Pan Henryk z chóru zaprosił mnie do kina, a w domu czekała już komisja: syn, córka i zięć przy stole. „Mamo, musimy wiedzieć, jakie on ma zamiary". Ostatni raz słyszałam to pytanie od ojca, w wieku szesnastu lat. Wtedy się nie bałam - teraz też nie.

Stałam w przedpokoju z torebką w ręku, w nowej bluzce, którą kupiłam na promocji w Reserved - zielonej, bo Henryk kiedyś powiedział, że ładnie mi w zielonym. Buty założone, perfumy psiknięte. A oni siedzieli przy kuchennym stole jak trybunał. Marek - mój syn, czterdzieści lat, kierowca TIR-a, który w domu bywa co drugi tydzień - z rękami splecionymi na piersi. Ania - córka, trzydzieści osiem lat, troje dzieci, wszystko zawsze pod kontrolą. I Darek, jej mąż, zięć, który chyba wolałby być gdziekolwiek indziej, bo patrzył w telefon i unikał mojego wzroku.

- Siadaj, mamo - powiedział Marek tonem, którego używał, gdy tłumaczył mi coś o ubezpieczeniu samochodu.

- Nie siądę. Film zaczyna się o osiemnastej trzydzieści, a tramwajem jadę dwadzieścia minut.

- Jaki film? - Ania nachyliła się nad stołem. - Mamo, my nie o film pytamy.

Wiedziałam, o co pytają. Wiedziałam, odkąd trzy tygodnie temu Ania wpadła po klucze do piwnicy i zobaczyła na lodówce karteczkę: „Bożenko, czekam przy fontannie o 10. H." Karteczka była głupia, wiem. Jak z liceum. Ale Henryk jest z pokolenia, które pisze karteczki, a nie SMS-y, i właśnie za to go lubię.

Mój mąż, Tadeusz, odszedł siedem lat temu. Nie odszedł ode mnie - odszedł ze świata. Rak trzustki, cztery miesiące od diagnozy do pogrzebu. Byliśmy małżeństwem trzydzieści dziewięć lat. Nie powiem, że idealnym, bo kto ma idealne małżeństwo? Tadeusz był dobrym człowiekiem, ale milczącym. Przez ostatnie dziesięć lat naszego związku rozmawialiśmy głównie o rachunkach, o dzieciach i o tym, że kran w łazience znowu cieknie. Kochałam go. Ale kiedy umarł, zorientowałam się, że cisza, do której się przyzwyczaiłam, zamieniła się w pustkę zupełnie innego rodzaju.

Pierwsze trzy lata były trudne. Emerytka z Bielan, sześćdziesiąt jeden lat, blok z wielkiej płyty, mieszkanie, w którym wszystko pachniało Tadeuszem - jego marynarka na wieszaku, jego kubek z napisem „Najlepszy Tata", jego kapcie pod łóżkiem. Nie ruszałam tych rzeczy. Chodziłam do kościoła, robiłam na drutach, pilnowałam wnuków. Byłam dokładnie taką matką i babcią, jakiej ode mnie oczekiwano.

Do chóru parafialnego zapisałam się cztery lata temu, bo Lucyna z trzeciego piętra powiedziała, że potrzebują altów. Śpiewałam kiedyś w szkolnym zespole, więc pomyślałam - czemu nie. I tam poznałam Henryka. Emerytowany elektryk, sześćdziesiąt siedem lat, wdowiec od pięciu. Niski, łysiejący, z wąsem, który nosił chyba od czasów Gierka. Nic szczególnego na pierwszy rzut oka. Ale miał coś, czego Tadeusz nigdy nie miał - mówił. Mówił dużo, ciepło i do rzeczy. Pytał, co czytam. Przynosił mi herbatę na próby. Pamiętał, że nie jem orzechów.

Przez dwa lata byliśmy po prostu znajomymi z chóru. Potem zaczęliśmy chodzić razem na spacery po próbach. Potem na kawę do tej cukierni na Słodowca. A potem Henryk powiedział: „Bożenko, może poszlibyśmy do kina? Grają ten nowy film z Lindhą, podobno niezły." I ja powiedziałam tak.

Nie spodziewałam się, że to „tak" wywoła trzęsienie ziemi.

- Mamo, my się po prostu martwimy - Ania złagodziła ton, co oznaczało, że przeszła do fazy drugiej: racjonalnej perswazji. - Nic o nim nie wiemy. Nie wiemy, czy on ma dzieci, czy ma długi, czy…

- Ma dwóch synów. Jeden w Gdańsku, drugi w Anglii. Nie ma długów. Ma działkę na ROD przy Wisłostradzie i rower, którym jeździ codziennie. Jest zdrowy, nie pije i nie pali od piętnastu lat. Wystarczy?

Marek odchrząknął.

- A jakie ma zamiary wobec ciebie?

Zamiary. To słowo mnie rozbroiło. Prawie się roześmiałam, ale się powstrzymałam, bo wiedziałam, że to by ich zraniło.

- Marek, mam sześćdziesiąt osiem lat. Henryk ma sześćdziesiąt siedem. Idziemy do kina, nie planujemy ucieczki do Meksyku.

- Ale to się może rozwinąć - wtrącił Darek i natychmiast tego pożałował, bo Ania rzuciła mu spojrzenie, które mogłoby zamrozić rosół w garnku.

Zapanowała cisza. Ta cisza, którą znałam aż za dobrze - cisza ludzi, którzy chcą powiedzieć coś trudnego i szukają słów.

Ania znalazła je pierwsza.

- Mamo, tata umarł siedem lat temu. A ty zapraszasz obcego mężczyznę do swojego życia. Do naszego życia. Czy nie mogłabyś… poczekać?

- Na co, Aniu? - zapytałam cicho.

Nie odpowiedziała. Bo odpowiedź byłaby okrutna, gdyby ją wypowiedzieć na głos: poczekać, aż będę za stara, za słaba, za zmęczona, żeby w ogóle chcieć iść do kina z kimkolwiek.

Usiadłam. Nie dlatego, że się poddałam. Usiadłam, bo chciałam, żeby mnie usłyszeli, a nie tylko zobaczyli matkę, która się spieszy do wyjścia.

- Kochałam waszego ojca - powiedziałam. - Kocham go dalej. Jego kubek stoi na półce, jego zdjęcie w ramce nad telewizorem, co roku w listopadzie idę na cmentarz i stoję tam godzinę, nawet jak pada. Ale Tadeusz nie wróci. A ja jeszcze jestem.

Marek patrzył w blat stołu. Ania miała szklane oczy. Darek dalej wpatrywał się w telefon, ale wyłączył ekran.

- Henryk jest dobrym człowiekiem - dodałam. - Ale nawet gdyby nie był - to moja sprawa. Tak jak wasz ojciec był moją sprawą. Tak jak każda decyzja, którą podejmowałam przez sześćdziesiąt osiem lat. Pozwólcie mi na tę jedną więcej.

Wstałam. Poprawiłam bluzkę. Wzięłam torebkę.


- Wrócę przed dziesiątą - powiedziałam z uśmiechem, którego nauczyłam się od Tadeusza: spokojnym, nieodwołalnym.

W tramwaju jechałam i myślałam o ojcu. O tamtym wieczorze, kiedy miałam szesnaście lat i Zbyszek Kowalczyk przyszedł mnie zabrać na zabawę szkolną. Ojciec usadził go na krześle w kuchni i zadawał pytania przez dwadzieścia minut. Zbyszek się pocił i jąkał. Ja stałam w drzwiach i nie bałam się ani przez sekundę, bo wiedziałam, że chcę iść na tę zabawę, i poszłam.

Teraz jest dokładnie tak samo. I zupełnie inaczej.

Bo tamtego wieczoru wróciłam do domu, gdzie czekał ojciec z herbatą. A dziś? Dziś nie wiem, do kogo wrócę. Do pustego mieszkania z kubkiem Tadeusza na półce? Do dzieci, które może zrozumieją, a może nie? Czy do czegoś zupełnie nowego, czego jeszcze nie potrafię nazwać?

Henryk czekał przed kinem z dwoma biletami w ręku i tym swoim wąsem z czasów Gierka. Uśmiechnął się, kiedy mnie zobaczył.

- Bożenko, myślałem, że nie przyjdziesz.

- Ja też przez chwilę tak myślałam - odpowiedziałam.

Weszliśmy do środka. Światła zgasły. Film się zaczął. A ja siedziałam w ciemnej sali kinowej obok mężczyzny, który nie był moim mężem, i czułam jednocześnie spokój i strach - tak jak wtedy, w wieku szesnastu lat, tyle że teraz stawka była wyższa. Bo w szesnastu latach ma się czas na błędy. W sześćdziesięciu ośmiu - już nie wiadomo.