Szukałam w internecie porady na bezsenność i trafiłam na forum „mamy dorosłych dzieci". Jeden wpis znałam aż za dobrze: opisane moje mieszkanie, mój artretyzm, moje przyzwyczajenia. Podpis: „córka na skraju". Pod spodem trzydzieści komentarzy, jak „grzecznie" przenieść matkę do ośrodka.

Przeczytałam to o drugiej w nocy, przy herbacie z melisy, która dawno wystygła. Laptop stał na kuchennym stole, obok leżał blister z ibuprofenem, bo kolana znów nie dawały spokoju. Czytałam raz, drugi, trzeci. Sprawdzałam szczegóły jak detektyw. „Matka trzyma w łazience sześć ręczników, bo boi się, że zabraknie." Sześć. Dokładnie tyle wisi u mnie na kaloryferze. „Gotuje rosół w każdy wtorek, nawet jak nikt nie przyjdzie go jeść." Wtorek. Mój wtorek. Mój rosół.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech lat mieszkam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Gocławiu, w bloku, który pamięta Gierka. Mąż Zbyszek odszedł pięć lat temu - nie od kobiety, nie od kłótni - od zawału, na przystanku autobusowym, wracając z działki. Zostałam z dwoma dorosłymi córkami. Starsza, Agnieszka, mieszka w Poznaniu z mężem i dwójką dzieci. Młodsza, Kasia, tu w Warszawie, dwadzieścia minut autobusem. To Kasia napisała ten wpis. Poznałam ją po sposobie, w jaki opisywała moje przyzwyczajenia - z taką precyzją, z jaką tylko ona potrafiła obserwować, jeszcze od małego.

Siedziałam w tej kuchni i czułam, jak coś we mnie twardnieje. Nie płakałam. Powinnam chyba płakać, ale nie płakałam. Przewijałam komentarze. „Musisz postawić granice." „Twoje zdrowie psychiczne jest ważniejsze." „Ja swoją przeniosłam do DPS-u i dopiero wtedy odżyłam." Trzydzieści odpowiedzi i ani jedna - ani jedna - nie napisała: porozmawiaj z matką.

Zamknęłam laptopa. Potem go otworzyłam. Potem znów zamknęłam.

Kasia przyjeżdża do mnie co sobotę. Przywozi zakupy, które zamawiam telefonicznie - bo niby mogę sama chodzić do Biedronki, ale ona mówi, że jej po drodze. Pomaga mi posortować leki na tydzień, bo tych tabletek jest już tyle, że sama się gubię. Czasem zostaje na obiad, czasem nie. Kiedy zostaje, siedzimy w dużym pokoju, ona na fotelu Zbyszka, ja na kanapie, i oglądamy coś na jej telefonie, podłączonym do telewizora kablem.

Myślałam, że to jej sprawia przyjemność. Że lubi te soboty. Że jak przynosi mi maść na stawy i mówi „mamo, nacieraj dwa razy dziennie, nie raz", to dlatego, że jej na mnie zależy. A może jej zależy - i jednocześnie jest na skraju? Tego nie umiałam pogodzić w głowie.

Na forum Kasia pisała, że nie śpi. Że budzi się w nocy i myśli o moim mieszkaniu - czy nie zostawiłam włączonej kuchenki, czy zamknęłam drzwi, czy nie przewróciłam się w łazience. Pisała, że jej partner, Damian, mówi, że „to nie jest normalne, że dorosła kobieta żyje życiem swojej matki". Pisała, że ostatnio zaczęła brać leki na lęk. I że czasem, kiedy dzwonię do niej wieczorem, patrzy na wyświetlacz i nie odbiera, a potem ma wyrzuty sumienia do trzeciej w nocy.

Tej nocy nie spałam wcale. Leżałam w ciemności, słuchałam, jak tyka zegar w przedpokoju - ten sam, który Zbyszek powiesił trzydzieści lat temu - i liczyłam, ile razy w tygodniu dzwonię do Kasi. Poniedziałek rano - czy dojechała do pracy. Wtorek wieczorem - żeby powiedzieć, że zrobiłam rosół. Środa - bo zapomniałam zapytać o coś we wtorek. Czwartek - bo boli mnie kolano i muszę komuś powiedzieć. Piątek - bo jutro przyjeżdża. Sobota i niedziela - i tak się widzimy albo piszemy. Siedem dni. Codziennie. Poczułam coś dziwnego. Jakby zobaczyła siebie z góry i nie spodobało mi się to, co widzę.

Rano zadzwoniłam do Agnieszki. Ona żyje swoim życiem w Poznaniu, dzwoni raz w tygodniu, w niedzielę o dwunastej. Podniosła po trzecim sygnale.

- Cześć, mamo, wszystko dobrze? Dzwonisz w czwartek, to się martwię.

- A kiedy ostatnio rozmawiałaś z Kasią? - zapytałam prosto.

Cisza. Potem westchnienie.

- Mamo, o co chodzi?

- Odpowiedz mi. Kiedy?

- W zeszłym tygodniu. Pisałyśmy na WhatsAppie. Mamo, co się stało?

- Wiedziałaś, że ona bierze leki? Na nerwy?

Dłuższa cisza.

- Mamo... skąd ty to wiesz?

Więc Agnieszka wiedziała. Wiedziała i nic mi nie powiedziała. Bo - jak to ujęła, kiedy w końcu zaczęła mówić pełnymi zdaniami - „Kasia prosiła, żeby ci nie mówić, bo będziesz się zamartwiać i będzie jeszcze gorzej". Jeszcze gorzej. To słowo - gorzej - kręciło mi się w głowie jak bąk na sznurku.

- Agnieszka - powiedziałam - czy wy uważacie, że powinnam zamieszkać w jakimś ośrodku?

- Mamo, skąd to pytanie? Nikt tak nie mówi.

Ale powiedziała to za szybko. Za gładko. Jak ktoś, kto ćwiczył odpowiedź.

Przez następne trzy dni nie zadzwoniłam do Kasi. Ani razu. W poniedziałek ręce same sięgały po telefon - powstrzymałam się. We wtorek ugotowałam rosół i zjadłam go sama, patrząc na puste krzesło naprzeciwko. W środę wieczorem to Kasia zadzwoniła.

- Mamo? Wszystko okay? Nie dzwoniłaś.

- A co, martwisz się? - Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. Zabrzmiało.

- No... tak. Martwiłam się. Mamo, co jest?

Siedziałam na kanapie. W telewizji leciał teleturniej, z którego ściszyłam dźwięk. Na stoliku stała filiżanka po herbacie, obok notes z listą zakupów na sobotę. Miałam powiedzieć: wiem, co napisałaś. Czytałam każde słowo. Ale nie powiedziałam. Zamiast tego usłyszałam swój głos, jakby z boku:

- Kasiu, chciałam ci powiedzieć, że zapisałam się na te zajęcia w domu kultury. Na gimnastykę dla seniorów. W poniedziałki i czwartki.

- Naprawdę? - Zdziwienie w jej głosie było tak wyraźne, że prawie mnie zabolało. - To... super, mamo.

- I pomyślałam, że w sobotę nie musisz przyjeżdżać. Dam sobie radę z zakupami.

Cisza. Trzy sekundy, może cztery.

- Na pewno?

- Na pewno.

Rozłączyłam się i długo patrzyłam w ścianę. Na ścianie wisiało zdjęcie Kasi z komunii - biała sukienka, wianek, poważna mina ośmiolatki. Obok zdjęcie ślubne moje i Zbyszka. Obok nic - puste miejsce, gdzie kiedyś wisiał kalendarz, który zapomniałam wymienić.

Na gimnastykę naprawdę się zapisałam. Następnego dnia rano. Pani w sekretariacie domu kultury na Saskiej Kępie spojrzała na mnie z uśmiechem i powiedziała: „Proszę przynieść zaświadczenie od lekarza, że może pani ćwiczyć." Kolejna rzecz do załatwienia. Kolejny powód, żeby nie dzwonić do Kasi z prośbą o pomoc, tylko pójść samej.

Tamtego wpisu na forum nie skasowano. Sprawdziłam. Kasia napisała jeszcze jeden komentarz, trzy dni po moim telefonie. „Mama się zapisała na gimnastykę. Nie wiem, co się zmieniło. Boję się, że to potrwa tydzień i wróci do starych nawyków. Ale po raz pierwszy od roku nie obudziłam się w nocy z myślą o niej."

Przeczytałam to i zamknęłam laptopa. Tym razem na dłużej. Ale nie na zawsze - bo wiedziałam, że wrócę sprawdzić, czy napisała coś jeszcze. I nie byłam pewna, czy robię to dla niej, czy dla siebie.