Syn z córką nie odzywają się do siebie od podziału działki po ojcu - dwa lata. Na urodziny zaprosiłam oboje, żadnemu nie mówiąc o drugim. Weszli i zamarli w przedpokoju. „Obiad stygnie, kłótnia poczeka" - posadziłam ich jak w dzieciństwie, łokieć przy łokciu. Przy szarlotce ktoś pierwszy parsknął śmiechem.

Ale zanim opowiem, co było dalej, muszę cofnąć się do początku. Bo ta historia nie zaczęła się od działki. Działka była tylko zapałką. Stos suchego drewna zbierał się latami.

Mój mąż Tadeusz umarł trzy lata temu, w lutym, na rozległy zawał. Sześćdziesiąt osiem lat, całe życie na nogach - elektryk w zakładach na Żeraniu, potem własny warsztat, potem emeryt z działką ROD przy Kanale Żerańskim. Tę działkę kochał bardziej niż nasze mieszkanie na Bródnie. Chodził tam jak do pracy - o siódmej rano, z termos em i kanapkami. Hodował pomidory, które wygrywały w konkursach osiedlowych, i porzeczki, z których robiłam sok na zimę. Kiedy umarł, czterdziestoletnia altanka pachniała jeszcze jego papierosami.

Mam na imię Halina, w maju skończyłam sześćdziesiąt cztery lata. Całe życie przepracowałam w księgowości - najpierw w spółdzielni, potem w prywatnej firmie budowlanej, do emerytury. Mamy z Tadeuszem dwoje dzieci. Syn Grzegorz, czterdzieści jeden lat, kierowca w firmie transportowej, mieszka z żoną Agnieszką i dwójką dzieci na Białołęce. Córka Renata, trzydzieści osiem lat, fryzjerka, ma własny salon na Pradze i nastoletniego syna Kubę.

Jako dzieci byli nierozłączni. Grzegorz uczył Renatę jeździć na rowerze. Renata opatrywała mu kolana po meczach na boisku za blokiem. Kłócili się, jasne - o pilota do telewizora, o ostatni kawałek sernika - ale wieczorem i tak siedzieli łokieć przy łokciu na kanapie, oglądając ten sam film. Tadeusz patrzył na nich i mówił: „Halina, jak nas nie będzie, to oni się sobą zaopiekują." Wierzyłam mu.

Po pogrzebie Tadeusza przez kilka miesięcy było spokojnie. Wspólna żałoba, telefony, wspólne wizyty na cmentarzu. Problem zaczął się, gdy trzeba było zdecydować, co z działką. Grzegorz chciał ją przejąć - mówił, że ojciec go tam zabierał od małego, że nauczył go szczepić drzewka, że to miejsce jest „ich". Renata stwierdziła, że skoro działka ma wartość, to albo ją sprzedają i dzielą pieniądze po połowie, albo Grzegorz spłaca jej część. Kwota wcale nie była astronomiczna - jakieś czterdzieści tysięcy za całość. Ale Grzegorz nie miał dwudziestu na spłatę, a Renata właśnie remontowała salon i potrzebowała każdej złotówki.

Próbowałam rozmawiać z nimi osobno. „Grzegorz, może weź kredyt, spłacisz siostrę w ratach." Odpowiedział: „Mamo, ona nie potrzebuje tych pieniędzy na cito. Ona robi to ze złości, bo ojciec więcej czasu spędzał ze mną na działce." Poszłam do Renaty. „Córeczko, daj mu czas, odłóż pieniądze, dogadacie się." Renata zacisnęła usta: „Mamo, ja nie jestem gorsza, bo jestem córką, a nie synem. Tata miał dwoje dzieci."

I jedno, i drugie miało trochę racji. To było najgorsze.

Kłótnia wybuchła na dobre w maju, dwa lata temu, na imieninach Grzegorza. Renata przyszła, postawiła na stole butelkę wina i od progu zapytała: „No to co, bierzesz ten kredyt?" Grzegorz wstał od stołu. Agnieszka próbowała złapać go za rękaw. Renata powiedziała coś o ojcowskim faworyzowaniu, Grzegorz odpowiedział coś o chciwości. Nie pamiętam dokładnych słów, bo stałam w kuchni i miałam szum w uszach. Pamiętam za to, jak Renata trzasnęła drzwiami tak mocno, że z półki w przedpokoju spadł wazonik po Tadeuszowej matce. Nie stłukł się, ale ja wtedy pomyślałam: jeszcze chwila i stłucze się coś, czego nie da się skleić.

Od tamtego dnia - cisza. Dwoje moich dzieci mieszkało piętnaście minut jazdy od siebie i nie zamieniło ani słowa przez dwa lata. Na Wigilię przychodzili osobno - Grzegorz z rodziną dwudziestego trzeciego, Renata z Kubą dwudziestego czwartego. Robiłam dwa razy dwanaście potraw. Dwa razy nakrywałam do stołu. Dwa razy łamałam się opłatkiem i za każdym razem życzyłam tego samego - żeby się pogodzili.

Nie godzili się.

Działka stała pusta. Nikt jej nie przejął, nikt nie sprzedał, bo nie mogli dojść do porozumienia nawet przez prawnika. Pomidory Tadeusza zdziczały. Porzeczki zarosły trawą. Jak tam pojechałam w sierpniu ubiegłego roku, to usiadłam na ławce przy altance i płakałam jak dziecko. Nie nad działką. Nad tym, że Tadeusz się mylił. Że jak nas nie będzie - a jego już nie było - to oni się sobą nie zaopiekują.

Plan dojrzewał we mnie od zimy. Moje urodziny - osiemnasty maja. Zawsze świętowaliśmy rodzinnie: rosół, schabowy, szarlotka. Zadzwoniłam do Grzegorza w poniedziałek: „Synku, przyjdź w niedzielę na dwunastą, zrobiłam rosół." Zadzwoniłam do Renaty we wtorek: „Córeczko, wpadnij na obiad, będzie szarlotka z przepisu babci." Żadnemu nie powiedziałam o drugim. Kłamstwo? Może. Ale matka ma prawo zaprosić własne dzieci na własne urodziny.

W niedzielę od rana szykowałam obiad. Ręce mi się trzęsły, nie od starości - od nerwów. Nakryłam do stołu trzy nakrycia, blisko siebie, jak kiedyś przy naszym starym stole w tamtym mieszkaniu na Bródnie, kiedy dzieci były małe i musiały siedzieć ciasno, bo stół był za mały. Postawiłam wazonik - ten, który spadł z półki dwa lata temu. Włożyłam do niego bzy z balkonu.

Renata przyszła pierwsza, pięć po dwunastej. Zdjęła buty, pocałowała mnie, powiedziała: „Mamo, pachnie jak za dawnych lat." Chwilę później zadzwonił domofon. Otworzyłam. Grzegorz wszedł z bukietem tulipanów, zobaczył buty siostry w przedpokoju i stanął jak wryty. Za nim w drzwiach pojawiła się Renata, która wyszła sprawdzić, co to za dźwięk.

Stali naprzeciwko siebie. Grzegorz z tulipanami w ręku, Renata z ścierką, którą mi pomagała wytrzeć talerze. Widziałam, jak oboje szukają słów - i jak żadne ich nie znajduje. Cisza trwała może dziesięć sekund. Poczułam, że to najdłuższe dziesięć sekund mojego życia.

- Obiad stygnie, kłótnia poczeka - powiedziałam tym samym tonem, którym trzydzieści lat temu wołałam ich do stołu, kiedy kłócili się o pilota.

Nie czekałam na odpowiedź. Weszłam do kuchni, wzięłam garnek z rosołem. Usłyszałam, jak Grzegorz stawia tulipany na szafce w przedpokoju. Jak Renata odsuwa krzesło. Usiedli. Łokieć przy łokciu, jak wtedy.

Przez rosół rozmawiali ze mną, nie ze sobą. „Mamo, daj więcej makaronu." „Mamo, sól mi podaj." Jak dzieci, które boją się na siebie spojrzeć po bójce. Przy schabowym Grzegorz zapytał Renatę - patrząc w talerz - czy Kuba zdał już egzaminy. Renata odpowiedziała krótko, że zdał. I dodała - też patrząc w talerz - że słyszała, iż mała Zosia, córka Grzegorza, zaczęła chodzić na gimnastykę. „Chodzi" - potwierdził Grzegorz.

Podałam szarlotkę. Tę z przepisu mojej mamy, z kruszonką, którą Tadeusz uwielbiał. Krajałam ją i myślałam, że jeśli teraz ktoś wstanie i powie „ja już pójdę", to nie wiem, co zrobię.

Nikt nie wstał.

Grzegorz wziął kawałek, ugryzł i powiedział: „Renata, pamiętasz, jak tata ukradł cały blachę szarlotki z parapetu, zanim wystygła, i mówił, że to kot?" Renata nie odpowiedziała od razu. Widziałam, jak jej ramiona drgnęły. I wtedy parsknęła śmiechem. Grzegorz też. A ja stałam z nożem do ciasta i płakałam, ale cicho, żeby nie psuć tej chwili.

Śmiali się może minutę. Potem znów było cicho, ale to była inna cisza. Grzegorz odchrząknął. Powiedział: „Z tą działką to trzeba coś zrobić, bo już tam chwasty po kolana." Renata pokiwała głową. „Trzeba" - zgodziła się.

Nie ustalili niczego konkretnego. Nie padło słowo „przepraszam". Nikt nie rzucił się nikomu w ramiona. Grzegorz wyszedł pierwszy, Renata dwadzieścia minut później. W drzwiach córka odwróciła się i powiedziała: „Mamo, wiem, co zrobiłaś." Nie wyglądała na złą. Nie wyglądała też na wdzięczną. Wyglądała na zmęczoną.

Zmywałam naczynia i myślałam o tym, że nie wiem, czy się pogodzą. Że może jutro Grzegorz zadzwoni do Renaty, a może nie zadzwoni. Że może znów minie rok, zanim usiądą przy jednym stole. Ale pomyślałam też o czymś innym - że miałam prawo ich oszukać, czy nie miałam? Że może dorośle dzieci mają prawo do swojej kłótni, swojego bólu, swojego tempa. A może matka ma prawo powiedzieć: dość.

Wazonik po Tadeuszowej matce stał na stole, bzy już trochę opadały. Wytarłam ręce, wzięłam telefon i zobaczyłam, że Grzegorz wysłał mi zdjęcie - talerz po szarlotce, pusty do czysta, i podpis: „Jak u taty." Od Renaty nic. Ale to nic nie musiało nic znaczyć.

Albo znaczyło wszystko.