
Pożyczyłam siostrze dwanaście tysięcy na spłatę jej długów, oddałam swoją odprawę. Minął rok, spytałam ostrożnie o zwrot. Zadzwoniła wieczorem: „Jak ci nie wstyd, rodzeństwo się takimi sprawami nie przejmuje."
Odłożyłam telefon na blat i patrzyłam na niego jak na przedmiot, który mnie właśnie uderzył. W głowie kręciło mi się jedno zdanie Bożeny, w kółko, jak zacięta płyta. „Jak ci nie wstyd." Nie „przepraszam, jeszcze nie mam". Nie „oddaję w przyszłym miesiącu". Wstyd. Mnie miało być wstyd.
Mam na imię Halina i w maju skończyłam pięćdziesiąt osiem lat. Przez trzydzieści dwa lata pracowałam w księgowości w zakładach mięsnych pod Poznaniem - najpierw przy fakturach, potem jako główna księgowa. W zeszłym roku zakład zamknęli, bo właściciel przeniósł produkcję za granicę. Dostałam odprawę - dwanaście tysięcy czterysta złotych. Pamiętam tę kwotę co do grosza, bo liczyłam ją w głowie tyle razy, że wyrył mi się każdy zero.
Bożena jest młodsza ode mnie o pięć lat. Mieszka we Wrocławiu z mężem Ryszardem, mają dwójkę dorosłych dzieci. Z zewnątrz - normalna rodzina, ładne mieszkanie na Krzykach, samochód, wakacje raz do roku nad morzem. Ale Bożena od lat żyła ponad stan, jak to nasza mama nazywała - „na fartuszku Pana Boga". Karty kredytowe, pożyczki w parabanku, raty na meble, raty na telewizor, raty na wycieczkę do Egiptu. Ryszard o połowie tych zobowiązań nie wiedział. A przynajmniej tak mówiła Bożena.
Zadzwoniła do mnie w grudniu, dwa tygodnie po tym, jak straciłam pracę. Płakała tak, że ledwo rozumiałam słowa. Że firma windykacyjna dzwoni codziennie. Że komornik zajmie konto. Że Ryszard się dowie i będzie rozwód. Że dzieci się dowiedzą i przestaną ją szanować.
- Halinka, błagam cię, ty jedna możesz mi pomóc. Dwanaście tysięcy i zamykam temat, spłacam wszystko, zaczynam od nowa. Oddam ci w pół roku, przysięgam na grób taty.
Na grób taty. Tata umarł sześć lat temu i Bożena nawet nie przyjechała na pogrzeb, bo akurat miała „zapalenie oskrzeli". Mama do dziś jej tego nie wybaczyła, choć głośno tego nie mówi. Ale ja wtedy przy telefonie nie myślałam o pogrzebie. Myślałam o tym, jak Bożenka w dzieciństwie wchodziła do mojego łóżka, kiedy się bała burzy, i jak jej włosy pachniały rumiankiem z szamponu, który mama robiła sama.
Przelałam pieniądze następnego dnia. Całą odprawę. Wszystko, co miałam na nowy start.
Mój mąż Wojciech umarł dziewięć lat temu na raka trzustki. Córka Magda mieszka w Warszawie z rodziną, pomaga mi, ile może, ale ma swoje życie, dwójkę małych dzieci i kredyt. Jestem sama w dwupokojowym mieszkaniu na osiedlu przy Starołęce. Po utracie pracy zarejestrowałam się w urzędzie, dostałam zasiłek - nieco ponad tysiąc złotych. Zaczęłam liczyć każdy grosz. Makaron zamiast mięsa. Rezygnacja z lekarstw na ciśnienie, bo za drogie. Telefon do Magdy, że „nie, córciu, niczego nie potrzebuję, dam sobie radę".
Przez pierwsze miesiące po przelewie Bożena dzwoniła regularnie. Wesoła, wdzięczna, opowiadała o pracy Ryszarda, o wnuczce, która zaczęła chodzić do przedszkola. O pieniądzach - ani słowa. Ja też nie wspominałam, bo byłam pewna, że siostra pamięta. Że pół roku to pół roku. Że przysięga na grób taty coś znaczy.
Po pół roku cisza. Telefony rzadsze, SMS-y coraz krótsze. „Cześć, lecę, pogadamy" - i nie pogadałyśmy. W sierpniu napisałam: „Bożenko, jak tam u Was? Dawno się nie słyszałyśmy." Odpisała po dwóch dniach: „Wszystko ok, dużo pracy, buziak." Żadnej wzmianki o długu.
We wrześniu złamał mi się ząb. Dentysta powiedział, że korona będzie kosztować dwa tysiące. Dwa tysiące złotych, których nie miałam. Siedziałam w poczekalni z pulsującym bólem w szczęce i pomyślałam: to moje pieniądze. Moja odprawa. Trzydzieści dwa lata pracy i nie stać mnie na naprawę zęba, bo oddałam wszystko siostrze.
Napisałam do niej wieczorem. Ostrożnie, jak do obcego człowieka, nie jak do siostry. „Bożenka, nie chcę Cię niepokoić, ale mam teraz trochę trudną sytuację finansową. Czy byłabyś w stanie zwrócić choć część tej pożyczki? Nawet w ratach, po tysiąc miesięcznie?" Czytałam tę wiadomość sześć razy, zanim wysłałam. Zmieniałam słowa, żeby nie zabrzmiało jak żądanie. Żeby Bożena się nie obraziła.
Nie odpisała przez trzy dni. A potem zadzwoniła. Wieczorem, koło dwudziestej pierwszej. Znałam ten ton - tak mówiła, kiedy czuła się zaatakowana. Ostry, wysoki, z takim drżeniem, które miało udawać oburzenie, a było zwykłym strachem.
- Halina, przeczytałam twoją wiadomość i szczerze, to mnie zabolało. Jak ci nie wstyd? Rodzeństwo się takimi sprawami nie przejmuje. Ja ci pomogłam milion razy, a ty teraz wyciągasz rękę jak do dłużnika?
- Bożena, ale to jest dług - powiedziałam cicho. - Pożyczka. Prosiłaś o pożyczkę, nie o darowiznę.
- Widzisz, właśnie o to mi chodzi! - krzyknęła. - Traktujesz mnie jak obcą. Tata by się w grobie przewrócił.
Tata. Znowu tata. Ten sam tata, którego pogrzeb przegapiła. Zamknęłam oczy i poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie z hukiem. Cicho, jak nitka w swetrze - pociągniesz i cały rząd oczek się rozleci.
- Dobrze - powiedziałam. - Rozumiem.
I rozłączyłam się.
Potem siedziałam w kuchni z rękami na kolanach i patrzyłam na lodówkę, na której magnesem był przyczepiony zdjęcie z komunii Bożeny. Ona w białej sukience, ja obok - dziesięcioletnia, dumna starsza siostra trzymająca ją za rękę. Przez chwilę chciałam to zdjęcie zdjąć. Nie zdjęłam.
Następnego dnia zadzwoniła mama. Dziewięćdziesiąt jeden lat i słuch jak u rysia. „Halinka, czemu Bożena mówi, że ją nękasz o jakieś pieniądze? Co ty jej zrobiłaś?" Więc Bożena zdążyła już zbudować narrację. Ja byłam tą złą. Tą, która stawia pieniądze nad rodzinę.
Mamie nie powiedziałam prawdy. Powiedziałam, że to nieporozumienie, że się dogadamy. Bo mama ma słabe serce i nie potrzebuje kolejnego powodu do nieprzespanych nocy.
Magda, kiedy jej opowiedziałam, zareagowała inaczej. „Mamo, napisz jej oficjalne wezwanie do zapłaty. Masz potwierdzenie przelewu, masz SMS-y, w których pisze o oddaniu pieniędzy. To jest dowód." Patrzyłam na córkę przez ekran telefonu i widziałam w niej tę praktyczność, której mnie zawsze brakowało. Ale napisać do siostry wezwanie? Do sądu? Z Bożeną?
Minął kolejny miesiąc. Na koncie mam osiemset złotych. Ząb dalej boli, biorę ibuprofen. Bożena wrzuca na Facebooka zdjęcia z restauracji - ona i Ryszard przy butelce wina, w tle napis „nasza rocznica". Dwadzieścia osiem lat razem. Pod spodem serduszka od koleżanek.
Magda przysłała mi wzór wezwania do zapłaty. Wydrukowałam je w bibliotece na osiedlu. Leży teraz na stole obok tego zdjęcia z komunii. Jedno obok drugiego - żółknąca fotografia z 1979 roku i biała kartka z paragrafami.
Nie wiem, czy wyślę to pismo. Wiem, że jeśli to zrobię, stracę siostrę. Ale czy ja jeszcze ją mam?