Przy Frankusiu nocuję we wtorki i czwartki - „tobie ufamy najbardziej, babciu". W środy przychodzi niania z ogłoszenia: trzydzieści pięć złotych za godzinę plus taksówka na noc. Zażartowałam przy synowej o mojej stawce. „Mamo, przecież rodzinie się nie płaci."

To zdanie wypowiedziała Patrycja lekkim tonem, w biegu, zakładając szpilki w przedpokoju. Nawet na mnie nie spojrzała. Frankuś bawił się klockami na dywanie, a ja stałam z kubkiem herbaty w ręku i czułam, jak coś mi ściska gardło. Nie gniew. Raczej coś, czego wtedy nie umiałam nazwać - poczucie, że ktoś właśnie ustalił moją wartość na zero i nawet tego nie zauważył.

Ale po kolei.

Jestem Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Trzydzieści lat przepracowałam jako księgowa w firmie budowlanej na Woli. Gdy dostałam decyzję z ZUS-u, pierwszą myślą było: nareszcie odpoczynek. Drugą - że mogę wreszcie pomalować kuchnię. Trzecią - i ostatnią spokojną - że posadzę pomidory na działce.

Syn Wojtek miał wtedy trzydzieści lat i od roku był z Patrycją. Ładna, energiczna, pracowała w jakiejś agencji marketingowej, zawsze z telefonem w dłoni. Ślub wzięli szybko, bo Patrycja zaszła w ciążę. Nie żeby mnie to gorszyło - sam Wojtek urodził się trzy miesiące po moim ślubie z Andrzejem, niech mu ziemia lekka będzie. Czasy się zmieniają, kolejność nie.

Frankuś przyszedł na świat w lutym, trzy i pół kilo, zdrowy jak rydz. Byłam szczęśliwa. Patrzyłam na tego malca i myślałam: to jest sens. Wszystko, co było - kłopoty z Andrzejem, jego choroba, pogrzeb osiem lat temu, samotne wieczory - wszystko miało prowadzić do tego momentu. Do rączki, która łapie mnie za palec.

Przez pierwszy rok pomagałam, jak każda babcia. Przyjeżdżałam z obiadem, pilnowałam małego, żeby Patrycja mogła się zdrzemnąć. Normalna rzecz. Potem Patrycja wróciła do pracy i zaczęło się na poważnie.

Wojtek zaproponował mi to przy niedzielnym obiedzie. „Mamo, nikt nie zajmie się Frankiem lepiej niż ty. Patrycja wraca na pełen etat, ja mam te nadgodziny... Gdybyś mogła we wtorki i czwartki nocować u nas, to byłoby idealne. Resztę tygodnia jakoś ogarniemy."

Jakoś ogarniemy - oznaczało nianię w środy. W poniedziałki i piątki Patrycja pracowała z domu, więc dawała radę. Weekendy - rodzinnie. A wtorki i czwartki - babcia Bożena z torbą, w której piżama, kapcie i książeczka o Muminku na dobranoc.

Zgodziłam się natychmiast. Z radością. Naprawdę. Frankuś to moje światełko. Kąpałam go, karmiłam, wstawałam w nocy, kiedy płakał. Śpiewałam mu „Była sobie żabka mała", tę samą, którą śpiewałam Wojtkowi. Zasypiał z główką na moim ramieniu i ja czułam, że jestem potrzebna. Że nie jestem tylko emerytką z bloku na Bielanach, która podlewa pelargonie i czeka na niedzielny telefon.

Mijały miesiące. Frankuś zaczął raczkować, potem chodzić, mówić pierwsze słowa. „Baba" - to było jego drugie słowo, zaraz po „mama". Płakałam ze szczęścia.

Ale zaczęłam też liczyć. Nie z chciwości - z przyzwyczajenia. Trzydzieści lat w księgowości robi swoje. Niania przychodziła na sześć godzin w środy. Trzydzieści pięć złotych razy sześć, to dwieście dziesięć. Plus taksówka - jakieś czterdzieści złotych w jedną stronę, osiemdziesiąt łącznie. Razem blisko trzysta złotych za jedną środę. W miesiącu cztery środy - ponad tysiąc dwieście.

Ja nocowałam osiem razy w miesiącu. Od szesnastej, kiedy przyjeżdżałam, do dziewiątej rano, kiedy wracali. Siedemnaście godzin każde dyżur. Sto trzydzieści sześć godzin miesięcznie. Gdybym miała stawkę niani - to byłoby ponad cztery tysiące siedemset złotych.

Nie chciałam tych pieniędzy. Naprawdę. Ale zastanowiło mnie coś innego. Niania dostawała trzysta złotych za środę i podziękowała. Ja dostawałam „tobie ufamy najbardziej" i buziak od Frankusia. Jedna miała stawkę, umowę, jasne warunki. Druga miała obowiązek, bo rodzina.

I wtedy - tamten piątkowy wieczór, kiedy pomagałam Patrycji sprzątać po obiedzie - powiedziałam to. Żartobliwie, a przynajmniej tak mi się wydawało. „Patrycja, może i ja powinnam wystawić rachunek? Przynajmniej za te taksówki, bo bilet na autobus to też koszt."

Zaśmiałam się. Patrycja nie.

Odwróciła się od zlewu, wytarła ręce i powiedziała spokojnie, jakby czytała z instrukcji: „Mamo, przecież rodzinie się nie płaci."

Wytrzymałam jej spojrzenie. Kiwnęłam głową. Dokończyłyśmy zmywanie w ciszy.

W domu nie mogłam zasnąć. Leżałam w ciemności i odtwarzałam to zdanie. Rodzinie się nie płaci. A niani się płaci. Bo niania jest obca. Może odmówić, ma prawo do swoich warunków, do szacunku wyrażonego w złotówkach. Ja, jako babcia, takiego prawa nie miałam. Bo kocham. A kto kocha, ten daje za darmo.

Zadzwoniłam do Krysi, mojej przyjaciółki z pracy, jeszcze tej starej. Krysia ma wnuczkę Zuzię i pilnuje jej trzy dni w tygodniu. „Bożena, ja ci powiem jedno" - usłyszałam. „Moja córka przynajmniej zostawia mi pięćset złotych na zakupy i nigdy nie komentuje, że za dużo wydaję. Ale pieniądze to nie jest problem. Problem jest wtedy, kiedy czujesz, że cię biorą za pewnik."

Za pewnik. Tak. Właśnie to czułam.

Bo kiedy raz powiedziałam, że we wtorek nie dam rady - bolało mnie kolano, ledwo schodziłam po schodach - Patrycja zamilkła na chwilę i powiedziała: „To może weź taksówkę, mamo, jakoś się odwdzięczymy." Taksówkę w jedną stronę - czterdzieści złotych z mojej emerytury. Niani płacili za taksówkę. Mnie - „jakoś się odwdzięczymy".

Nie odwdzięczyli się.

Tydzień po tamtej rozmowie przy zlewie Wojtek zadzwonił w niedzielę. „Mamo, Patrycja mówi, że byłaś trochę… no, nie wiem jak to powiedzieć… że zrobiło się niezręcznie. Nie chodzi o pieniądze, prawda? Bo wiesz, my naprawdę nie mamy lekko, kredyt, rata..."

- Nie chodzi o pieniądze, synku - powiedziałam. I skłamałam. I nie skłamałam jednocześnie. Bo naprawdę nie chodziło o pieniądze. Chodziło o to, że niania ma umowę, a babcia ma miłość - i że za miłość można od człowieka wymagać wszystkiego.

We wtorek przyjechałam jak zwykle. Frankuś wpadł mi w ramiona z krzykiem „Baba!" i cały świat znów miał sens. Kąpałam go, czytałam Muminka, zasypiał na moim ramieniu. A ja leżałam potem w ciemności w ich pokoju gościnnym - wąskie łóżko, za cienka kołdra - i myślałam, czy mogę kochać wnuka z całego serca i jednocześnie czuć, że coś tu jest nie tak.

Czy to mnie czyni złą babcią? Że liczę godziny? Że zauważam nierówność, którą wszyscy traktują jak naturę rzeczy?

W ostatnią środę zadzwoniłam do Patrycji i powiedziałam, że od przyszłego miesiąca mogę tylko w czwartki. Kolano, dojazd, zmęczenie. Wszystko prawda. Ale nie cała prawda.

Patrycja milczała dłuższą chwilę. Potem powiedziała: „Dobrze, mamo. Jakoś się zorganizujemy."

Nie zapytała, jak się czuję. Nie zapytała o kolano. Zapytała tylko, czy czwartek na pewno zostaje.

Frankuś ma teraz dwa latka. Mówi pełnymi zdaniami. Wczoraj, kiedy go ubierałam do snu, złapał mnie za twarz dwoma rączkami i powiedział: „Babciu, ty zawsze tu bądź."

Przytuliłam go mocno i nie odpowiedziałam. Bo nie wiedziałam, co powiedzieć. Że będę? Że nie wiem? Że kocham go ponad wszystko, ale że miłość, z której ktoś tylko bierze, powoli zamienia się w coś, czego nie chcę nazywać?

Rodzinie się nie płaci. Może i tak. Ale czy ktoś kiedykolwiek zapytał rodzinę, ile ją to kosztuje?