Po każdym remoncie dzieci wołają mnie „na ogarnięcie": pył, okna, szafki - „ty to robisz najlepiej, mamo". W maju skończyli łazienkę i zadzwonili jak zwykle. Odebrałam już z autobusu do Mielna: „a kto nam posprząta?!" - „Firma. Wizytówka wisi na lodówce". Plaża była czysta. Nie ja ją sprzątałam.
Autobus kołysał się między polami rzepaku gdzieś za Koszalinem, kiedy wyświetliło się „Kasia" na ekranie. Wiedziałam, co usłyszę. Wiedziałam, zanim jeszcze przyłożyłam telefon do ucha. Ten sam ton głosu - uprzejmy, ale z tym lekkim podtekstem, że odmowa nie wchodzi w grę.
- Mamo, łazienka skończona! Super wyszła. Ale wiesz, jaki bałagan po tych fachowcach, no masakra. Mogłabyś wpaść jutro? Ty to ogarniesz w pół dnia, ja bym się z tym męczyła tydzień.
Patrzyłam na mijające za oknem wiatraki. Liczyłam je. Jeden, dwa, trzy. Cztery. Przy piątym powiedziałam:
- Kochanie, jestem w autobusie do Mielna.
Cisza. Taka cisza, jakbym oznajmiła, że lecę na Marsa.
- Do Mielna? Sama? A po co?
- Na urlop. Wizytówka firmy sprzątającej wisi na lodówce, przy magnesie z Zakopanego. Zadzwoń do nich.
Rozłączyłam się, zanim zdążyła odpowiedzieć. Serce mi waliło tak, jakbym właśnie okradła bank. Sześćdziesiąt dwa lata i trzęsą mi się ręce od powiedzenia córce „nie". Boże, Grażyna, pomyślałam. Co z tobą nie tak.
Ale wiedziałam, co ze mną nie tak. Wiedziałam od lat. Po prostu nie chciałam o tym myśleć, bo myślenie bolało bardziej niż kolejne klęczenie przy cudzej wannie ze ścierką w ręku.
Zaczęło się, kiedy Kasia i Tomek kupili to swoje mieszkanie na Ratajach w Poznaniu. Trzy pokoje, niby ładne, ale deweloper zostawił gołe ściany. Było to dziesięć lat temu. Tomek wtedy zarabiał jeszcze niewiele, Kasia właśnie zaszła w ciążę z Olkiem, więc powiedzieli: „Mamo, pomożesz nam trochę ogarnąć?". No jasne, że pomogłam. Jechałam z Wrocławia w sobotę o piątej rano, trzy i pół godziny autobusu, żeby zdążyć przed południem. Myłam okna po malarzach, zbierałam folię z podłóg, szlifowałam resztki fugi w łazience. Wracałam w niedzielę wieczorem z plecami tak sztywnymi, że na przystanku nie mogłam się schylić po bilet, który wypadł mi z kieszeni.
A potem był remont kuchni. I wymiana podłóg. I ten nieszczęsny balkon, po którym pył osiadł dosłownie na wszystkim - na zasłonach, na zabawkach Olka, na talerzykach w kredensie. „Mamo, ty to robisz najlepiej". „Mamo, my nie mamy czasu". „Mamo, firma by wzięła pięćset złotych, a ty wiesz, jak u nas z budżetem".
A ja zawsze jechałam. Brałam wolne w bibliotece, gdzie przepracowałam dwadzieścia osiem lat, i jechałam. Andrzej, mój mąż - znaczy były mąż, rozwiedliśmy się piętnaście lat temu - powiedziałby pewnie, że to moja wina. Że sama się na to godziłam. Że nikt mnie siłą nie ciągnął. I miałby rację. Ale łatwo mieć rację, kiedy się porzuciło rodzinę dla kobiety młodszej o dwanaście lat i zamieszkało w Gdańsku.
Tomek, syn Kasi, mój zięć - dobry chłopak, elektryk, pracowity - nigdy nie prosił wprost. To zawsze Kasia dzwoniła. Tomek stał z boku, otwierał mi drzwi, mówił „dzień dobry, mamo", robił herbatę. A potem wracał do komputera albo wychodził z kolegami na piwo. Nie ze złośliwości. Po prostu - skoro mamo już tu jest i mamo sprząta, to po co przeszkadzać?
Mój syn Bartek, młodszy o cztery lata od Kasi, mieszka w Krakowie. Ten akurat niczego ode mnie nie wymaga, bo od trzech lat ledwo się odzywamy. Pokłóciliśmy się na Wigilii, głupio, o politykę i o to, że za rzadko przyjeżdża. Powiedział mi wtedy coś, co pamiętam słowo w słowo: „Mamo, ty się przyczepasz, bo nie masz własnego życia. Znajdź sobie jakieś hobby, zamiast kontrolować nasze". Wyszedł przed dwunastą. Opłatek leżał nierozkrojony na stole.
I może dlatego tak kurczowo trzymałam się Kasi. Bo Kasia dzwoniła. Kasia potrzebowała. A jak ktoś cię potrzebuje, to znaczy, że jesteś. Prawda?
Prawda przestała mi wystarczać w kwietniu. Kasia zadzwoniła i powiedziała, że planują remont łazienki. „Duży, mamo. Będzie dużo do sprzątania. Zarezerwuj sobie cały weekend po majówce". Nie „czy możesz". Nie „czy masz czas". „Zarezerwuj sobie".
Odkładałam telefon i patrzyłam na kalendarz. Na ścianie w mojej kawalerce na Psim Polu wisiał kalendarz z widokami morza - taki za osiem złotych z Biedronki. Maj. Mielno. Złociste światło na piasku. I pomyślałam: a kiedy ostatnio byłam nad morzem? Naprawdę byłam, nie w drodze do kogoś i nie po to, żeby coś komuś ogarnąć?
Nie mogłam sobie przypomnieć.
Następnego dnia poszłam do biura podróży na rogu i kupiłam tygodniowy pobyt w pensjonacie. Pokój jednoosobowy z widokiem na wydmy. Śniadanie w cenie. Sześćset osiemdziesiąt złotych. Tyle, ile kosztował bilet na autobus do Poznania i z powrotem, pomnożony przez wszystkie te weekendy, kiedy jechałam sprzątać po cudzych remontach.
Na plaży w Mielnie leżałam na kocu i słuchałam mew. Telefon miałam w torebce, ale nie wyciągałam go przez dwie godziny. Kiedy w końcu spojrzałam, były cztery nieodebrane od Kasi i jeden SMS od Tomka: „Mamo, Kasia się denerwuje. Oddzwoń".
Oddzwoniłam wieczorem. Kasia odebrała natychmiast.
- Mamo, co ty wyprawiasz? Jak to firma? Ja nie będę wpuszczać do domu obcych ludzi!
- Kochanie - powiedziałam spokojnie, chociaż spokojnie wcale nie było - fachowcy, którzy robili ci łazienkę, to też byli obcy ludzie. Wpuściłaś ich.
- To co innego!
- Dlaczego?
Cisza. Słyszałam, jak Olek krzyczy coś w tle o kolacji.
- Bo ty jesteś moja mama - powiedziała w końcu Kasia. I głos jej się złamał. Nie ze złości. Z czegoś innego. Z czegoś, co brzmiało jak zaskoczenie, że ten schemat może się zmienić.
- Właśnie dlatego - odpowiedziałam.
Nie wyjaśniałam. Nie tłumaczyłam. Powiedziałam, że wracam za pięć dni, i się rozłączyłam.
Następnego ranka wstałam o szóstej i poszłam na plażę. Był maj, więc prawie pusto - tylko jakiś starszy pan z psem i kobieta biegająca wzdłuż brzegu. Usiadłam na piasku, który był zimny i wilgotny. Wiatr ciągnął od wody. Pachniało solą i wodorostami.
I wtedy zadzwonił Bartek. Bartek, który nie dzwonił od Wigilii.
- Kasia mi powiedziała, że pojechałaś nad morze - powiedział zamiast „cześć". - Sama.
- Sama.
- No, dobrze - powiedział po chwili. I coś jeszcze, ciszej: - Naprawdę dobrze, mamo.
Rozłączył się. Dwadzieścia sekund. Tyle trwała nasza pierwsza rozmowa od trzech lat. Siedziałam z telefonem w ręku i nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Więc robiłam jedno i drugie.
Wróciłam do Wrocławia w niedzielę. W mieszkaniu na Psim Polu było cicho i czysto - bo nikt tu nie robił żadnego remontu. Nikt tu niczego nie oczekiwał. Kalendarz z Biedronki wisiał na ścianie. Czerwiec pokazywał klify w Trzęsaczu.
Kasia zadzwoniła we wtorek. Mówiła normalnie, jakby nic się nie stało. Opowiadała o nowej łazience, o płytkach, o tym, że Olek dostał czwórkę z matmy. Na końcu dodała, lekko, jakby od niechcenia:
- Ta firma ze sprzątania była w porządku. Szybko ogarnęli.
Nie powiedziała „dziękuję". Nie powiedziała „przepraszam". Nie wiem, czy kiedykolwiek powie. Ale powiedziała „ogarnęli" - i w tym jednym słowie usłyszałam coś nowego. Jakby uznała, że ktoś inny też potrafi.
Czasem myślę, że powinnam była powiedzieć to wszystko wcześniej. Usiąść z Kasią, wytłumaczyć, że mam swoje plecy, swoje zmęczenie, swoją samotność, którą zapychałam cudzymi remontami. Że „ty to robisz najlepiej, mamo" nie jest komplementem, tylko smyczą. Ale nie wiem, czy umiałabym to powiedzieć. Nie wiem, czy umiem teraz.
Wiem tylko, że w przyszłym tygodniu jadę do Trzęsacza. Sama. Pokój z widokiem na klify. Śniadanie w cenie.
Na lodówce zostawiłam wizytówkę. Na wszelki wypadek.