Syn z synową zostawili u mnie teczkę z papierami. W środku znalazłam wyliczenie: koszt miejsca w domu opieki i moja emerytura rozpisana co do złotówki na jego pokrycie. Na marginesie dopisek: „starczy z zapasem".

Teczkę zostawili w piątek, po obiedzie. Grzegorz powiedział, że muszą lecieć, bo Kacper ma trening, a Ola jakiś kurs angielskiego. Synowa - Patrycja - pocałowała mnie w policzek i powiedziała: „Mamo, tu są papiery do przejrzenia, porozmawiamy w przyszłym tygodniu, dobrze?". Wzięłam to za dokumenty ubezpieczeniowe, bo Grzegorz pomagał mi niedawno z polisą. Otworzyłam dopiero wieczorem, przy herbacie, kiedy skończyłam podlewać begonie na balkonie.

Pierwsza kartka wyglądała jak wydruk z Excela. Tabelka. W lewej kolumnie: „opłata miesięczna", „wyżywienie", „opieka pielęgniarska", „środki higieniczne", „dodatkowe". W prawej - kwoty. Na dole podsumowanie: cztery tysiące osiemset siedemdziesiąt złotych. Pod spodem druga tabelka: moja emerytura z ZUS - trzy tysiące dziewięćset czterdzieści dwa złote, oraz „dopłata z wynajmu mieszkania" - tysiąc dwieście. I ten dopisek, odręczny, pismem Patrycji, schludnym i równym jak zawsze: „starczy z zapasem".

Czytałam to trzy razy. Za pierwszym nie zrozumiałam. Za drugim zrozumiałam, ale pomyślałam, że się mylę. Za trzecim odłożyłam kartki na stół, a ręce mi się trzęsły tak, że rozlałam herbatę na obrus. Ten obrus sama haftowałam dwadzieścia lat temu, kiedy jeszcze miałam dobre oczy i cierpliwość do krzyżykowego ściegu.

Mam sześćdziesiąt osiem lat. Na imię mi Halina. Przez trzydzieści sześć lat pracowałam jako księgowa - najpierw w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, potem w firmie budowlanej na Ratajach. Wychowałam dwóch synów: Grzegorza i Marcina. Marcin od dziesięciu lat mieszka w Irlandii, dzwoni raz w miesiącu, na Wigilię przysyła paczkę. Grzegorz został, mieszka z Patrycją i dwójką dzieci piętnaście minut ode mnie, na Winogradach. To on mi pomagał, kiedy cztery lata temu umarł Tadeusz - mój mąż, ojciec chłopaków. To Grzegorz załatwiał pogrzeb, papiery w ZUS-ie, przepisanie rachunków. Myślałam, że jesteśmy blisko.

Tego wieczoru nie spałam. Siedziałam w fotelu Tadeusza - tym bordowym, z wytartymi podłokietnikami, który synowa od lat chciała wyrzucić - i patrzyłam na te kartki rozłożone na stoliku. Wynajem mieszkania. Mojego mieszkania. Tego, w którym siedzę. Tego, w którym Grzegorz stawiał pierwsze kroki, w którym Marcin złamał sobie rękę, spadając z szafy, w którym Tadeusz umarł cicho we śnie pewnej lutowej nocy.

Oni już wszystko policzyli. Policzyli moje życie co do złotówki i wyszło im, że starczy z zapasem.

W sobotę rano zadzwoniłam do Grzegorza. Odebrał po piątym sygnale.

- Mamo, co jest? Wszystko w porządku?

- Otworzyłam tę teczkę - powiedziałam. Cisza. Słyszałam w tle Kacpra, który krzyczał coś o tabletle.

- Mamo, to jest dopiero wstępne rozeznanie. Patrycja sprawdziła kilka miejsc, żebyśmy mieli opcje. Na wszelki wypadek. Nikt nie mówi, że teraz.
- Na jaki wypadek, Grzegorz?

- No... gdyby ci się pogorszyło. Gdybyś potrzebowała opieki. Nie chcieliśmy, żebyś się denerwowała, dlatego Patrycja powiedziała, że porozmawiamy w przyszłym tygodniu.

- A wynajem mojego mieszkania to też na wszelki wypadek?

Znowu cisza. Dłuższa.

- Mamo, to są tylko wyliczenia. Żebyśmy wiedzieli, czy finansowo by się spinało. Bez emocji.

Bez emocji. Mój syn powiedział mi „bez emocji", kiedy w tabelce obok mojej emerytury stał koszt pielęgniarki na wypadek, gdybym nie mogła sama wstać z łóżka.

Odłożyłam słuchawkę i poszłam do kuchni zrobić sobie jajecznicę, bo tak mi powiedział kiedyś Tadeusz - jak nie wiesz, co robić, zrób sobie coś do jedzenia. Stałam nad patelnią i myślałam o tym, jak trzy lata temu, kiedy miałam zapalenie płuc i leżałam tydzień w łóżku, to Grzegorz przywoził mi obiady. Patrycja dzwoniła codziennie. Wnuki rysowały laurki. A teraz co? Teraz jest tabelka.

W poniedziałek pojechałam na Winogrady. Nie zadzwoniłam wcześniej. Chciałam zobaczyć ich twarze, kiedy stanę w drzwiach z tą teczką w ręce.

Otworzyła Patrycja. W dżinsach, boso, z mokrymi włosami - pewnie prysznic. Zobaczyła teczkę i na sekundę znieruchomiała.

- Mamo, wejdź. Zrobię kawę.

- Nie chcę kawy. Chcę wiedzieć, od kiedy o tym rozmawiacie.

Usiadłyśmy w kuchni. Patrycja miała taką minę, jaką ma człowiek przyłapany na czymś, o czym myślał, że to jeszcze nie istnieje, bo nie zostało powiedziane na głos. Grzegorza nie było - pojechał do pracy.

- Mamo, to nie jest tak, jak pani myśli - zaczęła, i momentalnie się poprawiła: - Jak myślisz. Grzegorz się martwi. Po tym, jak w styczniu zemdlałaś w sklepie...

- Ciśnienie mi skoczyło. Raz. Jeden raz.

- ...i po tym, jak lekarz powiedział, że powinnaś mieć kogoś pod ręką. My pracujemy, dzieci mają szkołę, nie jesteśmy w stanie być u ciebie codziennie. Grzegorz leży z tym od miesięcy. Nie śpi. Mnie zapytał, czy mogę poszukać opcji. To ja znalazłam te miejsca. To ja zrobiłam tę tabelkę.

Patrzyłam na nią i widziałam, że nie kłamie. Widziałam też, że nie rozumie - albo nie chce rozumieć - co znaczy znaleźć taką tabelkę w teczce zostawionej jakby nigdy nic, między obiadem a treningiem Kacpra.

- Napisałaś „starczy z zapasem" - powiedziałam cicho.

Patrycja spuściła wzrok.

- To był komentarz dla Grzegorza. Żeby wiedział, że finansowo to nie będzie problem. Że nie musi się tym dodatkowo stresować.

- A mną? Mną się stresuje?

Nie odpowiedziała od razu. Nalała mi kawy, chociaż powiedziałam, że nie chcę. Postawiła przede mną kubek - ten z nadrukiem „Najlepsza babcia na świecie", który wnuczka kupiła mi na Dzień Babci.

- Mamo, on cię kocha. Ale jest przerażony, że coś ci się stanie, a on nie zdąży.

Wróciłam do domu z tą teczką. Nie oddałam jej. Położyłam na półce w przedpokoju, obok zdjęcia z komunii Grzegorza - tego, na którym stoi w białej koszuli, trzymając mnie za rękę.

Minęły dwa tygodnie. Grzegorz dzwoni codziennie, czego wcześniej nie robił. Pyta, co jadłam, czy wzięłam leki, czy nie chcę, żeby wpadł wieczorem. Ani razu nie wspomniał o teczce. Ja też nie.

Wczoraj w nocy nie mogłam zasnąć i wyjęłam te kartki jeszcze raz. Czytałam je teraz inaczej - spokojniej, ale z takim dziwnym chłodem, jakby dotyczyły kogoś obcego. I złapałam się na tym, że przeliczam: jeśli wynajmą moje mieszkanie za tysiąc dwieście, to ile zostanie Grzegorzowi po opłaceniu tego domu opieki? Liczyłam jak księgowa. Jak przez trzydzieści sześć lat. Wyszło mi, że faktycznie - starczy z zapasem.

Tylko nie wiem, dla kogo ten zapas jest ważniejszy. Dla mnie czy dla nich.

I nie wiem, czy chcę to wiedzieć.