiedziałam. - Ale nie proszę was o zgodę.

Wyjechali o szóstej. Dom zrobił się cichy. Koty wróciły na swoje miejsce na kanapie. Usiadłam przy stole, na którym jeszcze leżały okruszki po cieście, które upiekłam na ich przyjazd - sernik z kruszonką, ten, który Marek uwielbiał od dziecka. Zjadł dwa kawałki, zanim wyciągnął kartkę.

Podniosłam telefon i napisałam do Tadeusza: „Jutro kawa o dziesiątej? Przyniosę przepis".

Odpisał po minucie: „Przyniosę pomidory".

Uśmiechnęłam się. A potem otworzyłam szufladę i wyjęłam tę kartkę, bo Marek ją jednak zostawił. Przeczytałam wszystkie osiem punktów. Schowałam ją z powrotem pod rachunki za prąd. Nie wyrzuciłam.

Sama nie wiem, dlaczego nie wyrzuciłam.