Syn pomógł mi założyć aplikację bankową, „żeby było wygodniej". Wczoraj zajrzałam do historii. Co miesiąc, dziesiątego, z mojego konta schodzi pięćset złotych stałym zleceniem. Odbiorca: jego firma. Tego zlecenia nie ustawiałam ja.

Siedziałam z tym telefonem w kuchni chyba z dwadzieścia minut. Herbata ostygła, cukier na łyżeczce nie zdążył się rozpuścić. Przewijałam ekran w górę i w dół - styczeń, luty, marzec, kwiecień. Dziesięć miesięcy. Pięć tysięcy złotych. Z mojej emerytury, która wynosi dwa tysiące osiemset trzydzieści siedem złotych netto.

Musiałam odłożyć telefon, bo ręce mi się trzęsły tak, że nie mogłam trafić palcem w żaden przycisk.

Mój syn Darek ma czterdzieści jeden lat. Prowadzi małą firmę remontowo-budowlaną w Poznaniu, razem ze wspólnikiem. Ja mieszkam na Piątkowie, na czwartym piętrze w bloku, w tym samym mieszkaniu, w którym go wychowałam. Sama - bo Andrzej, mój mąż, odszedł, kiedy Darek miał jedenaście lat. Nie umarł, tylko odszedł. Do innej kobiety, do Kalisza, do nowego życia. Alimentów płacił tyle, co nic, a i to z przerwami.

Całe życie pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej. Trzydzieści cztery lata przy tych samych biurkach, w tym samym budynku, z widokiem na parking. Przeszłam na emeryturę trzy lata temu. Myślałam, że teraz wreszcie odpocznę, że poczytam, że pojadę na te działki częściej, że może nawet z Krysią wyskoczę do sanatorium.

A zamiast tego siedzę i odkrywam, że mój własny syn mnie okrada.

Darek wpadł do mnie w październiku zeszłego roku. Przywiózł sernik od Basi, swojej żony, i powiedział, że muszę wreszcie wejść w dwudziesty pierwszy wiek. Że chodzenie do oddziału banku po każdy przelew to strata czasu. Że aplikacja jest prosta, że mi pokaże.

Usiadł obok mnie na kanapie, wziął mój telefon, poinstalował, co trzeba. Kazał mi wymyślić hasło. Wymyśliłam - data urodzin Darka, bo co innego miałam pamiętać. Zapisał mi je na kartce, pokazał, jak sprawdzić saldo, jak zrobić przelew. Byłam z siebie dumna, że się nauczyłam.

Potem jeszcze raz wziął telefon. „Mamo, poczekaj, jeszcze ci coś ustawię, żebyś nie musiała pamiętać o rachunkach." Siedział z tym telefonem może dziesięć minut. Ja kroiłam sernik w kuchni. Nie pytałam, co ustawia.

Bo to mój syn. Moje dziecko. Jedyne, co mam.

Przez dziesięć miesięcy nie zaglądałam do historii przelewów. Po co? Emerytura przychodziła, rachunki schodziły. Że trochę mniej zostawało pod koniec miesiąca, to tłumaczyłam sobie cenami w sklepach. Drożyzna, inflacja, co tam mówili w telewizji - wszystko się zgadzało. Rezygnowałam z rzeczy. Odłożyłam wyjazd do sanatorium. Przestałam kupować wnukom prezenty „tak po prostu", tylko na urodziny i pod choinkę. Zaczęłam liczyć jabłka na targu.

A pięćset złotych - co miesiąc, regularnie, dziesiątego - szło do firmy mojego syna.

Zadzwoniłam do Krysi. Nie do Darka - do Krysi, mojej przyjaciółki z pracy, bo musiałam to komuś powiedzieć albo bym zwariowała.

- Krysiu, powiedz mi, czy ja jestem głupia.

- Co się stało?

Opowiedziałam jej wszystko. Cisza w słuchawce trwała tak długo, że pomyślałam, że się rozłączyła.

- Halina - powiedziała wreszcie - idź z tym na policję.

- Na policję? Na własnego syna?

- To jest kradzież. Pięć tysięcy złotych. Z emerytury.

Nie poszłam na policję. Zamiast tego dwa dni chodziłam po mieszkaniu jak duch. Podlewałam kwiaty, które już podlałam. Gotowałam obiad i wylewałam do zlewu. W nocy leżałam z otwartymi oczami i próbowałam znaleźć wytłumaczenie, które by nie bolało.

Może to pomyłka. Może to jakiś automatyczny system, coś się przestawiło. Może Darek nie wie.

Ale odbiorcą była jego firma. Nazwa, którą znam, bo ją sam wymyślił. „Darek-Bud". NIP, który kiedyś pomogłam mu wypełnić w dokumentach. To nie był żaden błąd systemu.

Trzeciego dnia zadzwoniłam do niego. Głos mi się nie trząsł - pilnowałam tego.

- Darek, wpadnij do mnie po pracy. Muszę z tobą porozmawiać.

- O czym, mamo? Bo dziś mam robotę do szóstej.

- Po szóstej. To ważne.

Przyszedł o siódmej. Pachniał tynkiem i papierosami. Usiadł w kuchni, gdzie zawsze, na tym samym krześle, i powiedział: „No to o co chodzi?" - jakby się spodziewał, że poproszoną go o przestawienie szafki.

Położyłam telefon na stole. Ekran z historią przelewów. Nic nie powiedziałam. Czekałam.

Widziałam, jak mu twarz zmienia kolor. Jak otwiera usta i zamyka. Jak przesuwa palcem po ekranie, jakby szukał czegoś, co by temu zaprzeczyło.

- Mamo… - zaczął.

- Pięć tysięcy złotych, Darek.

- Miałem ci oddać. Firma miała kiepski okres, potrzebowałem na materiały, myślałem, że na miesiąc, góra dwa, i ci oddam, zanim zauważysz.

- Dziesięć miesięcy.

- Wiem.

- Nie poprosiłeś. Ustawił to pan sam, kiedy ja kroiłam sernik.

Nie odpowiedział. Patrzył w blat stołu, w te rysy, które pamiętają jego odrabianie lekcji, jego pierwszy kieliszek wódki na osiemnastkę, moje łzy po odejściu Andrzeja.

- Mamo, przepraszam. Oddam wszystko. Do końca miesiąca.

Powinnam była krzyczeć. Albo płakać. Albo powiedzieć to, co powiedziałaby Krysia - że to kradzież, że tak się nie robi, że mogłabym pójść na policję.

Zamiast tego powiedziałam cicho:

- Wyjdź, Darek. Muszę pomyśleć.

Wyszedł bez słowa. Buty założył w przedpokoju tak szybko, że nie zawiązał sznurówek. Słyszałam jego kroki na klatce schodowej - szybkie, nierówne, jakby zbiegał, choć mieszkam na czwartym piętrze.

To było tydzień temu. Od tamtej pory dzwonił cztery razy. Nie odebrałam. Basia napisała SMS-a: „Mamo, Darek jest załamany, proszę, porozmawiajcie." Nie odpisałam.

Krysia mówi: idź do banku, cofnij zlecenie, odzyskaj pieniądze, a z synem nie rozmawiaj, póki nie odda. „Halina, masz za miękkie serce, on to wykorzystuje."

Do banku poszłam. Zlecenie cofnęłam. Pani w okienku spojrzała na mnie ze współczuciem, kiedy wyjaśniłam, że zlecenie ustawiła inna osoba bez mojej wiedzy. Zapytała, czy chcę zgłosić reklamację. Powiedziałam, że nie.

Pieniędzy jeszcze nie oddał.

Ale nie o pieniądze tu chodzi. Znaczy - też o pieniądze. Pięć tysięcy z emerytury to nie jest drobnostka. To jest pół roku moich oszczędności na leki, na czynsz w zimie, na prezent dla wnuków na komunię Oliwki w czerwcu.

Chodzi o coś gorszego. O to, że mój syn - moje jedyne dziecko, dla którego pracowałam trzydzieści cztery lata, dla którego nie wyszłam drugi raz za mąż, dla którego jadłam chleb z margaryną, żeby on miał ciepłe buty - ten syn potraktował mnie jak bankomat. Nawet nie poprosił. Nawet nie skłamał w twarz. Po prostu wziął, kiedy kroiłam dla niego sernik.

Wczoraj wieczorem wzięłam z szuflady album ze zdjęciami. Darek w pierwszej klasie, bez dwóch przednich zębów, z tornistrem większym od siebie. Darek na komunii, w białej koszuli, poważny jak nigdy. Darek na ślubie z Basią, kiedy szeptał mi do ucha: „Mamo, wszystko ci oddam, co dla mnie zrobiłaś." Zamknęłam album. Schowałam go głębiej niż zwykle.

Za trzy dni dziesiąty. Pierwszy dziesiąty od dziesięciu miesięcy, kiedy z mojego konta nie zejdzie pięćset złotych. Powinnam poczuć ulgę. Zamiast tego czuję pustkę - taką samą jak wtedy, gdy Andrzej zamknął za sobą drzwi i na klatce schodowej zrobiło się cicho.

Nie wiem, czy odbiorę, kiedy Darek zadzwoni następnym razem. Ale wiem, że zadzwoni. I wiem, że kiedy usłyszę jego głos, będę musiała zdecydować, kim jestem - matką, która zawsze wybaczy, czy kobietą, która wreszcie powie: dosyć.