Córka przy porządkach znalazła mój pamiętnik z sześćdziesiątego ósmego - i przeczytała całość, bez pytania. Przyszła czerwona: „mamo... ty w moim wieku myślałaś dokładnie to, co ja teraz". Gniewam się o naruszenie - dla zasady, do jutra. Wieczorem siedziałyśmy nad zeszytem razem: ona czytała na głos, ja tłumaczyłam skróty. Po jutrze dam jej drugi zeszyt.

Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się od pamiętnika. Zaczęła się od szafy.

Renata przyjechała w sobotę rano, z tymi swoimi wielkimi torbami z IKEA i determinacją w oczach. Czterdzieści trzy lata, dwoje dzieci, rozwód za sobą, a energii jak w całej brygadzie remontowej. Stanęła w progu mojego mieszkania na Ochocie i powiedziała:

- Mamo, robimy porządki. Nie dyskutujemy. Tata nie żyje dwa lata, a ty dalej trzymasz jego buty w przedpokoju, jakby miał zaraz wrócić.

Miała rację. Buty Zbyszka stały pod wieszakiem - brązowe półbuty, te na co dzień, i czarne eleganckie, z pogrzebu teściowej w dziewięćdziesiątym szóstym. Nawoskowane, jakby wczoraj. Nie mogłam ich ruszyć. One pachniały nim. Ale Renacie tego nie powiedziałam, bo Renata jest praktyczna jak kalkulator i powiedziałaby, że pastą do butów pachną, nie tatą.

Zaczęłyśmy od sypialni. Szafa Zbyszka poszła szybko - koszule do Caritasu, garnitury do worka, krawaty złożone w pudełko, bo Renata stwierdziła, że Kacper kiedyś doceni. Potem wzięłyśmy się za moją stronę. I tam, na samym dnie, pod stertą pościeli z różami, której nie używałam od lat, leżały dwa zeszyty.

Rozpoznałam je natychmiast. Zeszyt w kratkę, szkolny, z niebieską okładką - i drugi, grubszy, w twardej okładce, kupiony jeszcze w księgarni na Marszałkowskiej za pięć złotych. Oba zapisane moim pismem, tym dawnym, drobnym, pochylonym w prawo. Sześćdziesiąty ósmy i sześćdziesiąty dziewiąty rok. Miałam wtedy tyle lat, ile teraz Renata.

- Co to? - Renata sięgnęła po niebieski zeszyt, zanim zdążyłam zareagować.

- Połóż. To moje.

Posłuchała. Odłożyła zeszyt na łóżko i poszła do kuchni robić herbatę. A ja stałam z tym zeszytem w dłoniach i czułam, jak ręce mi drżą. Nie ze strachu - z zaskoczenia. Byłam pewna, że je wyrzuciłam. Pewna, że gdzieś w latach osiemdziesiątych, kiedy przeprowadzaliśmy się ze Zbyszkiem do tego mieszkania, poszły na śmietnik razem z moimi dziewczęcymi głupstwami. A one leżały. Cierpliwie. Pół wieku pod pościelą z różami.

Schowałam oba zeszyty do szuflady nocnej i wróciłam do porządków. Renata nie pytała. Pracowałyśmy jeszcze trzy godziny, potem zjadłyśmy obiad - pomidorowa z makaronem, jak lubiła od dziecka - i córka pojechała do siebie po dzieci. A ja usiadłam na łóżku i otworzyłam niebieski zeszyt.

Pierwsze zdanie: „14 marca 1968. Nie wiem, co się dzieje, ale boję się. Halinka nie przyszła dziś na uczelnię."

Czytałam godzinę. Potem dwie. Potem zamknęłam zeszyt i siedziałam w ciemności, bo nawet nie zauważyłam, kiedy zrobiło się ciemno. Tamta Bożena - bo tak mam na imię, Bożena, choć w pamiętniku podpisywałam się „B." z ostrożności - tamta Bożena pisała o rzeczach, o których nigdy nikomu nie powiedziałam. O tym, jak zakochałam się w chłopaku z roku, który okazał się donosicielem. O tym, jak koleżanka z pokoju w akademiku pakowała walizki, bo jej ojciec był żydowskiego pochodzenia i rodzina wyjeżdżała do Wiednia. O tym, jak nie poszłam na wiec, bo się bałam, i jak się tego wstydziłam. O strachu. O wstydzie za ten strach. O samotności pośrodku tłumu ludzi, którzy mówili, że wszystko będzie dobrze.

Następnego dnia Renata znów przyjechała. Tym razem sama, bez worków z IKEA. Usiadła w kuchni, nalała sobie herbaty i powiedziała cicho:

- Mamo, przepraszam. Przeczytałam ten zeszyt. Ten niebieski.

Postawiłam czajnik na kuchence, chociaż woda była jeszcze gorąca. Potrzebowałam czegoś do roboty rękami.

- Kiedy?

- Wczoraj, jak pojechałaś do łazienki. Leżał otwarty na łóżku. Wiem, że nie powinnam. Ale zaczęłam i nie mogłam przestać.

Milczałam. W głowie mi szumiało. Nie od złości - od czegoś gorszego. Od nagości. Ktoś zobaczył mnie taką, jaką byłam, zanim nauczyłam się udawać, że jestem silna.

- Mamo - Renata miała mokre oczy, i to mnie zaskoczyło, bo Renata nie płacze. Renata jest twarda jak ja, może nawet twardsza. - Ty w moim wieku myślałaś dokładnie to, co ja teraz. Dokładnie. Te same słowa prawie.

- Jakie słowa?

- Że nie wiesz, czy robisz właściwe rzeczy. Że się boisz, ale nie chcesz, żeby ktokolwiek widział, że się boisz. Że czujesz się sama, chociaż dookoła są ludzie. Mamo, ja teraz tak mam. Po rozwodzie. Dokładnie tak.

Usiadłam naprzeciwko niej. Herbata stygła. Za oknem ktoś trzasnął drzwiami samochodu. Normalna sobota na Ochocie.

Gniewałam się. Naprawdę się gniewałam. Pamiętnik to jest rzecz najintymniejsza na świecie - bardziej niż ciało, bardziej niż łzy. To są myśli surowe, niegotowe, myśli, które się zapisuje po to, żeby je wyrzucić z głowy, nie po to, żeby ktoś je czytał. Renata nie miała prawa. Wiedziała, że nie miała prawa. I dlatego przyszła z tym od razu, zamiast udawać, że nic się nie stało. To mi powiedziało więcej niż jej przeprosiny.

Powiedziałam jej, że jestem zła. Że to było naruszenie. Że mam prawo do swoich myśli - tych z sześćdziesiątego ósmego i tych z dzisiaj. Powiedziałam jej to spokojnie, bo w siedemdziesiąt cztery lata człowiek już umie krzyczeć szeptem.

Renata skinęła głową. Nie tłumaczyła się. Nie broniła. Powiedziała tylko „masz rację, mamo" i wstała, żeby jechać.

A wieczorem do niej zadzwoniłam.

- Przyjedź. I weź ten zeszyt z szuflady w przedpokoju. Będziemy czytać razem.

Przyjechała w dwadzieścia minut. Usiadła obok mnie na kanapie - tej samej, na której Zbyszek oglądał mecze, na której uczyłam Renatę czytać, na której płakałam po jego pogrzebie, kiedy wszyscy goście już poszli. Renata otworzyła zeszyt na pierwszej stronie i zaczęła czytać na głos.

Słuchałam własnych słów w głosie własnej córki i to było - nie umiem tego opisać inaczej - jakby czas się złożył na pół. Tamta Bożena i ta Bożena w jednym pokoju. A pomiędzy nimi Renata, która rozumiała obie.

Co kilka zdań zatrzymywała się. „S.B." - co to? Pytała. Służba Bezpieczeństwa, tłumaczyłam. „M." - kto to? Marek, odpowiadałam. Ten donosiciel. „Wyjechali" - dokąd? Do Wiednia, do Szwecji, gdziekolwiek. Potem nie wracali.

Czytałyśmy do jedenastej. Renata zamknęła zeszyt i powiedziała:

- Nie wiedziałam, że to wtedy tak wyglądało. W szkole nam mówili suche fakty. A tu jest - życie.

Życie. Tak. Chaotyczne, przestraszone, pełne błędów i tchórzostwa, i drobnych odwag, które nic nie zmieniały, ale pozwalały rano wstać z łóżka.

Kiedy wychodziła, zatrzymała się w drzwiach.

- Mamo, a ten drugi zeszyt? Ten grubszy?

Spojrzałam na nią. W grubszym zeszycie jest sześćdziesiąty dziewiąty rok. W grubszym zeszycie jest Zbyszek - nasze poznanie, pierwsze randki, jego list, który przykleiłam na ostatniej stronie. I jest też coś innego, o czym Renata nie wie. O czym Zbyszek nie wiedział. O czym nikt nie wiedział, bo pewne rzeczy zapisuje się po to, żeby zamknąć je w okładkach i nigdy więcej nie otwierać.

- Po jutrze - powiedziałam. - Dam ci go po jutrze.

Zamknęłam drzwi. Wróciłam do sypialni. Otworzyłam szufladę i wzięłam do ręki gruby zeszyt. Przez chwilę go ważyłam w dłoniach, jakby od wagi zależała decyzja.

Czy córka musi wiedzieć o matce wszystko, żeby ją zrozumieć? A może są rzeczy, które powinny umrzeć razem ze mną?

Zeszyt leży na nocnej szafce. Jutro jest po jutrze.