Syn „pomaga mi z bankowością" i ma dostęp do konta. Wczoraj w Biedronce karta nie przeszła, choć emerytura wpłynęła w piątek. Ludzie w kolejce patrzyli. W domu zobaczyłam, że wszystko przelano na jego konto tego samego ranka.

Kasjerka powiedziała „proszę spróbować jeszcze raz". Spróbowałam. Terminal pisnął i wyrzucił odmowę. Za mną stała kobieta z wózkiem pełnym zakupów, za nią pan z dwoma piwami i chlebem. Czułam ich wzrok na plecach jak oparzenie. Przeprosiłam, zostawiłam siatkę z jogurtami i chlebem przy kasie i wyszłam. Na parkingu usiadłam w samochodzie i siedziałam tak chyba dziesięć minut, zanim przekręciłam kluczyk.

Dopiero w domu, na starym laptopie, który Darek kiedyś mi skonfigurował, zalogowałam się na konto. Hasło pamiętałam, bo zapisałam je w notesie - wiem, że nie powinnam, ale mam sześćdziesiąt cztery lata i nie zamierzam przepraszać za to, że wolę papier od głowy. Na ekranie zobaczyłam jedno. Przelew wychodzący, tego samego dnia co wpływ emerytury. Cała kwota - dwa tysiące osiemset siedemdziesiąt złotych - na konto Dariusza Witkowskiego. Mojego syna.

Przez chwilę myślałam, że to pomyłka systemu. Że bank coś namieszał. Ale tytuł przelewu brzmiał „zwrot" i tyle. Żadnego wyjaśnienia. Zwrot czego? Niczego mu nie pożyczałam.

Muszę cofnąć się o jakiś rok, żebyście zrozumieli, jak do tego doszło. Darek jest moim jedynym synem. Miałam jeszcze córkę, Kasię, ale ona wyjechała do Irlandii dwanaście lat temu i kontakt mamy taki - dzwoni na Dzień Matki, czasem na Wigilię, raz do roku przyjeżdża z mężem i dziećmi. Nie żałuję jej tego, sama jej powiedziałam, żeby jechała, bo tu nie było dla niej przyszłości. Ale zostałam z Darkiem.

Darek ma czterdzieści lat, pracuje jako elektryk, ma żonę Renatę i dwójkę dzieci. Mieszkają na tym samym osiedlu co ja, trzy bloki dalej. Kiedy mąż zmarł pięć lat temu - Zbyszek, kierowca TIR-ów, zawał w trasie pod Dreznem - Darek powiedział: „Mamo, ja się teraz tobą zajmę". I rzeczywiście, przez pierwszy rok przychodził, naprawiał kran, woził mnie do lekarza, podłączył mi internet. Potem przyszedł z propozycją.

- Mamo, daj mi dostęp do konta, to ci będę rachunki opłacał. Po co masz stać w kolejkach na poczcie?

Zgodziłam się. Wtedy to brzmiało sensownie. Miałam problemy z ciśnieniem, nogi mnie bolały, a w banku trzeba było czekać po godzinę. Darek ustawił sobie aplikację na telefonie. Pokazał mi, jak to działa - prąd opłacony, gaz opłacony, telefon opłacony. Rzeczywiście, przez miesiące wszystko działało jak w zegarku.

Nie sprawdzałam. To jest ta rzecz, której nie potrafię sobie wybaczyć - nie sprawdzałam. Bo ufałam. Bo to mój syn. Bo Zbyszek zawsze powtarzał, że Darek to porządny chłopak, a ja chciałam w to wierzyć.

Dopiero teraz, siedząc przed laptopem, zaczęłam przeglądać historię transakcji. I zobaczyłam, że to nie był pierwszy raz. W zeszłym miesiącu - przelew na osiemset złotych na to samo konto. Dwa miesiące temu - pięćset. Trzy miesiące temu - tysiąc dwieście. Zawsze z tym samym tytułem: „zwrot". Łącznie, kiedy policzyłam na kartce, bo na kalkulatorze ręce mi się trzęsły - ponad siedem tysięcy złotych w ciągu pół roku. A to pewnie nie wszystko, bo dalej nie miałam siły scrollować.

Pierwsza myśl była taka: może ma kłopoty. Może Renata nie wie. Może potrzebował na coś pilnego i wstydził się powiedzieć. Znałam takie historie z życia - mężczyźni, którzy biorą kredyty na głupoty, potem łatają dziury. Ale siedem tysięcy? Z emerytury matki? Bez słowa?

Zadzwoniłam do niego wieczorem. Ręce mi się trzęsły, ale głos starałam się mieć spokojny.

- Darek, byłam dzisiaj w sklepie i karta nie przeszła.

Cisza. Trzy sekundy, może cztery, ale ja je policzyłam.

- A, to pewnie jakiś błąd systemu, mamo. Zadzwonię do banku jutro, ogarnę.

- Darek, ja się zalogowałam na konto.

Znowu cisza. Dłuższa.

- Mamo, to nie jest tak, jak myślisz. Mogę ci wyjaśnić, ale nie przez telefon. Przyjdę jutro.

Nie przyszedł jutro. Nie przyszedł też pojutrze. Napisał SMS: „Mamo, dużo roboty, wpadnę w weekend". Był wtorek.

W środę spotkałam Renatę na klatce schodowej. Wracała z pracy, zmęczona, z torbą z Biedronki. Popatrzyła na mnie i powiedziała: „Dzień dobry, mamo" - tak mnie nazywa, choć nigdy jej o to nie prosiłam. Chciałam ją złapać za rękę i zapytać: wiesz o tym? Wiecie oboje? To wasz wspólny pomysł, czy on sam? Ale nie zapytałam. Bo się bałam odpowiedzi.

W czwartek zadzwoniła Kasia z Irlandii. Przypadkiem, o nic specjalnego. Powiedziałam jej. Nie wiem dlaczego - może dlatego, że ona jest daleko i łatwiej mówić prawdę komuś, kto nie stoi obok.

- Mamo, to jest kradzież - powiedziała Kasia bez wahania. - Idź na policję.

- To twój brat.

- I co z tego? Ukradł ci pieniądze. Emeryturę! Mamo, ty za tę emeryturę kupujesz leki na ciśnienie!

Miała rację. Oczywiście, że miała rację. Ale Kasia mówi to z odległości dwóch tysięcy kilometrów, z kraju, gdzie ludzie chodzą na policję i nie wstydzą się tego. Ja mieszkam na osiedlu, gdzie wszyscy wiedzą, czyją jestem matką. Gdzie pani Halina z parteru rozniósłaby to w dwa dni. Gdzie Darek robi ludziom instalacje elektryczne i wszyscy go lubią.

W piątek Darek w końcu przyszedł. Usiadł przy kuchennym stole, tam gdzie kiedyś siadał Zbyszek. Nie patrzył mi w oczy.

- Mamo, ja to oddam. Miałem problem z jednym zleceniem, facet nie zapłacił, a ja musiałem kupić materiały. Pożyczyłem z twojego konta, bo nie chciałem iść do banku po kredyt. Myślałem, że oddam zanim zauważysz.

- Pożyczyłeś - powtórzyłam. - Siedem tysięcy. Bez pytania. I wpisałeś „zwrot".

Pokiwał głową. I wtedy powiedział coś, co do dziś mi chodzi po głowie:

- A co miałem napisać? „Pożyczka od matki, która i tak nie sprawdza"?

Zabrzmiało to tak, jakby moja ufność była moją winą.

Wstałam, nalałam herbaty do dwóch szklanek. Postawiłam przed nim. Usiadłam naprzeciwko. Przez otwarte okno słychać było, jak dzieci grają w piłkę na boisku między blokami.

- Zmienię hasło do konta - powiedziałam. - I dostęp ci zabiorę.

- Mamo...

- A te pieniądze... porozmawiamy, jak je oddasz. Wszystkie.

Wyszedł bez słowa. Herbaty nie tknął.

Siedzę teraz sama w kuchni i myślę o tym, co powiedziała Kasia. O policji. O kradzieży. I myślę o Darku, jak miał pięć lat i przynosił mi z przedszkola rysunki - ja, mama, i serce. I nie potrafię złożyć tych dwóch obrazów w jedną osobę.

Nie wiem, czy pójdę na policję. Nie wiem, czy powinnam. Wiem tylko, że wczoraj po raz pierwszy zamknęłam drzwi na oba zamki, choć Darek ma klucze. I że rano, zanim zrobiłam sobie kawę, sprawdziłam stan konta.