Pilnuję wnuków trzy razy w tygodniu. W poniedziałek wnuczka wzięła misia z półki, przystawiła mi do twarzy i powiedziała: „Babciu, uśmiechnij się - mama cię ogląda." Na brzuchu misia był obiektyw.

Przez pierwszą sekundę pomyślałam, że to zabawka. Taka nowoczesna, z tymi wszystkimi gadżetami, jakie dzieci teraz mają. Ale Hania ma pięć lat. Pięcioletnie dziecko nie wymyśla takich zdań samo z siebie. Wzięłam misia do ręki, obróciłam. Między brązowym futerkiem, tuż pod czerwoną kokardką, tkwił maleńki czarny krążek. Nie musiałam być informatykiem, żeby wiedzieć, co to jest.

Ręce mi zadrżały. Odstawiłam misia na półkę dokładnie tak, jak stał - przodem do kanapy, na której zwykle siedzę z wnukami. Potem poszłam do kuchni zrobić Hani kanapkę z dżemem, bo tak robię zawsze o szesnastej, a rutyna jest jedyną rzeczą, która trzyma człowieka w pionie, kiedy grunt się usuwa.

Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Wcześniej pracowałam jako księgowa w hurtowni budowlanej pod Poznaniem - dwadzieścia sześć lat przy tych samych tabelkach. Mąż Zbyszek odszedł osiem lat temu, zawał na działce ROD, między grządką pomidorów a malinami. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Ratajach. Córka Agnieszka z mężem Tomkiem mieszkają piętnaście minut autobusem - na nowym osiedlu, w bloku z windą i podziemnym garażem. Mają dwoje dzieci: Hanię i dwuletniego Kubusia.

Kiedy Agnieszka wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim, zaproponowała mi układ. Poniedziałek, środa, piątek - od trzynastej do osiemnastej. Ona z Tomkiem pracują, ja pilnuję wnuków. Zgodziłam się natychmiast. Nawet nie dla nich - dla siebie. Po śmierci Zbyszka cisza w mieszkaniu potrafiła mnie obudzić w nocy, tak głośno dudniła.

Przez półtora roku wszystko działało. Przychodziłam do ich mieszkania ze swoim fartuchem, gotowałam rosół na wtorki, piekłam placek z jabłkami. Hania rysowała przy stole, Kubuś raczkował, potem zaczął chodzić, potem zaczął ściągać garnki z szafek. Normalne życie. Czasem Agnieszka dzwoniła w ciągu dnia - „Mamo, jak tam?", a ja mówiłam - „Dobrze, jedz spokojnie obiad, tu wszystko gra." Bo grało.

A potem ten miś.

We wtorek rano, kiedy wiedziałam, że Agnieszka jest w pracy, pojechałam do centrum handlowego. Podeszłam do stoiska z elektroniką. Pokazałam sprzedawcy zdjęcie, które zrobiłam telefonem - tego krążka na brzuchu pluszaka. Chłopak, może dwudziestopięcioletni, nawet się nie zdziwił.

- To kamera Wi-Fi - powiedział. - Taka niania elektroniczna. Łączy się z aplikacją na telefonie. Obraz na żywo, plus nagrywanie.

- Czyli ktoś mnie oglądał? - zapytałam cicho.

- Ktoś, kto ma hasło do tej kamery, tak.

Wracałam autobusem i patrzyłam na swoje odbicie w szybie. Sześćdziesięcioletnia kobieta w beżowej kurtce, z siatką z Biedronki na kolanach. Czy ja wyglądam na kogoś, przed kim trzeba stawiać kamerę? Przeleciały mi przez głowę wszystkie sceny z ostatnich miesięcy. Jak wycieram Kubusiowi buzię. Jak tłumaczę Hani, że nie wolno rysować po ścianie. Jak siadam na kanapie na pięć minut z herbatą, kiedy wnuki wreszcie zasną. Ile z tego widziała Agnieszka? I co tam zobaczyła, czego ja nie rozumiem?

W środę przyszłam jak zwykle. Powiedziałam „cześć, kochanie" do Hani, przebrałam Kubusia, wstawiłam wodę na makaron. Miś stał na półce. Patrzył na mnie jednym plastikowym okiem i jednym szklanym obiektywem. Przez całe popołudnie starałam się zachowywać normalnie, ale dwa razy przyłapałam się na tym, że prostowałam plecy i poprawiałam włosy. Jakbym była na scenie.

Wieczorem Agnieszka wróciła z pracy, zmęczona jak zwykle. Podała mi jabłka ze swojego biurowego drzewka - „Mamo, weź, są słodkie." Patrzyłam na nią i szukałam w jej twarzy czegoś - winy, skrępowania, czegokolwiek. Nic. Uśmiechnęła się, pocałowała mnie w policzek, powiedziała - „Dzięki, mamo, nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła."

Czy tak mówi ktoś, kto uważa, że potrzebujesz nadzoru?

W czwartek zadzwoniłam do Lucyny, mojej koleżanki jeszcze z hurtowni. Lucyna pilnuje wnuków codziennie, więc pomyślałam, że zrozumie.

- A może ona się po prostu boi? - powiedziała Lucyna. - Teraz te matki są inne. Wszystko sprawdzają w internecie, w każdym dziecku widzą zagrożenie. Może to nie o ciebie chodzi, Krysia. Może ona by każdemu taką kamerę postawiła.

- Ale nie powiedziała mi.

- No nie powiedziała - Lucyna zamilkła. - To jest problem.

I właśnie to mnie bolało najbardziej. Nie kamera. Kamera to przedmiot, kawałek plastiku i szkła. Bolało mnie to, że moja córka - którą karmiłam, ubierałam, nosiłam na rękach przez ospę, siedziałam z nią nad matematyką do jedenastej w nocy - ta sama córka uznała, że nie może mi zaufać. I nie miała odwagi powiedzieć mi tego prosto w oczy.

Przez tydzień nic nie mówiłam. Przychodziłam, pilnowałam dzieci, gotowałam, sprzątałam. Miś stał na swoim miejscu. Hania raz wzięła go do zabawy, a ja delikatnie zabrałam - „Zostaw misia, kochanie, niech sobie siedzi na półce." Serce mi waliło, jakbym robiła coś zakazanego.

W niedzielę była kolacja u Agnieszki. Tomek grillował na balkonie kurczaka, Kubuś mazał się sosem po całej twarzy, Hania rysowała motylki. Normalnie. Rodzinnie. Agnieszka podała mi herbatę - z cytryną, bez cukru, jak lubię. Wiedziała, jak lubię. Znała mnie od sześćdziesięciu dwóch lat. A ja nie wiedziałam, czy znam ją.

Kiedy dzieci poszły spać, zostałyśmy same w kuchni. Tomek wyszedł z psem.

- Agnieszka - zaczęłam i urwałam. Nabrałam powietrza. - Wiem o kamerze w misiu.

Cisza. Agnieszka postawiła kubek na blacie. Powoli. Nie spuściła wzroku.

- Mamo, to nie jest tak, jak myślisz.

- A jak jest?

- To niania elektroniczna. Kupiliśmy ją, kiedy Kubuś zaczął chodzić. Chciałam widzieć, czy wszystko w porządku. Nie tylko kiedy ty jesteś - też kiedy jest Tomkowa mama, i kiedy jest opiekunka na soboty.

- Ale mi nie powiedziałaś.

Agnieszka zagryzła wargę. Widziałam, jak szuka słów, przekłada je w głowie jak karty w talii.

- Bo wiedziałam, że się obrazisz. Że pomyślisz dokładnie to, co teraz myślisz.

- A co myślę?

- Że ci nie ufam.

Siedziałyśmy naprzeciwko siebie. Między nami stół, kubki, okruszki po kolacji i coś ciężkiego, niewidzialnego. Agnieszka miała trzydzieści cztery lata, poważną pracę, dwójkę dzieci i aplikację w telefonie, przez którą mogła oglądać swoją matkę w czasie rzeczywistym.

- Ja cię nie kontroluję, mamo - powiedziała cicho. - Ja się boję. Cały czas się boję. O nich.

Patrzyłam na nią i widziałam tę samą dziewczynkę, która w nocy przychodziła do mojego łóżka, bo bała się burzy. Tylko że teraz burza była inna. I nie mogłam jej przegonić, mówiąc - „Już dobrze, nic się nie stanie."

Wróciłam do domu o dziesiątej. Zdjęłam buty, usiadłam na kanapie, nie zapalając światła. Na półce w przedpokoju stało zdjęcie Zbyszka. Gdyby żył, powiedziałby pewnie - „Krysia, daj spokój, młodzi mają swoje sposoby." I miałby rację. Albo nie miałby.

W poniedziałek rano wstałam, wypiłam kawę, włożyłam fartuch do torby. O dwunastej pięćdziesiąt pięć stałam przed drzwiami Agnieszki. Klucz pasował jak zawsze. Hania wybiegła z pokoju - „Babciu!" - i rzuciła mi się na szyję. Kubuś szedł za nią, chwiejnie, z klockiem w ręce.

Miś stał na półce. Podniosłam go, obróciłam w rękach. Potem odstawiłam - ale twarzą do ściany.

Nie wiem, czy dobrze zrobiłam. Nie wiem, czy Agnieszka zauważy. I nie wiem, czy jutro obrócę go z powrotem.