Kiedy wnuki mają gorączkę, jadę z syropem i tortem cebulowym - „mamo, ratuj, my do pracy". W zeszłym tygodniu gorączkę miałam ja. „Nie przyjedziemy, bo jeszcze przyniesiemy dzieciom" - grypa podobno działa w jedną stronę. Zupę przyniosła Renia. Zdrowa w obie strony.
Renia to moja sąsiadka z drugiego piętra. Znamy się trzydzieści cztery lata - odkąd wprowadziliśmy się na to osiedle na Bemowie, ja z Tadeuszem, ona z Wiesławem. Wiesław odszedł sześć lat temu, Tadeusz trzy. I jakoś tak wyszło, że to Renia zapukała we wtorek z garnkiem rosołu, a nie moja córka Ewa, nie mój syn Grzegorz. Renia, która ma swoje problemy z kolanami, swoje rachunki za prąd i swoją samotność, ale mimo to weszła po schodach z tym garnkiem i powiedziała: „Halina, otwieraj, bo mi ręce odpadną".
Leżałam wtedy drugi dzień. Trzydzieści osiem i pięć. Dla kogoś w moim wieku - mam sześćdziesiąt trzy lata - to nie jest żart. Bolało mnie wszystko. Kości, gardło, oczy. Nawet myśli bolały. Zadzwoniłam do Ewy w poniedziałek rano. Ewa mieszka dwadzieścia minut autobusem, na Woli, z mężem Darkiem i dwójką dzieci - Zosią i Frankiem.
- Mamo, leż, pij dużo płynów, a my nie możemy teraz przyjechać. Zosia miała niedawno anginę, jeszcze jest osłabiona, a jakbyśmy dzieciom przywieźli grypę... - Córeczko, ja nie proszę, żebyś z dziećmi przyjeżdżała. Przyjedź sama. Na godzinę. - Ale Darek w delegacji do czwartku, nie mam z kim zostawić... - A kiedy Zosia miała tę anginę, to ja z kim zostawiłam siebie?
Cisza w słuchawce. Potem westchnienie.
- Mamo, no nie porównuj. Zosia to dziecko.
Nie porównuję. Naprawdę nie porównuję. Kiedy Zosia miała anginę trzy tygodnie temu, Ewa zadzwoniła o siódmej rano z płaczem. „Mamo, ratuj, ma czterdzieści stopni, my z Darkiem do pracy, nie możemy wziąć wolnego, proszę cię". Wsiadłam w autobus z torbą, w której był syrop malinowy, czopki, mój tort cebulowy, bo Franek go uwielbia, i zapasowa piżama. Siedziałam u nich trzy dni. Gotowałam, prałam, mierzyłam temperaturę co dwie godziny, czytałam bajki. Kiedy Ewa wracała z pracy, kolacja była na stole, a Zosia spała spokojnie.
Nikt mi nie powiedział „dziękuję". Znaczy - Ewa powiedziała, ale tak, jak się mówi „dziękuję" kasjerowi w Biedronce. Odruchowo. Ja tego nie potrzebuję - nie potrzebuję podziękowań. Potrzebuję, żeby ktoś przyszedł z garnkiem rosołu, kiedy leżę z gorączką i nie mam siły wstać do łazienki.
Do Grzegorza nie dzwoniłam. Grzegorz mieszka w Krakowie z narzeczoną Patrycją, pracuje na politechnice jako informatyk, jest zajęty. Zawsze zajęty. Dzwoni w niedziele, co drugą, czasem co trzecią. „Cześć, mamo, co słychać, jak zdrowie, u nas dobrze, buziaki, pa". Trzy minuty. Kiedyś liczyłam. Dwie minuty czterdzieści sekund, łącznie z „halo" i „pa".
Ale kiedy Grzegorz potrzebował trzydziestu tysięcy na wkład własny do mieszkania, to rozmowa trwała godzinę i dwadzieścia minut. Pamiętam, bo herbata mi całkiem wystygła. Oddał? Oddał. Co do grosza, w ratach, przez dwa lata. Pieniądze oddał. Ale czegoś nie oddał, czegoś, co trudno nazwać. Tego poczucia, że jest się ważnym. Że ktoś o tobie myśli nie tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebuje.
We wtorek, kiedy Renia postawiła garnek na kuchence i sama sobie nalała herbaty, bo wie, gdzie trzymam kubki, bo wie, gdzie trzymam wszystko - usiadła przy mnie na kanapie i powiedziała:
- Dzwoniła Ewa?
- Dzwoniła w poniedziałek.
- A dzisiaj?
Milczałam.
- A Grzesiek?
- Reniu, daj spokój.
- Nie dam spokoju. - Renia ma taki sposób mówienia, jakby kruszyła suchar nad mlekiem - spokojnie, ale stanowczo. - Halina, ty im za dużo dajesz. Oni nie wiedzą, że ty też potrzebujesz, bo ty nigdy nie potrzebujesz. Ty zawsze dajesz radę.
Chciałam powiedzieć, że tak wychowałam, że matka daje radę, zawsze, bo tak mnie wychowała moja matka, a ją jej matka, i tak to idzie od pokoleń - kobiety, które dają radę, nawet kiedy nie dają rady. Ale nie powiedziałam. Bo akurat wtedy rosół zaczął bulgotać i Renia poszła go wyłączyć, a ja leżałam i patrzyłam w sufit, i myślałam o jednej rzeczy.
O tym, jak trzy lata temu, po pogrzebie Tadeusza, Ewa powiedziała mi na klatce schodowej: „Mamo, może się do nas przeprowadzisz? Będziesz bliżej, pomożesz z dziećmi, a my będziemy cię pilnować". Pilnować. Jakbym była doniczką z paprotką. I wtedy pomyślałam, że to piękny gest, ale potem przyszła trzeźwa myśl: czyj to gest? Mój do nich - bo będę pomagać z dziećmi? Czy ich do mnie - bo będą mnie pilnować?
Nie przeprowadziłam się. Zostałam tu, na Bemowie, w tym samym bloku, w tym samym mieszkaniu, z tymi samymi firankowanymi oknami, z których widać lipę na podwórku i plac zabaw. Zostałam, bo tu jest moje życie. Tu jest Renia. Tu jest pani Krysia z parteru, która przynosi mi szczypiorek z działki. Tu jest pan Bogdan z kiosku, który odkłada mi „Przyjaciółkę".
W środę Ewa napisała SMS-a. „Mamo, jak się czujesz? Daj znać". Odpisałam: „Lepiej". Odpisała: „Super, to może w weekend wpadniemy z dziećmi?". Przeczytałam to zdanie trzy razy. W weekend. Z dziećmi. Kiedy ja już będę zdrowa i będę mogła ugotować obiad, nakryć do stołu, pobawić się z wnukami. Kiedy znowu będę potrzebna.
W czwartek gorączka spadła. Wstałam, wzięłam prysznic, otworzyłam okno. Lipa na podwórku już miała pąki - marzec, wcześnie w tym roku. Renia zapukała wieczorem, przyniosła kompot z jabłek i pudełeczko z aptekarza - jakieś witaminy, „bo ty, Halina, się nie odżywiasz, a ja ciebie znam".
Usiadłyśmy przy kuchennym stole. Renia jadła moje ciastka z puszki, ja piłam kompot.
- Wiesz, co mi powiedziała Ewa? - zaczęłam. - Że w weekend wpadną.
- No pewnie. Wpadną, nakarmi je babcia, pobawią się, i do widzenia do następnej gorączki. Ich gorączki, nie twojej.
- Reniu…
- Nie „Reniu". Porozmawiaj z nią. Powiedz jej to, co czujesz.
- A co ja czuję?
Renia patrzyła na mnie przez chwilę, potem powiedziała cicho:
- Sama musisz to wiedzieć.
Leżałam potem w ciemności i myślałam. O tym, że wychowałam dwoje dobrych ludzi. Naprawdę dobrych - Ewa dba o swoje dzieci, Grzegorz ciężko pracuje, nie piją, nie kradną, nie krzyczą. Są dobrzy. Tylko że ta dobroć ma jeden kierunek, jak ta grypa. Płynie od nich do ich dzieci, od nich do ich partnerów, od nich do ich przyszłości. A ja zostaję gdzieś z tyłu, z syropem i tortem cebulowym, na wypadek gdyby ktoś mnie potrzebował.
W piątek wieczorem zadzwoniła Ewa, żeby ustalić, o której przyjadą w sobotę. Wzięłam głęboki oddech.
- Córeczko, nie gotowałam. Nie mam siły. Byłam chora cały tydzień. Sama.
Cisza. Potem:
- Mamo, no przecież dzwoniłam, pisałam…
- Napisałaś SMS-a w środę.
Znowu cisza. Dłuższa.
- To co, nie mamy przyjeżdżać?
Stałam w przedpokoju, boso, na zimnych panelach, i trzymałam telefon tak mocno, że aż palce zbielały. I nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo jeśli powiem „przyjeżdżajcie" - wszystko wróci do normy, do tego samego układu, gdzie babcia obsługuje, a dzieci kochają, kiedy im wygodnie. A jeśli powiem „nie przyjeżdżajcie" - może coś pęknie. Może pęknie w dobrą stronę. A może w złą.
- Przyjedźcie - powiedziałam w końcu. - Ale przywieźcie obiad. Ja dzisiaj jestem gościem.
Ewa milczała jeszcze sekundę. Potem powiedziała „dobrze" takim tonem, jakby ktoś jej kazał przełknąć coś gorzkiego. A może po prostu zdziwionym. Nie wiem. Odłożyłam telefon i usiadłam na taborecie w przedpokoju, tam gdzie zawsze siadał Tadeusz, kiedy sznurował buty. Za oknem lipa stała w tych swoich wczesnych pąkach - ani zima, ani wiosna, coś pomiędzy.
Nie wiem, co przywiezie Ewa. Nie wiem, czy cokolwiek się zmieni. Ale wiem, że Renia uśmiechnęłaby się, gdyby słyszała tę rozmowę. A rosół od niej był naprawdę dobry. Lepszy niż mój.