
Wnuka podają mi przez próg jak paczkę: fotelik, plecak, kartka z godzinami. Do środka nie wchodzą od roku - „śpieszymy się, mamuś". W niedzielę mały zapytał, czemu rodzice jeszcze nigdy nie widzieli jego wieży z klocków. Buduje ją u mnie od zimy.
Nie wiedziałam, co mu powiedzieć. Kucnęłam przy tej wieży - sięga mu już do ramienia, kolorowa, krzywa, z takim małym balkonem z zielonego klocka, bo „babcia musi mieć balkon, żeby machać" - i poczułam, jak coś we mnie pęka. Cicho, bez dramatów. Tak jak pęka niebo przed deszczem, kiedy jeszcze świeci słońce.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzydziestu ośmiu mieszkam w tym samym bloku na Gocławiu. Trzecie piętro, dwa pokoje z kuchnią, widok na plac zabaw, którego nikt nie remontował od lat. Mąż Ryszard odszedł osiem lat temu - nie od nas, tylko z tego świata. Wylew, nocą, bez pożegnania. Zostałam z tym mieszkaniem, z jego kapciami przy kanapie i z synem Tomkiem, który wtedy miał trzydzieści lat i mówił: „Mamo, teraz ja się tobą zajmę".
Przez chwilę tak było. Tomek przyjeżdżał co tydzień, raz z zakupami, raz po prostu na herbatę. Potem poznał Kasię. Kasia jest w porządku, naprawdę tak myślę, nie mówię tego z zaciśniętymi zębami. Jest energiczna, zaradna, prowadzi jakąś firmę z kosmetykami w internecie. Urodziła im się Oliwia, potem Kuba. I gdzieś między Oliwią a Kubą moje drzwi zaczęły się otwierać coraz rzadziej.
Najpierw odpadły niedzielne obiady. „Mamo, Kuba ma gorączkę." „Mamo, Kasia ma szkolenie w Krakowie." „Mamo, nie damy rady, ale w przyszły weekend na pewno." Przyszły weekend nigdy nie przyszedł. A potem zaczęło się to podawanie Kuby przez próg.
Pierwszy raz było w styczniu, w taki mróz, że latarnia pod blokiem trzeszczała. Tomek zatrzymał samochód na podjeździe, wysiadł z Kubą na ręku, plecaczek na ramieniu. Kasia siedziała w aucie z włączonym silnikiem. Otworzyłam drzwi, a Tomek powiedział: „Mamuś, weź go na parę godzin, mamy sprawę w urzędzie. Tu jest jedzenie, tu pieluchy, tu numer do Kasi jakby co". Podał mi dziecko, plecak i kartkę, pocałował w policzek i zbiegł po schodach. Nie wszedł nawet na korytarz.
Pomyślałam: nic takiego. Ludzie się śpieszą. Młodzi żyją szybciej niż my kiedyś. Tyle że to się powtórzyło. Luty, marzec, kwiecień. Sobota rano - dzwonek, Kuba przez próg, kartka z godzinami odbioru. Czasem Tomek, częściej Kasia. Zawsze z kluczykami w dłoni, zawsze z tym samym „śpieszymy się, mamuś". Jakbym była przechowalnią bagażu.
A Kuba rósł. Mówił coraz więcej. Zjadał u mnie rosół z makaronem w literki, wycierał nos w rękaw mimo moich próśb i budował tę wieżę z klocków. Zaczęliśmy ją razem w lutym, po jakimś programie o zamkach w telewizji. Kuba stwierdził, że też chce zamek, ale lepszy, z balkonem dla babci. Co sobotę dokładał piętro. Z czasem nauczył się sortować kolory. Czerwone na dole, bo „mocne". Żółte na górze, bo „blisko słońca".
Nigdy jej nie rozbieraliśmy. Stoi w rogu pokoju, między fotelem Ryszarda a regałem z encyklopediami, których nikt nie czyta. Kuba za każdym razem najpierw biegnie sprawdzić, czy wieża stoi. Dopiero potem zdejmuje buty.
W zeszłą niedzielę przyjechali po niego wcześniej niż zwykle. Tomek zadzwonił z parkingu. Ubrałam Kubę w kurtkę, zawiązałam mu szalik - chociaż kwiecień, to wiatr był zimny - i stałam z nim przy drzwiach. A on nagle się odwrócił, popatrzył na mnie tymi swoimi oczami, takimi samymi jak Ryszard miał, i zapytał: „Babciu, a czemu tata i mama nigdy nie widzieli mojej wieży?".
Zamurowało mnie. Bo to nie było pytanie o klocki. To było pytanie o drzwi, których mój syn od roku nie przekroczył. O to, dlaczego rodzice nie wchodzą do środka. O to, że czterolatek widzi coś, co dorośli udają, że nie istnieje.
Powiedziałam: „Bo wieża jest nasza, Kubusiu. Sekretna". Uśmiechnął się. Ale kiedy zamknęłam za nim drzwi, stałam w przedpokoju z ręką na klamce i nie mogłam się ruszyć. Stałam tak chyba kwadrans, patrząc na te buty Ryszarda, które wciąż stoją przy szafce, i na wieżę widoczną przez szparę w drzwiach do pokoju.
Potem zadzwoniłam do Tomka. Odebrał po piątym sygnale. W tle słyszałam muzykę z radia i głos Kasi, która mówiła coś o kolacji.
- Tomek, muszę cię zapytać o coś. - Mamo, jesteśmy w drodze do Kasi rodziców, może jutro? - Nie, nie jutro. Teraz. Dlaczego nie wchodzisz do mnie do mieszkania?
Cisza. Długa. Słyszałam, jak Kasia ściszyła radio.
- Mamo, no co ty. Wchodzimy. - Nie wchodzicie, Tomek. Od roku. Podajecie mi Kubę jak paczkę i uciekacie. Nawet butów nie zdejmujecie, bo ich nie zakładacie. Stoicie na wycieraczce.
Znowu cisza. A potem głos Kasi, wyraźny, bo musiała się pochylić do telefonu: „Proszę pani, to nie tak, po prostu zawsze mamy napięty grafik, pani rozumie".
Proszę pani. Nie „mamo". Nie „Halino". Proszę pani. Jestem babcią jej dzieci i jestem „proszę pani".
- Rozumiem - powiedziałam. - Bardzo dobrze rozumiem.
I rozłączyłam się. Wiem, że to było może niegrzeczne. Może dziecinne. Ale nie miałam w sobie siły na więcej, bo gdybym powiedziała jeszcze jedno słowo, tobym się rozpłakała, a ja przed Tomkiem nie płaczę od pogrzebu Ryszarda.
Następnego dnia Tomek napisał SMS: „Mamo, przepraszam, pogadamy w weekend". Weekend minął. Nie przyjechali. Kuba też nie. Pierwszy raz od miesięcy sobota bez dzwonka do drzwi. Sprzątałam mieszkanie i omiotłam wieżę z kurzu, ostrożnie, klocek po klocku.
Koleżanka Bożena z parteru powiedziała mi, że przesadzam. „Halina, młodzi tak mają. Biegają, pracują, nie mają czasu siedzieć u matki przy serniczku. Ciesz się, że wnuka ci zostawiają." Może Bożena ma rację. Może powinnam być wdzięczna za tę wycieraczkę i kartkę z godzinami. Za to, że w ogóle przyjeżdżają.
Ale potem patrzę na tę wieżę. Na balkon z zielonego klocka. Na żółte piętro blisko słońca. I myślę, że Kuba buduje coś, czego sam jeszcze nie rozumie. Buduje dowód, że tu jest. Że ktoś z nim siada na podłodze i pomaga. Że jest miejsce, gdzie nie trzeba się śpieszyć.
Dzisiaj jest czwartek. Za dwa dni sobota. Nie wiem, czy zadzwonią. Nie wiem, czy powinnam zadzwonić pierwsza, przeprosić za to nagłe rozłączenie się, zaprosić na obiad jak dawniej, nastawić rosół od rana. A może powinnam nic nie robić. Może powinnam po prostu otworzyć drzwi, kiedy przyjdą, i powiedzieć: „Wejdźcie. Kuba chce wam coś pokazać".
Albo może powinnam przestać czekać przy tych drzwiach. Sama nie wiem. Wieża stoi w rogu pokoju i czeka razem ze mną.