Zasłabłam w Biedronce przy kasach. Pierwszy doskoczył chłopak z irokezem - ten, którego omijałam na osiedlu szerokim łukiem: wezwał karetkę, pojechał ze mną, trzymał siatkę i rękę. Rodzina dojechała wieczorem. Irokez ma na imię Igor i od piątku nosi mi zakupy.

Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się przy kasach. Zaczęła się znacznie wcześniej - od mojego strachu przed ludźmi, którzy wyglądają inaczej, niż powinni.

Mam na imię Grażyna. Sześćdziesiąt dwa lata, emerytowana księgowa. Mieszkam na osiedlu Tysiąclecia w Poznaniu, trzecie piętro, blok z wielkiej płyty. Okna wychodzą na plac zabaw, więc widzę każdego, kto przechodzi. Mam czas, żeby patrzeć, bo od dwóch lat jestem sama. Henryk odszedł - nie do innej kobiety, tylko zupełnie. Rak trzustki. Cztery miesiące od diagnozy do pogrzebu. Zostałam z dwupokojowym mieszkaniem, emeryturą dwa tysiące sześćset i dwójką dorosłych dzieci, które mieszkają w innych miastach.

Igora zauważyłam chyba ze dwa lata temu. Wprowadził się do klatki obok z jakąś dziewczyną. Irokez - zielony, potem fioletowy, raz pomarańczowy. Kolczyki w uszach, w brwi, w nosie. Tatuaże na szyi. Chodził w tych rozciętych spodniach i kurtce z ćwiekami. Wieczorami słychać było muzykę - jakiś łomot, nie muzyka. Krysia z trzeciego piętra powiedziała mi: "Grażynka, uważaj, to jakiś ćpun albo co gorsze." I ja jej uwierzyłam. Bo tak było łatwiej.

Kiedy mijałam go na klatce, przyspieszałam kroku. Kiedy stał pod blokiem z kolegami - obchodziłam ich drugim chodnikiem. Raz w windzie jechaliśmy razem, powiedział "dzień dobry", a ja skinęłam głową i wbiłam wzrok w podłogę. Czułam zapach jego papierosów i myślałam tylko: "Boże, żeby się te drzwi wreszcie otworzyły."

A potem przyszedł ten czwartek.

Od rana czułam się nieswojo. Takie lekkie mroczki przed oczami, jakby ciśnienie. Ale musiałam iść do Biedronki, bo w lodówce pusto - pomidory, chleb, ser żółty, herbata. Normalna lista. Normalny dzień. Wzięłam siatkę, tę starą, płócienną, jeszcze po Henryku, z napisem "Praktiker", i poszłam.

W sklepie było duszno. Maj, a grzali jak w styczniu. Stałam w kolejce, czwarta, z koszykiem. Pomidory, chleb, ser żółty, herbata, masło - dorzuciłam jeszcze masło, bo sobie przypomniałam. I wtedy zrobiło mi się ciemno. Nie mdło - ciemno. Jakby ktoś gasnął w środku.

Pamiętam, że koszyk uderzył o podłogę. Pamiętam, że pomidory się rozsypały. A potem nic - do momentu, kiedy poczułam chłód kafelków pod plecami i czyjś głos: "Proszę pani, proszę pani, słyszy mnie pani?"

Otworzyłam oczy i zobaczyłam irokez. Fioletowy tego dnia. I twarz - nie straszną, nie agresywną. Młodą, przerażoną twarz chłopaka, który klęczał nade mną i trzymał mnie za rękę. Jego dłonie były ciepłe. Pamiętam, że pomyślałam: "Ma ciepłe ręce." Takie głupie, pierwsze zdanie po omdleniu.

Wezwał karetkę. Mówił do telefonu szybko, ale spokojnie - adres, co się stało, ile mam mniej więcej lat. Potem kucnął przy mnie i powiedział: "Niech pani nie wstaje, karetka jedzie, będzie za pięć minut." Kasjerka przyniosła wodę. Jakaś kobieta podała poduszkę - złożoną kurtkę, właściwie. Ale to Igor organizował. Igor, którego wtedy jeszcze nie znałam z imienia.

Przyjechała karetka. I wtedy zrobił coś, czego się nie spodziewałam: wsiadł ze mną. Ratownik zapytał, czy to rodzina. Igor powiedział: "Sąsiad." I jakoś nikt nie protestował. Siedział na tym składanym stołeczku w karetce, trzymał moją płócienną siatkę i mówił: "Będzie dobrze, proszę pani. To pewnie ciśnienie, moja babcia też tak miała."

Na izbie przyjęć czekał ze mną trzy godziny. Trzy godziny. Z telefonem w ręku, bo grał w jakąś grę, ale co chwilę podnosił głowę i pytał: "Potrzebuje pani czegoś? Herbatę z automatu? Może kanapkę?"

Zadzwoniłam do Małgosi - córki, mieszka we Wrocławiu. "Mamo, co się stało?!" - krzyczała w słuchawkę. "Zasłabłam, ale nic mi nie jest, ciśnienie spadło. Przyjedziesz?" Przyjechała wieczorem, po szóstej, z mężem. Syn Tomek zadzwonił z Warszawy, ale nie mógł przyjechać, bo "sytuacja w pracy". Igor do tego czasu siedział przy mnie cztery godziny, kupił mi dwa kubki herbaty i drożdżówkę z automatu. Kiedy Małgosia weszła na oddział, Igor wstał, oddał mi siatkę i powiedział: "To ja już pójdę. Zdrówka, proszę pani."

Małgosia patrzyła na niego jak na kosmitę. Widziałam to. Irokez, kolczyki, tatuaże. "Kto to był?" - zapytała, kiedy wyszedł. "Sąsiad" - odpowiedziałam. I dopiero wtedy poczułam, że mi wstyd. Nie za niego. Za siebie.

Wypuścili mnie następnego dnia. Ciśnienie, odwodnienie, nic groźnego, ale zalecenie: kontrola u kardiologa i żeby nie dźwigać. Małgosia zawiozła mnie do domu, zrobiła rosół, posprzątała łazienkę i w sobotę rano wyjechała z powrotem do Wrocławia. Tomek przysłał przelew - dwieście złotych, "na leki, mamo." Podziękowałam. Nie napisałam, że bardziej potrzebowałam, żeby ktoś zapytał, jak się czuję, niż dwustu złotych na koncie.

W piątek ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłam - Igor. Bez irokeza, a raczej z irokezem przyciśniętym na bok, w czystej bluzie. W ręku dwie reklamówki.

"Dzień dobry. Widziałem, że pani wróciła, to pomyślałem - może potrzeba zakupów? Kupiłem chleb, mleko, masło, pomidory - takie jak pani miała w koszyku." Patrzyłam na niego i nie mogłam wykrztusić słowa. Bo on zapamiętał. Zapamiętał, co leżało w moim koszyku, kiedy padłam na podłogę w Biedronce.

"Ile jestem winna?" - zapytałam w końcu, sięgając po portmonetkę. "Nic, proszę pani. To sąsiedzko."

Od tego piątku Igor przychodzi co dwa, trzy dni. Puka, pyta, czy czegoś trzeba. Raz przyniósł mi ze swojej działki - bo okazało się, że ma działkę ROD po dziadku - pęczek rzodkiewek i szczypiorek. Innym razem wymienił żarówkę w przedpokoju, bo stałam na paluszkach i nie mogłam dosięgnąć. Usiadł w kuchni, wypił herbatę z cytryną i opowiadał mi, że jest technikiem informatykiem, że pracuje zdalnie, że dziewczyna - Ania - jest pielęgniarką na nocki, dlatego wieczorami słychać muzykę, bo sam w domu nie umie siedzieć w ciszy.

Dwudzieści sześć lat. Mógłby być moim wnukiem.

Małgosi opowiedziałam o Igorze przez telefon. Zamilkła na chwilę, a potem powiedziała: "Mamo, tylko uważaj. Różni ludzie są." Nie odpowiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że "różni ludzie" to też ja, która omijała go szerokim łukiem przez dwa lata? Że "różni ludzie" to jej brat, który nie przyjechał, kiedy leżałam na izbie przyjęć?

Tomek zadzwonił w niedzielę, jak zwykle. Pięć minut. "Co u ciebie, mamo? Bierzesz leki? Dobrze, to lecę, bo Kasia czeka." Odłożyłam telefon i patrzyłam przez okno na plac zabaw. Igor akurat wychodził z klatki z workiem śmieci. Zobaczyłam, że uniósł głowę w stronę mojego okna, jakby sprawdzał, czy jest światło. Pomachał ręką. Pomachałam.

I wtedy pomyślałam coś, czego się wstydzę do dziś. Pomyślałam, że obcy chłopak z irokezem zrobił dla mnie w jeden czwartek więcej niż moje dzieci przez ostatnie dwa lata. I natychmiast się za to skarcenie - bo to niesprawiedliwe, bo Małgosia przyjechała, bo Tomek przysyła pieniądze, bo oni mają swoje życie.

Ale to jedno zdanie zostało. Siedzi we mnie jak drzazga.

Wczoraj Igor zapukał i powiedział, że z Anią wybierają się do Ikei, czy może mi coś kupić. Podziękowałam. A potem, sama nie wiem czemu, zapytałam: "Igor, a dlaczego ty to robisz? Przecież mnie nie znasz." Uśmiechnął się i wzruszył ramionami. "Bo babcia mnie nauczyła, że jak sąsiad pada, to się go podnosi. A poza tym - zna mnie pani. Od dwóch lat mieszkamy obok."

Zamknęłam drzwi, usiadłam na taborecie w przedpokoju i płakałam. Nie z wdzięczności. Nie ze wzruszenia. Z czegoś gorszego - ze wstydu, że przez dwa lata patrzyłam na tego chłopaka i widziałam irokez, kolczyki i ćwieki. I nic więcej.

Jutro mam kontrolę u kardiologa. Igor zaproponował, że mnie podwiezie - ma samochód, starego opla, ale jeździ. Powiedziałam, że poproszę Małgosię. A Małgosia napisała, że "raczej nie da rady, bo Oliwier ma angielski, a Janek delegację."

Nie wiem jeszcze, czy zadzwonię do Igora. Jakaś część mnie mówi, że powinnam sobie radzić sama, że nie wypada tak korzystać z dobroci obcego chłopaka, że ludzie na klatce będą gadać. Inna część - ta, która pamięta jego ciepłe ręce na zimnej podłodze Biedronki - mówi, że może pora przestać dzielić ludzi na swoich i obcych.

Tylko że jeśli do niego zadzwonię, to co powiem córce?