
Zgubiłam się na targu i jakiś chłopak nagrał, jak pytam ludzi o drogę. Film obejrzało pół miasta. Córka zadzwoniła po dwóch dniach - nie zapytać, czy nic mi nie jest, tylko: „Mamo, jak ty nas kompromitujesz."
Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Trzymałam telefon przy uchu i patrzyłam na doniczkę z bazylią na parapecie - tę samą, którą Ania mi podarowała na Dzień Matki dwa lata temu, mówiąc „mamo, hoduj sobie coś żywego, to ci będzie weselej". Bazylia dawno uschła, ale doniczkę trzymałam. I właśnie wtedy, słuchając głosu córki, pomyślałam, że ta doniczka mówi o naszej relacji więcej niż wszystkie jej telefony z ostatnich lat.
Ale zacznę od początku, bo bez tego nic nie ma sensu.
Nazywam się Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od czterdziestu mieszkam we Wrocławiu. Przyjechałam tu z mężem Andrzejem zaraz po ślubie, on dostał pracę w zajezdni tramwajowej, ja trafiłam do księgowości w spółdzielni mieszkaniowej na Kozanowie. I tak już zostało - blok, trzecie piętro, widok na skwer z jednym klonem i ławką, na której od zawsze siedzą ci sami emeryci. Andrzej odszedł pięć lat temu. Nie od nas - odszedł w ogóle. Rak płuc, sześć miesięcy od diagnozy. Ania miała wtedy trzydzieści lat i była w ciąży z Olkiem. Na pogrzeb przyjechała z Poznania, gdzie mieszka z mężem Damianem. Została trzy dni. Wystarczyło.
Nie żeby wcześniej było dużo lepiej. Ania od liceum trzymała dystans. Studencki Poznań, potem praca w jakiejś firmie od marketingu, Damian z dobrej rodziny - lekarze, prawnik, ktoś w radzie nadzorczej czegoś tam. Widziałam, jak córka się przy nich prostuje, jak zmienia akcent, jak mówi „weekend" zamiast „sobota-niedziela". Na ślubie usłyszałam, jak tłumaczy teściowej: „Mama jest z prostej rodziny, ale ma dobre serce." Jakby przepraszała za mnie.
Do targu wracam co sobotę. Nie do marketu, do normalnego targu na Kłokoczycach, gdzie pani Halina ma jajka od swoich kur, pan Zbyszek sprzedaje miody, a przy wejściu stoi Wietnamczyk z najtańszymi skarpetkami we Wrocławiu. Lubię ten targ. Znam go od dwudziestu lat. Ale w tamtą sobotę coś się zmieniło - przenieśli połowę straganów, bo zaczęli remont nawierzchni. I nagle wszystko wyglądało inaczej.
Chodziłam między straganami z torbą w ręku, szukając wyjścia na Grabiszyńską. Normalnie bym trafiła z zamkniętymi oczami, ale z tą nową konfiguracją - płoty, bariery, objazdy - kręciłam się w kółko. Podeszłam do kobiety sprzedającej truskawki. „Przepraszam, jak dojść na Grabiszyńską?" Ta machnęła ręką w lewo. Poszłam w lewo, trafiłam na płot. Wróciłam. Zapytałam chłopaka w czapce z daszkiem. Ten powiedział: „Prosto i w prawo." Poszłam prosto, skręciłam w prawo - i byłam z powrotem przy truskawkach.
To wtedy ktoś zaczął nagrywać. Nie widziałam tego. Byłam skupiona na tym, żeby wrócić do domu, bo bolały mnie nogi i chciałam usiąść. Pytałam kolejnych ludzi, pewnie wyglądałam zabawnie - sześćdziesięciotrzyletnia kobieta z torbą pełną jabłek, kręcąca się w kółko między straganami z mizerną orientacją w przestrzeni. Ale nie było mi do śmiechu. Byłam zmęczona, zdenerwowana i czułam się głupio.
Film trafił na jakąś lokalną grupę na Facebooku. „Babcia kontra targ - kto wygra?" - tak to zatytułowali. Ktoś dodał muzykę, taką cyrkową. Ktoś inny wrzucił na TikToka. W poniedziałek rano zadzwoniła do mnie Lucyna z parteru: „Bożena, widziałaś? Jesteś w internecie!" Nie widziałam. Lucyna przyszła z telefonem i pokazała.
Obejrzałam ten film trzy razy. Za pierwszym nie byłam pewna, że to ja - kamera była daleko, obraz się trząsł. Za drugim rozpoznałam swoją bluzkę, tę w maki. Za trzecim zobaczyłam, jak pytam kolejną osobę o drogę i jak ta osoba wzrusza ramionami, a ja stoję z opuszczonymi rękami. Ktoś w komentarzach napisał: „Ale żenada xD". Ktoś inny: „Masakra, ja bym umarł ze wstydu." Były też komentarze miłe - „pomóżcie babci", „współczuję", „ja się tam też kiedyś zgubiłam" - ale te pierwsze bolały bardziej.
Lucyna powiedziała: „Olej to, ludzie są głupi." Pokiwałam głową. Zrobiłam herbatę. Nie zadzwoniłam do Ani, bo nie chciałam jej martwić. To znaczy - tak sobie wytłumaczyłam. Prawda była taka, że wiedziałam, jak zareaguje.
I nie pomyliłam się.
Zadzwoniła w poniedziałek wieczorem. Damian najwyraźniej zobaczył film, bo ktoś mu przesłał - „Wrocław, to nie jest matka twojej żony?". Ania nie zapytała: „Mamo, co się stało?". Nie zapytała: „Mamo, dobrze się czujesz?". Nie zapytała nawet: „Mamo, kto to nagrał, może da się usunąć?". Powiedziała dokładnie to, czego się bałam.
- Mamo, jak ty nas kompromitujesz.
Cisza. Słyszałam jej oddech w słuchawce. Wreszcie dodała:
- Teściowa Damiana to widziała. Pytała, czy masz problemy z głową. Wiesz, jak to wygląda?
- Jak wygląda co? - zapytałam cicho.
- No to! Kręcisz się po targu jak zagubiona, pytasz obcych ludzi, wyglądasz na... no, niedomagającą. Ludzie sobie pomyślą, że masz demencję albo coś.
- Zgubiłam się na targu, Aniu. Przenieśli stragany. To może się każdemu przydarzyć.
- Ale nie każdemu nagrywają to i wrzucają do sieci! I nie każdy wygląda przy tym tak... bezradnie.
Chciałam powiedzieć dużo rzeczy. Że bezradność nie jest wstydem. Że mam prawo się zgubić - na targu, w życiu, gdziekolwiek. Że przez pięć lat od śmierci Andrzeja radziłam sobie sama - z rachunkami, z cieknącym kranem, z samotnością, z ZUS-em, z kolejkami do lekarza, z pustymi wieczorami - i ani razu nie zadzwoniłam do niej z płaczem. Chciałam zapytać, kiedy ostatni raz spytała, jak się czuję. Naprawdę spytała, nie grzecznościowo między dwoma tematami o Olku.
Ale powiedziałam tylko: „Przepraszam, że ci napsuliśmy wieczór." I się rozłączyłam.
Potem siedziałam na kanapie i piłam herbatę z cytryną. Telewizor milczał. Zegar tykał. Za oknem ktoś wyprowadzał psa. Normalna poniedziałkowa noc w bloku na Kozanowie.
Minął tydzień. Film dalej krążył, ale coraz mniej ludzi go komentowało. Internet zapomina szybko - już w czwartek ktoś wrzucił nagranie gołębia, który wszedł do Biedronki, i to przejęło uwagę Wrocławia. Ania nie zadzwoniła.
W sobotę poszłam na targ. Na ten sam. Pani Halina powiedziała: „O, gwiazda przyszła!", ale się uśmiechała ciepło, nie złośliwie. Pan Zbyszek dał mi słoik miodu gratis - „za promocję targowiska". Kupiłam truskawki, jajka i te skarpetki od Wietnamczyka. I trafiłam na Grabiszyńską bez problemu, bo zapamiętałam nowy układ.
W niedzielę wieczorem wzięłam telefon. Przez dwadzieścia minut trzymałam go w ręku, patrząc na kontakt „Ania córka" z sercem obok. Potem schowałam telefon do szuflady. Nie dlatego, że byłam zła. Nie dlatego, że chciałam ją ukarać milczeniem. Po prostu pomyślałam - może tym razem niech to ona zadzwoni pierwsza. Nie dlatego, że widziała mnie pół miasta. Tylko dlatego, że jestem jej matką.
Jest środa. Telefon milczy. A ja co rano podlewam tę pustą doniczkę po bazylii i zastanawiam się, czy posadzić w niej coś nowego.