Wycieczkę do Rzymu opłaciliśmy zimą - Stefan całe życie chciał zobaczyć Kaplicę Sykstyńską. Umarł w marcu; biuro zwróciło połowę, „regulamin". W maju poleciałam sama, z jego biletem w torebce. W Kaplicy stałam za nas dwoje - na to regulaminu nie mają.
Ale zanim opowiem o Rzymie, muszę opowiedzieć o Stefanie. Bo bez niego ta historia nie ma sensu. I bez niego - jak się okazało - ja sama niewiele miałam sensu. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało.
Poznaliśmy się w osiemdziesiątym trzecim roku, na zabawie sylwestrowej w domu kultury w Radomiu. Stefan był elektrykiem, przyjechał z ekipą remontować jakąś halę i został na dwa tygodnie dłużej. Potem już na stałe. Miał szerokie dłonie, ciche poczucie humoru i taki sposób patrzenia, jakby zawsze wiedział odrobinę więcej, niż mówił. Czterdzieści lat - tyle razem wytrzymaliśmy. Dwoje dzieci, blok na Gołębiowie, działka ROD przy ulicy Starej, emerytura jego, potem moja.
O Rzymie marzył od zawsze. Miał taki album - „Arcydzieła Watykanu" - kupiony na kiermaszu w dziewięćdziesiątym którymś roku. Kartki pożółkłe, grzbiet klejony taśmą. Otwierał go niedzielami po obiedzie, kiedy ja zmywałam, a wnuki bawiły się w pokoju. Wodził palcem po reprodukcjach i mówił: „Wiesiu, jak zobaczę ten sufit, to mogę umrzeć spokojnie".
Nie powinnam mu była na to pozwalać. Na takie słowa.
W grudniu, kiedy oboje już na emeryturze, powiedział przy kolacji: „Wiesiu, wiesz co? Lecimy". Spojrzałam na niego znad zupy pomidorowej i myślałam, że żartuje. Nie żartował. Następnego dnia pojechaliśmy do biura podróży na Żeromskiego. Pani za biurkiem - młoda, pachnąca perfumami, paznokcie jak z reklamy - tłumaczyła nam opcje. Stefan słuchał z taką uwagą, jakby kupował dom, a nie pięć dni w Rzymie z wycieczką i śniadaniem.
Zapłaciliśmy całość od razu. Stefan nalegał. „Bo jak się odłoży, to się nigdy nie poleci" - powiedział. Miał rację. Tylko inaczej, niż myślał.
W styczniu zaczął kaszleć. Suchy, drażniący kaszel, który budził mnie w nocy. Mówił, że to od mrozu, że przejdzie. W lutym poszedł do lekarza, bo ja postawiłam ultimatum. Skierowanie na rentgen. Potem tomograf. Potem rozmowa w gabinecie, gdzie lekarz nie patrzył nam w oczy i mówił o „cieniu na płucu" oraz „dalszej diagnostyce". Stefan milczał całą drogę do domu. Dopiero na klatce schodowej, między drugim a trzecim piętrem, przystanął i powiedział: „Wiesiu, ale na Rzym to mnie jeszcze stać, prawda?".
Nie było go stać. Nie zdążył.
Trzy tygodnie szpitala, dwa przełożone terminy biopsji, diagnoza, która brzmiała jak wyrok, choć lekarze używali łagodnych słów. Stefan do końca pytał o daty wylotu. Miałam rozkład w torebce, wydrukowany ze strony biura - pokazywałam mu i mówiłam: „Szesnasty maja, Stefan, pamiętaj". Patrzył na tę kartkę i coś mu się w oczach zapalało. Taki mały ogień. Wierzę, że to go trzymało dłużej, niż lekarze przewidywali.
Odszedł dwudziestego pierwszego marca, we wtorek, o szóstej rano. Byłam przy nim. Trzymałam go za rękę i czułam, jak ta szeroka, ciepła dłoń robi się lekka. Jakby coś z niej wyparowało.
Pogrzeb. Stypa. Formalności. ZUS. Akt zgonu w trzech kopiach. Życie sprowadzone do dokumentów i pieczątek. A gdzieś między tym wszystkim - telefon z biura podróży. Uprzejma pani, ta sama od perfum, pytała, co z rezerwacją. Powiedziałam, że mąż nie żyje. Cisza w słuchawce. Potem: „Bardzo mi przykro. W takim wypadku możemy zwrócić pięćdziesiąt procent, zgodnie z regulaminem".
Regulamin. Jakby śmierć była punktem w regulaminie.
Córka Agnieszka, czterdzieści lat, pragmatyczna jak ja kiedyś, powiedziała: „Mamo, weź ten zwrot i zostaw to". Syn Marcin, trzydzieści siedem lat, milczał. Dopiero po tygodniu zadzwonił i powiedział cicho: „Mamo, a może byś poleciała?".
Myślałam, że oszalał. Ja? Sama? Do Rzymu? Nigdy nie latałam samolotem. Nigdy nie byłam za granicą. Najdalej to Sopot z Stefanem w dziewięćdziesiątym piątym, z namiotem i termoforą, bo noce były zimne.
Ale coś we mnie zaczęło pracować. Wieczorami siadałam w kuchni - herbata z cytryną, cisza, zegar tyka - i patrzyłam na ten album Stefana, który teraz leżał na stoliku w salonie. Otwarty na stronie z Kaplicy Sykstyńską. Sam się otwierał na tej stronie, bo grzbiet był tam najbardziej złamany.
Zadzwoniłam do biura. Inna pani, ale równie uprzejma. Powiedziałam, że chcę lecieć sama, na jednym z dwóch opłaconych miejsc. Że drugie oddaję, niech ktoś inny poleci. „Ale regulaminowo nie ma zwrotu za to drugie miejsce" - uprzedziła. „Nie chcę zwrotu" - odpowiedziałam. „Chcę bilet Stefana".
Nie rozumiała. Ja sama nie do końca rozumiałam.
Na lotnisku w Radomiu - bo teraz jest lotnisko w Radomiu, Stefan by nie uwierzył - stałam z małą walizką i torebką, w której miałam paszport, portfel, leki na ciśnienie i wydrukowany bilet Stefana. Nie mój. Jego. Z jego imieniem i nazwiskiem. Nie wiem, po co go wzięłam. Może żeby nie leciał pusty.
W Rzymie było ciepło. Pachniało jaśminem i spalinami. Grupa wycieczkowa - dwadzieścia osób, przeważnie pary. Pilotka, Ania, dwadzieścia parę lat, zorientowała się od razu, że jestem sama, i taktownie posadzała mnie przy oknie w autokarze. Nie zadawała pytań. Byłam jej za to wdzięczna.
Koloseum, Fontanna di Trevi, Schody Hiszpańskie - piękne, ale obce. Robiłam zdjęcia telefonem, który ledwo obsługiwałam, i wysyłałam Marcinowi. On odpisywał serduszkami. Agnieszka milczała - chyba wciąż uważała, że ten wyjazd to szaleństwo.
A potem był czwarty dzień. Watykan.
Weszłam do Kaplicy Sykstyńskiej w grupie, ścisk, ludzie robili zdjęcia mimo zakazu, przewodnik mówił po angielsku. Uniosłam głowę i zobaczyłam ten sufit.
Stefan miał rację. To nie było do opisania.
Kolory, których nie znałam z albumu - bo album kłamał, był blady i płaski. Tu wszystko żyło. Palec Boga wyciągnięty do Adama - taki blisko, a taki daleko. Jak ręka Stefana, kiedy wyciągałam do niego swoją tamtego wtorkowego poranka, a on już nie miał siły odpowiedzieć.
Stałam i płakałam. Cicho, bo strażnik patrzył. Wyciągnęłam z torebki bilet Stefana i trzymałam go w dwóch dłoniach, jak hostię. Ludzie pewnie myśleli, że wariatka. Niech myślą.
Stałam za nas dwoje. Za siebie - Wiesławę, sześćdziesiąt trzy lata, emerytkę, wdowę. I za Stefana, który przez czterdzieści lat otwierał album i marzył. Na to regulaminu nie mają. Na to, że można stać gdzieś za kogoś, kto już nie stoi - na to nie ma paragrafu.
Po powrocie Agnieszka zapytała, czy było warto. Powiedziałam, że tak. Nie powiedziałam jej wszystkiego. Nie powiedziałam, że w Kaplicy, kiedy już przestałam płakać i znowu podniosłam głowę, poczułam coś dziwnego. Nie smutek. Coś innego. Jakby Stefan stał obok i mówił: „No widzisz, Wiesiu. A ty nie chciałaś lecieć".
Bilet leży teraz w albumie, na stronie z Kaplicy. Między Bogiem a Adamem.
Marcin mówi, żebym gdzieś znowu pojechała. Że teraz to już mogę. Że Stefan by chciał. Może ma rację. A może nie powinnam - bo jeśli zacznę jeździć, to znaczy, że żyję dalej. I nie wiem, czy jestem na to gotowa. I nie wiem, czy powinnam być.