Kiedy leżałam dwa dni na zabiegu, synowa „odświeżyła" mi mieszkanie. Moje fiołki i pelargonie - cały parapet, czterdzieści doniczek - wylądowały przy śmietniku: „wnuk ma alergię, mamo, i tak by zimy nie przeżyły". Hodowałam je od ślubu. Sąsiadki uratowały jedenaście.

Jedenaście z czterdziestu. Pani Jadzka z parteru zadzwoniła do mnie jeszcze tego samego wieczoru. „Grażynka, ja nie chcę się wtrącać, ale twoje kwiatki stoją przy kontenerze. Wzięłam, co się dało, Halinka z czwórki też coś zabrała. Te pelargonie czerwone, wiesz, te duże - nie dałam rady, za ciężkie doniczki." Leżałam na szpitalnym łóżku z kroplówką w ręce i nie mogłam wydusić ani słowa.

Mój syn Tomek zadzwonił dopiero następnego dnia rano. „Mamo, Agnieszka chciała ci zrobić niespodziankę. Wymyła okna, wytarła kurze. No i te kwiaty - Kubuś naprawdę kichał u ciebie ostatnio, pamiętasz?" Pamiętałam. Pamiętałam, że kichnął dwa razy, bo biegał po mieszkaniu i wpadł nosem w firanę. Ale nie powiedziałam tego. Powiedziałam: „Dobrze, synku. Porozmawiamy, jak wrócę."

I wróciwszy - stanęłam w progu własnego mieszkania na trzecim piętrze bloku na Gocławiu i nie poznałam go. Parapety były puste. Gołe. Na jednym leżała złożona ścierka, na drugim stała samotna świeczka zapachowa - jakaś waniliowa, w słoiku z angielskim napisem. Agnieszka zostawiła ją pewnie w geście dobrej woli. Nie wiem. Stałam i patrzyłam na te nagie parapety, a miałam wrażenie, jakby ktoś zerwał ze ścian tapety i zostawił goły beton.

Muszę wytłumaczyć, czym były dla mnie te kwiaty. Bo z zewnątrz - czterdzieści doniczek, kurz, ziemia, co się sypie, parapety nie do wytarcia. Rozumiem, że tak to wyglądało. Ale dla mnie każda z tych doniczek miała historię. Pierwszego fiołka - bladoliliowego, z jednym listkiem nadłamanym - dostałam od mamy w dniu ślubu, w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym piątym roku. Mama powiedziała wtedy: „Grażynka, kwiat ci nie powie, że cię kocha, ale jeśli będziesz o niego dbać, to ci to pokaże." Mama nie żyje od dwunastu lat. Ten fiołek przeżył ją o dekadę. Przeżył mojego męża Andrzeja, który odszedł siedem lat temu na zawał w warsztacie samochodowym na Grochowie, pięćdziesiąt dziewięć lat, nawet nie zdążył przejść na emeryturę.

Pelargonie zaczęłam rozmnażać, kiedy Tomek poszedł do szkoły i nagle miałam wolne poranki. Pracowałam wtedy na pół etatu w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej. Przychodziłam do domu koło drugiej, robiłam obiad i siadałam przy parapecie. Przycinałam, przesadzałam, rozmawiałam z nimi. Andrzej się śmiał: „Grażyna, one ci nie odpowiedzą." A ja na to: „I właśnie dlatego są lepszymi rozmówcami niż ty." Śmialiśmy się. Były czasy, kiedy jeszcze potrafiliśmy się śmiać razem, zanim Andrzej wpadł w ten swój wir pracy po szesnaście godzin na dobę.

Po śmierci Andrzeja kwiaty zostały jedynym, co rosło w tym mieszkaniu. Tomek się wyprowadził dawno, do Agnieszki, na Ursynów. Przyjeżdżał raz na dwa tygodnie, czasem rzadziej. Rozumiałam. Trzydzieści pięć lat, własna rodzina, mały Kubuś, praca w firmie logistycznej. Nie miałam pretensji. Ale kiedy siadałam wieczorem przy tych czterdziestu doniczkach z konewką i sączącą się z radia Trójką - nie czułam się sama.

Agnieszka. Muszę być sprawiedliwa, choć mnie to teraz boli. Agnieszka nie jest złą kobietą. Jest porządna, pracowita, prowadzi swój mały salon fryzjerski na Kabatach. Kubuś jest zadbany, ładnie mówi „dzień dobry" i „dziękuję". Agnieszka nie lubi bałaganu. Nie lubi rzeczy, które nie mają „funkcji", jak to mówi. Kiedy ostatnio była u mnie na imieninach, widziałam, jak patrzy na moje parapety. Zmrużone oczy, taki lekki grymas, jakby ktoś postawił przed nią talerz z czymś nieświeżym. Nie powiedziała nic. Ale widziałam.

Tomek zadzwonił wieczorem, po moim powrocie. „Mamo, nie gniewaj się. Agnieszka myślała, że ci pomoże. Wiesz, jak u ciebie było..." Urwał. „Jak u mnie było - jak, Tomek?" - zapytałam cicho. „No, mamo... dużo tych doniczek. Ziemia się sypała. Muszeliny pożółkłe od wody. Agnieszka mówi, że Kubuś tam wchodzi i..." „Kubuś był u mnie trzy razy w tym roku" - przerwałam. Cisza. Długa. „Mamo, porozmawiamy w weekend" - powiedział w końcu.

Weekend przyszedł i poszedł. Tomek nie przyjechał. Napisał SMS: „Sorry mamo, Kubuś ma gorączkę, przełożymy." Nie odpisałam. Siedziałam na balkonie i patrzyłam na jedenaście uratowanych doniczek, które przyniosła mi pani Jadzka i pani Halinka. Jedenaście. Niektóre przysychały, liście brązowiały na końcach - noc na zewnątrz przy śmietniku, we wrześniowy chłód, zrobiła swoje. Ale żyły.

Fiołek od mamy nie przetrwał. Pani Jadzka powiedziała, że go nie widziała przy kontenerze. Pewnie trafił do śmieciarki. Trzydzieści dziewięć lat w bladoliliowej doniczce z odłupanym brzegiem, a skończył na wysypisku.

Tydzień później Agnieszka przyjechała sama. Bez Tomka, bez Kubusia. Stanęła w drzwiach z torbą z Biedronki, w której były jakieś plastikowe doniczki ze sklepu ogrodniczego. „Proszę, mamo, kupiłam pani nowe. Są ładniejsze, wyrównane, pasują do parapetu." Patrzyłam na nią i widziałam, że naprawdę nie rozumie. Nie robi tego ze złości. Nie chce mnie skrzywdzić. Ona po prostu widzi bałagan tam, gdzie ja widzę życie.

„Agnieszko" - powiedziałam spokojnie. „Ten fiołek, którego wyrzuciłaś - ten bladoliliowy, w starej doniczce - dostałam go od mojej mamy w dniu ślubu." Zobaczyłam, jak jej twarz się zmienia. Najpierw zdziwienie. Potem coś w rodzaju zniecierpliwienia - tak krótko, że mogłam to sobie wyobrazić. A potem skrucha. Może szczera. „Nie wiedziałam" - powiedziała cicho. „Przepraszam. Naprawdę myślałam, że pani będzie zadowolona."

„Wiem" - odpowiedziałam. I to było najgorsze. Że wiedziałam. Że Agnieszka nie chciała źle. Że Tomek jej na to pozwolił, bo pewnie też mu te doniczki przeszkadzały, a łatwiej było powiedzieć „Agnieszka to zrobiła" niż „mamo, może byś trochę posprzątała." Że cała ta sytuacja nie miała winnego w sensie, który pozwala krzyczeć i trzaskać drzwiami. Że mi odebrano coś, czego nie da się odkupić w Biedronce za dwanaście dziewięćdziesiąt za doniczkę.

Agnieszka piła herbatę w mojej kuchni i opowiadała o Kubusiu, o nowym kolorze ścian w ich łazience, o planach na ferie. Słuchałam, kiwałam głową, dolewałam wrzątku. Plastikowe doniczki stały na stole w reklamówce. Nie wyjęłam ich. Ona nie zapytała dlaczego.

Wieczorem zadzwoniła pani Jadzka. „Grażynka, ta mała pelargonia, wiesz, ta różowa - wypuściła nowy listek. Chcesz, żebym ci ją przyniosła, czy przyjdziesz sama?" „Przyjdę sama" - powiedziałam.

Zeszłam na parter. Pani Jadzka postawiła pelargonię na stole w swojej kuchni, przy oknie od południa. Rzeczywiście - maleńki, jasny listek, jeszcze zwinięty. „Przeżyje?" - zapytałam. Jadzka wzruszyła ramionami. „A kto to wie. Ale próbuje."

Wróciłam na górę i postawiłam jedenaście doniczek z powrotem na parapecie. Świeczkę waniliową schowałam do szuflady. Plastikowe doniczki od Agnieszki nadal stoją w reklamówce w przedpokoju. Nie wiem, co z nimi zrobię. Nie wiem, co zrobię z tym, co czuję do synowej, do syna, do tego pustego miejsca po bladoliliowym fiołku, którego już nikt mi nie zwróci. Wiem tylko, że jedenaście doniczek wróciło na parapet. I że ten mały listek na pelargonii u pani Jadzki - próbuje.