
Fotel męża stał przy oknie od czterdziestu lat - siadałam w nim co wieczór, jakby wciąż tam był. Wróciłam z tygodnia w sanatorium, a na jego miejscu stał nowy narożnik wnuka do grania. „Babciu, ten stary się rozklejał, dawno było go wyrzucić." Pachniał jeszcze mężem.
To znaczy - narożnik pachniał nowym materiałem, syntetycznym, ostro-słodkim. Ale kiedy przesunęłam dłonią po parapecie obok, poczułam jeszcze tamten zapach. Tytoniu fajkowego, odrobiny naftaliny i czegoś ciepłego, co nigdy nie miało nazwy, a co kojarzyło mi się wyłącznie z Henrykiem. Stałam tak z walizką w ręku, w płaszczu, i nie mogłam się ruszyć.
Bartek - mój wnuk, siedemnaście lat, metr osiemdziesiąt pięć wzrostu i słuchawki na szyi od rana do nocy - patrzył na mnie z kanapy jak na osobę, która właśnie zapomniała, gdzie jest. „Babciu? Dobrze się czujesz? Usiądź, zrobię ci herbatę." Nie usiadłam. Nie na tym narożniku.
Poszłam do kuchni, postawiłam walizką pod ścianą, nalałam sobie wody ze szklanki, która stała przy zlewie. Ręce mi drżały. Nie z zimna - z czegoś gorszego. Z poczucia, że wróciłam do mieszkania, które już nie jest moje.
Zadzwoniłam do córki. Renata odebrała po trzecim sygnale, od razu wesołym tonem. „Mamo! Jak sanatorium? Kolana lepiej? Słuchaj, chciałam ci powiedzieć, ale nie chciałam psuć ci wypoczynku…"
„To ty kazałaś wyrzucić fotel Henryka?"
Cisza. Dwie sekundy, może trzy, ale wystarczająco długie, żebym wiedziała.
„Mamo, ten fotel się rozpadał. Bartek potrzebował miejsca na biurko i ten swój narożnik do nauki, bo u nas w domu nie ma gdzie. Pomyślałam, że to dobra okazja, żeby odświeżyć ci pokój, bo…"
„Nie pytałaś mnie."
„Bo byś powiedziała nie."
Miała rację. Powiedziałabym nie. I pewnie to jest problem.
Henryk umarł siedem lat temu. Rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do końca. Przez ostatnie tygodnie siedział w tym fotelu przy oknie, bo łóżko go bolało, a z fotela widział lipę na podwórku i kawałek nieba nad blokami. Mieliśmy mieszkanie na trzecim piętrze w bloku na Gocławiu - trzy pokoje, kuchnia z oknem na wschód i ten widok na lipę, który Henryk kochał bardziej niż morze.
Był elektrykiem. Czterdzieści lat w jednym zakładzie, potem na emeryturze naprawiał ludziom z osiedla pralki i żelazka za symboliczne pieniądze albo za słoik dżemu. Fotel kupił sam, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym trzecim roku, na bazarze pod Halą Mirowską. Skórzany, ciemnobrązowy, z drewnianymi podłokietnikami. Ciężki jak szafa. Mówił, że to jedyny mebel w tym domu, który jest naprawdę jego.
Po jego śmierci nie ruszyłam fotela. Nie dlatego, że urządziłam sanktuarium - nie jestem z tych, co zostawiają ubrania w szafie i talerz na stole. Ubrania oddałam, narzędzia zabrał sąsiad z dołu, fajkę schowałam w pudełku. Ale fotel został. Wieczorami siadałam w nim i piłam herbatę z cytryną, patrząc na lipę. To nie był rytuał żałoby. To był po prostu mój wieczór. Moje miejsce. Jedyne w tym mieszkaniu, w którym czułam, że dom wciąż jest domem.
Renata tego nie rozumiała. A może rozumiała, ale uważała, że siedem lat to wystarczająco długo.
Następnego dnia przyjechała z siatką pączków i miną kobiety, która przygotowała argumenty. Znam tę minę - miała ją, kiedy w liceum tłumaczyła, dlaczego wróciła o trzeciej w nocy. Usiadła przy kuchennym stole i zaczęła spokojnie, rzeczowo, tak jak mówi się do matki, której trzeba wyjaśnić świat.
„Mamo, Bartek potrzebuje miejsca do nauki. Maturę pisze za rok. U nas w dwóch pokojach z Darkiem i Zuzią nie ma gdzie wcisnąć biurka. Pomyślałam, że u ciebie w dużym pokoju…"
„Mogłaś postawić biurko w drugim pokoju. Albo w kuchni. Albo zapytać mnie."
„Mamo, ten fotel był zniszczony. Sprężyny wyłaziły. Obicie pękało. Bartek mówi, że pachniał…"
Urwała. Wiedziała, że nie powinna kończyć tego zdania.
„Czym pachniał?" - zapytałam spokojnie. Za spokojnie.
„Mamo, nie o to chodzi."
„O co chodzi, Renata?"
Odłożyła pączka. Patrzyła na mnie długo, a potem powiedziała coś, co nosiła w sobie pewnie od lat. „Chodzi o to, że ty w tym fotelu nie żyjesz. Ty w nim czekasz."
Chciałam powiedzieć, że to nieprawda. Że mam swoje życie - poranną gimnastykę, klub książki w bibliotece na Grochowskiej, koleżanki z dawnej pracy, sanatorium co roku. Ale słowo „czekasz" utkwiło mi gdzieś pod żebrami i nie dawało się wyciągnąć.
Bo może miała rację. Może każdy wieczór w tym fotelu był trochę rozmową z Henrykiem. Może mówiłam do niego w myślach, opowiadałam mu o dniu, o pogodzie, o tym, co powiedział pan z apteki. Może to było czekanie. Ale na co? Na śmierć? Nie, nie czekałam na śmierć. Czekałam chyba na poczucie, że jeszcze gdzieś jestem u siebie.
Renata zjadła pączka, wypiła herbatę i powiedziała, że narożnik można oddać, jeśli naprawdę chcę. Że Bartek może uczyć się w kuchni. Że przeprasza, że nie zapytała. Widziałam, że mówi to szczerze i jednocześnie uważa, że zrobiła dobrze. Znałam ten wyraz twarzy. Henryk miał identyczny, kiedy wyrzucił moje stare pelargonie z balkonu i postawił skrzynkę z ziołami. „Kochanie, pelargonie i tak nie kwitły."
Wieczorem usiadłam na narożniku. Był miękki, wygodny, szary jak mgła. Bartek grał obok w słuchawkach, ale po chwili zdjął je i powiedział: „Babciu, jak chcesz, to pogram później." Pokręciłam głową. Siedziałam i patrzyłam na lipę. Była już zielona, majowa, z tymi drobnymi kwiatkami, które za miesiąc będą pachnieć tak, że otworzy się okna w całym bloku.
Fotel pewnie już jest na śmietniku. Albo ktoś go zabrał - na Gocławiu ludzie zabierają wszystko, co postoi przy kontenerze dłużej niż godzinę. Może ktoś go naprawi. Może u kogoś będzie stał przy innym oknie.
Zadzwoniłam do Renaty przed snem. Powiedziałam, że narożnik może zostać. Że Bartek może się u mnie uczyć. Renata odetchnęła z ulgą tak głośno, że prawie się uśmiechnęłam.
Ale zanim się rozłączyłam, dodałam jeszcze jedno. „Tylko nigdy więcej, Renata, nie wynoś niczego z mojego mieszkania beze mnie. Dopóki tu mieszkam - to ja decyduję, co tu stoi. Nawet jeśli się rozklejało. Nawet jeśli uważasz, że to głupie."
Cisza w słuchawce. Potem: „Dobrze, mamo."
Położyłam się spać i przez chwilę leżałam w ciemności, nasłuchując. Z dużego pokoju dochodził cichy stukot klawiatury - Bartek jeszcze nie spał. Mieszkanie żyło. Dawno nie słyszałam w nim innego oddechu niż własny.
Nie wiem, czy mi tego brakowało. Nie wiem, czy to dobrze, że fotel zniknął. Wiem tylko, że kiedy zamknęłam oczy, nie powiedziałam Henrykowi dobranoc. Pierwszy raz od siedmiu lat.
I nie wiem, co to znaczy.