
Mąż nie żyje od dwóch lat. Porządkowałam jego telefon, gdy wyskoczyło powiadomienie: „Wspomnienie sprzed 6 lat". Zdjęcie z Krety - on i ktoś, kogo nigdy nie poznałam. Podpis: „Rocznica."
Telefon prawie wypadł mi z ręki. Na ekranie Ryszard - w tej lnianej koszuli, którą kupiłam mu na imieniny - obejmował ramieniem kobietę. Szczupła, ciemne włosy, okulary przeciwsłoneczne wsunięte na czubek głowy. Za nimi morze, tak niebieskie, że wyglądało jak z folderu biura podróży. Oboje się uśmiechali. Nie tak, jak ludzie uśmiechają się do aparatu z grzeczności. Tak, jak uśmiechają się ludzie, którzy są razem.
Odłożyłam telefon ekranem w dół na kuchenny stół, obok herbaty, która dawno wystygła. Siedziałam w naszym - teraz moim - mieszkaniu na Bielanach i próbowałam oddychać. Czterdzieści lat małżeństwa. Dwoje dorosłych dzieci. Wnuczka Lena, która mówi do mnie „babunia". Ryszard odszedł dwa lata temu, w grudniu, na rozległy zawał. Nie zdążyłam nawet do szpitala. I przez te dwa lata myślałam, że wiem o nim wszystko.
A teraz patrzyłam na zdjęcie z Krety i wiedziałam, że nie wiem nic.
Bo na Krecie nigdy razem nie byliśmy. Ryszard latał tam sześć lat temu, owszem - pamiętam to dokładnie. Powiedział, że jedzie z Bogdanem z pracy na wycieczkę. Dwa tygodnie. Bogdan, który prowadził z nim razem zakład elektroinstalacyjny na Woli, potwierdził. „Bożena, wezmę ci oliwę z oliwek, pierwszego tłoczenia" - obiecał Ryszard z progu. I przywiózł. Stoi do dziś na półce, ta butelka, nadal w połowie pełna, bo nigdy specjalnie nie lubiłam oliwy.
Wzięłam telefon z powrotem. Przesunęłam palcem. Pod zdjęciem nie było żadnego komentarza, żadnej wiadomości - tylko automatyczne wspomnienie wygenerowane przez aplikację. Ale sam podpis, „Rocznica", musiał napisać Ryszard. Sam. Celowo. A to znaczyło, że to zdjęcie coś dla niego znaczyło. Że ta kobieta coś dla niego znaczyła.
Pierwsze, co zrobiłam, to zadzwoniłam do córki. Magda odebrała po trzecim sygnale.
- Mamo, co się stało? Wszystko w porządku?
Chciałam powiedzieć. Otworzyłam usta. I powiedziałam:
- Nic, córciu. Chciałam zapytać, czy Lena zjadła obiad.
Magda zaczęła opowiadać o przedszkolu, o kaszce, o tym, że Lena znowu nie chce jeść marchewki. Słuchałam i nie słuchałam. Bo w głowie miałam tylko jedno pytanie: kto to jest?
Wieczorem zaczęłam szukać. Nie w internecie - w szufladach. Ryszard był człowiekiem starszej daty, porządkowym. Rachunki segregował w teczkach, dokumenty trzymał w komodzie w sypialni. Przez dwa lata od jego śmierci otwierałam tę komodę może ze trzy razy - żeby wyciągnąć akt zgonu, polisę ubezpieczeniową, wyciąg z konta. Teraz otworzyłam wszystkie szuflady.
W trzeciej, pod starymi wyciągami z ZUS-u, znalazłam kopertę. Zwykłą, białą, bez adresu. W środku trzy zdjęcia. Ryszard i ta sama kobieta. Na jednym siedzą w jakiejś kawiarni. Na drugim stoją przed białym kościółkiem. Na trzecim - ona sama, patrzy gdzieś w bok, uśmiechnięta. Na odwrocie tego ostatniego zdjęcia - drobny, kątowy charakter pisma Ryszarda: „M., Chania, 2018".
M. Kim była M.?
Nie spałam tej nocy. Leżałam w naszym łóżku - zbyt szerokim dla jednej osoby, ale nie potrafiłam się z niego wyprowadzić, bo w rogu materaca wciąż czułam wgniecenie od jego ciała - i odtwarzałam w głowie ostatnie lata. Szukałam sygnałów. Ryszard, który zostawał w warsztacie po godzinach. Ryszard, który zaczął biegać o szóstej rano, bo „lekarz kazał". Ryszard, który kupił sobie smartfona i nauczył się pisać SMS-y, chociaż wcześniej z trudem odbierał połączenia.
Ale też Ryszard, który w każdą niedzielę robił mi jajecznicę ze szczypiorkiem. Który na trzydziestą piątą rocznicę ślubu kupił mi złoty łańcuszek i powiedział: „Bożena, z tobą nawet ja jestem porządnym człowiekiem". Który trzymał mnie za rękę, kiedy mama umierała na oddziale w szpitalu na Lindleya.
Jeden człowiek. Dwa obrazy. Nie potrafiłam ich złożyć.
Dwa dni później pojechałam do Bogdana. Mieszkał na Targówku, sam od rozwodu, w bloku z wielkiej płyty. Otworzył drzwi w dresie, zaskoczony.
- Bożena? Coś się stało?
Pokazałam mu zdjęcie na telefonie. Bogdan patrzył dłuższą chwilę. Potem usiadł przy stole, potarł dłonią czoło i powiedział cicho:
- Wiedziałem, że kiedyś ktoś zapyta.
Nazywała się Marta. Bogdan nie znał szczegółów - nie chciał ich znać. Wiedział tylko, że Ryszard poznał ją na jakiejś konferencji branżowej trzy lata przed śmiercią. Że byli razem na Krecie i jeszcze raz gdzieś w Chorwacji. Że Ryszard prosił go o alibi, a on się zgodził, bo byli przyjaciółmi od czterdziestu lat.
- Powiedział mi, że nie chce cię zostawiać - mówił Bogdan, nie patrząc mi w oczy. - Że to nie tak. Że to coś innego.
- A co to miało być, Bogdan? - zapytałam. Głos mi nie drżał. Byłam zaskakująco spokojna. - Co to jest „coś innego", kiedy mąż jedzie z obcą kobietą na grecką wyspę i pisze „rocznica"?
Bogdan nie odpowiedział. Zrobił mi herbatę. Siedziałam u niego godzinę, piłam tę herbatę i nie płakałam. Dopiero w autobusie w drodze powrotnej, gdzieś między Targówkiem a Bielanami, poczułam, jak coś we mnie pęka - nie z hukiem, ale cicho, jak stara nitka, która wreszcie nie wytrzymała.
Przez następny tydzień zastanawiałam się, co zrobić z tą wiedzą. Mogłam powiedzieć dzieciom. Magda postawiłaby ojcu pomnik, gdyby mogła - dla niej Ryszard był bohaterem, który nauczył ją jazdy na rowerze i trzymał za rękę na pierwszym dniu szkoły. Syn Tomek był bardziej powściągliwy, ale zawsze mówił: „Tata był solidny. Na tacie można było polegać".
Mogłam szukać Marty. Znałam imię, literę na zdjęciu, daty. W dobie internetu to wystarczy. Mogłam zadzwonić, zapytać: kim pani dla niego była? Co mu pani dawała, czego ja nie dawałam?
Mogłam też zamknąć kopertę, schować telefon do szuflady i żyć dalej.
Wybrałam czwartą opcję, o której nie wiedziałam, że istnieje. W sobotę po południu, kiedy Magda zawiozła Lenę na basen, usiadłam przy kuchennym stole i zaczęłam przeglądać telefon Ryszarda od początku. Metodycznie. Wiadomość po wiadomości, zdjęcie po zdjęciu.
Znalazłam dwadzieścia trzy SMS-y do numeru zapisanego jako „Serwis klimatyzacji". Krótkie, rzeczowe, ale jeśli się czytało uważnie, za każdym stała czułość, której Ryszard nigdy nie umiał okazać wprost. „Dojechałem. Pada. Myślę o niedzieli." „Kup krem na ręce, ten z rumiankiem." „Nie dzwoń w piątek, Bożena ma urodziny."
Ostatnia wiadomość - trzy tygodnie przed zawałem: „Nie żałuję. Pamiętaj."
Siedziałam nad tym telefonem do zmroku. Nie zapaliłam światła. Za oknem osiedle żyło swoim rytmem - ktoś wołał psa, trzasnęły drzwi klatki schodowej, na dole zawarczał silnik. Normalne życie normalnych ludzi.
Następnego dnia rano wstałam, zrobiłam kawę i wyłączyłam telefon Ryszarda. Schowałam go do pudełka po butach na górnej półce szafy. Kopertę ze zdjęciami położyłam obok. Zamknęłam szafę.
Magda zadzwoniła w południe.
- Mamo, przyjdziesz na obiad? Robię rosół, taki jak tata lubił.
- Przyjdę - powiedziałam.
I poszłam. Zjadłam rosół. Bawiłam się z Leną. Wracając na Bielany, przeszłam obok ławki, na której Ryszard lubił siadać po bieganiu. Zatrzymałam się na chwilę. Nie usiadłam.
Pudełko stoi na półce. Nie wiem, czy kiedyś je otworzę. Nie wiem, czy powinnam szukać Marty. Nie wiem, czy powiedzieć dzieciom, że ich ojciec był jednocześnie lepszy i gorszy, niż myślały. Wiem tylko, że czterdzieści lat nie znika przez jedno zdjęcie z Krety. Ale nie wraca też takie samo.