Na Wszystkich Świętych rodzina jedzie trzema autami - wieńce, znicze, dzieci. Dla mnie miejsca nie ma: „przecież masz wygodny autobus, mamo, my z bagażami". Przy grobie Stefana spotykamy się „przypadkiem", na kwadrans. Autobus powrotny o piętnastej był pełen takich jak ja.

Takich jak ja - to znaczy starszych kobiet z jednym zniczem w reklamówce, z przemarzniętymi palcami i czymś ciężkim w gardle, czego nie da się połknąć ani wypluć. Siedziałam przy oknie i patrzyłam na mokrą szybę, a obok mnie kobieta w bordowym berecie trzymała na kolanach plastikowy wianek. Nie zamieniłyśmy ani słowa. Nie trzeba było. Każda z nas wiedziała, dlaczego jedzie sama.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech lat jestem wdową. Stefan odszedł w marcu, w szpitalu na Banacha, cicho i bez pożegnania - zasnął w nocy i już się nie obudził. Trzeba było go wtedy żegnać. Ale teraz, co roku na początku listopada, żegnam go od nowa, bo to jedyny dzień, kiedy cała rodzina mogłaby się przy nim spotkać. Mogłaby - gdyby chciała.

Mamy troje dzieci. Marek, najstarszy, pięćdziesiąt lat, inżynier w firmie budowlanej w Piasecznie. Agnieszka, czterdzieści sześć, księgowa w korporacji w centrum Warszawy. I Kasia, czterdzieści dwa, nauczycielka w podstawówce na Woli. Każde ma auto, każde ma dzieci, każde ma życie, które gdzieś na zakręcie skręciło w stronę, gdzie ja już nie byłam potrzebna.

Nie powiem, że to przyszło nagle. Stefan zawsze był spoiwem. To on dzwonił do dzieci. „Marek, przyjedź w niedzielę, matka pierogi lepi." „Kasiu, przyślij zdjęcia Zosi, mama chce wydrukować." „Agnieszka, weź urlop na święta, bo matka znów będzie płakać, że przy stole pusto." Stefan umiał to robić tak, że nie brzmiało jak proszenie. Po prostu organizował nas wszystkich - spokojnie, bez pretensji, z tym swoim lekkim uśmiechem, jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie.

Kiedy umarł, zorientowałam się, że bez niego nie umiem do nich zadzwonić. Znaczy - umiem, technicznie. Wybieram numer, czekam. Ale nie wiem, co powiedzieć po pierwszym „cześć, mamo". Bo Stefan wiedział, jak zapytać o ich życie, żeby nie brzmiało jak przesłuchanie. A ja pytam i słyszę w ich głosach tę lekką irytację, jak u dziecka, które właśnie się bawi, a ktoś woła je na obiad.

Pierwszy Wszystkich Świętych bez Stefana był zupełnie inny. Wtedy wszyscy przyjechali. Był wieniec ze świeżych chryzantem, Marek niósł go przez główną alejkę jak sztandar. Agnieszka trzymała mnie pod rękę. Kasia płakała, bo Kasia zawsze była blisko ojca. Wnuki stały grzecznie, nawet mały Adaś nie marudził. Potem pojechaliśmy do mnie, na rosół i szarlotkę, i siedzieliśmy przy stole do wieczora. Marek wspominał, jak Stefan uczył go jeździć na rowerze na osiedlu. Agnieszka pokazywała stare zdjęcia z wakacji nad Bałtykiem. Kasia śmiała się przez łzy.

Pomyślałam wtedy: będzie dobrze. Będziemy się trzymać.

Drugiego roku Marek zadzwonił trzy dni przed świętem. „Mamo, Beata mówi, że najpierw musimy jechać do jej rodziców na cmentarz w Radomiu, bo tam też są groby do ogarnięcia. Ale potem wpadniemy do taty, obiecuję." Wpadli na dwadzieścia minut. Agnieszka przyjechała osobno, bo „Darek ma dyżur, a ja muszę zabrać dzieciaki i wrócić na trzecią, bo Julia ma korepetycje z matmy". Kasia przynajmniej została dłużej. Zapaliłyśmy znicze, stałyśmy razem. Ale widziałam, jak co chwilę zerka na telefon.

W tym roku postanowiłam sama zaproponować wspólny wyjazd. Zadzwoniłam do Marka w połowie października.

- Synu, może w tym roku pojechalibyśmy razem? Wszystkie dzieci, wnuki, ja. Jednym albo dwoma autami, jak normalna rodzina.

- Mamo, no wiesz, my mamy troje w fotelikach, bagażnik pełny zniczy, Beata pakuje wieńce dla swoich... Fizycznie się nie zmieścisz. Ale weź autobus, jest wygodny, jedzie prosto pod cmentarz.

- Wygodny - powtórzyłam.

- No! I nie musisz szukać parkingu. My tam będziemy od jedenastej, to się spotkamy przy grobie.

Zadzwoniłam do Agnieszki. Prawie identyczna rozmowa, tylko zamiast fotelików były torby z donicami i jakaś koleżanka Darki, którą „obiecali podrzucić, bo ona nie ma auta". Do Kasi nie zadzwoniłam. Nie chciałam usłyszeć trzeciego raz tego samego.

Kasia zadzwoniła sama, dzień przed.

- Mamo, Marek mówił, że jedziesz autobusem? To fajnie, bo ja też nie mam za dużo miejsca, wiesz, Zosia bierze skrzypce na konkurs w poniedziałek i muszę wieźć futerał, on zajmuje pół bagażnika...

- Skrzypce - powiedziałam. - No tak.

- Spotkamy się przy grobie, mamo. Będzie normalnie.

Normalnie. To słowo zaczęłam nienawidzić.

Pierwszego listopada wstałam o szóstej. Ubrałam czarny płaszcz, ten który Stefan lubił, bo mówił, że w nim wyglądam jak aktorka. Wzięłam jeden znicz - duży, z bursztynowym szkłem - i jedną białą chryzantemę w doniczce. Autobus o ósmej trzydzieści z przystanku na rogu, trzy przesiadki. Dojechałam o dziesiątej piętnaście, na nogach, bo miejsc siedzących nie było.

Przy grobie Stefana nie było jeszcze nikogo. Postawiłam znicz, zapaliłam, usiadłam na ławce naprzeciwko. Czekałam. Przyszli kwadrans po jedenastej - nie razem, osobno, z różnych stron alejki, jakby każde jechało na inny cmentarz i przypadkiem skręciło tutaj. Marek z Beatą i trójką dzieci, obładowani jak na wyprawę. Agnieszka z Darkiem i Julią, Adaś został w domu, bo „kaszlał rano". Kasia z Zosią. Futerał ze skrzypcami został w aucie.

Stanęliśmy przy grobie. Marek poprawił wieniec, Agnieszka wytarła tablicę chusteczką. Kasia położyła kwiaty. Wnuki stały z tyłu i szeptały między sobą. Adaś, Julia i Zosia - trójka nastolatków, którzy prawie nie znali dziadka i wyraźnie chcieli już iść.

- Tato, pamiętamy o tobie - powiedział Marek, i to było chyba najdłuższe zdanie, jakie przy grobie padło.

Po kwadransie Beata szepnęła coś Markowi do ucha. Marek kiwnął głową.

- Mamo, my musimy jechać, bo jeszcze Radom, wiesz...

- Wiem, jedźcie.

Agnieszka poszła minutę później. „Korepetycje", powiedziała, jakby to jedno słowo wyjaśniało wszystko. Kasia została najdłużej. Stała obok mnie, trzymała mnie za rękę. Pięć minut. Potem jej telefon zawibrował.

- Mamo, muszę... Zosia...

- Idź, córeczko.

Zostałam sama. Znicz płonął równo, bursztynowe szkło łapało to blade listopadowe słońce. Usiadłam z powrotem na ławce i powiedziałam cicho:

- Widzisz, Stefan? Przyjechali. Było normalnie.

Autobus powrotny o piętnastej był pełen. Ludzie stali w przejściu, trzymali się uchwytów, w rękach foliowe torby po zniczach, resztki kwiatów. Kobieta w bordowym berecie siedziała na tym samym miejscu co rano. Nie byłam pewna, czy to ta sama, ale beret był ten sam. Skinęłyśmy sobie głowami.

Wieczorem zadzwonił Marek. „Mamo, było miło, prawda? W przyszłym roku może zorganizujemy się wcześniej." Powiedziałam, że tak, że było miło. Że w przyszłym roku na pewno się zorganizujemy.

Odłożyłam telefon i usiadłam w kuchni. Na stole stała filiżanka po herbacie, ta w niebieskie kwiatki, którą Stefan kupił na jarmarku w Kazimierzu dwadzieścia lat temu. Patrzyłam na nią i myślałam, czy powinnam powiedzieć dzieciom to, co czuję. Że nie chodzi o autobus. Że nie chodzi o bagażnik ani foteliki. Że chodzi o to jedno wolne miejsce, którego żadne z nich nie potrafiło dla mnie znaleźć.

Ale może nie powinnam. Może to ja za dużo wymagam. Może tak po prostu wygląda miłość dorosłych dzieci - pośpieszna, logistyczna, odmierzana na kwadranse między jednym obowiązkiem a drugim.

Wypiłam herbatę, umyłam filiżankę, zgasiłam światło. W przedpokoju, na półce przy lustrze, leżał bilet autobusowy - tam i z powrotem. Przez chwilę chciałam go wyrzucić, ale nie wyrzuciłam. Schowałam do szuflady, do tej samej, gdzie trzymam stare zdjęcia Stefana. Może za rok się przyda.