Odkąd młodzi mieszkają u mnie „przejściowo", koleżanki przestały wpadać na czwartkowe kawy. W środę Irena wyznała mi czemu: synowa powiedziała jej na klatce, że „mama nie ma już siły na gości, prosimy nie męczyć". Siłę mam. Nie mam tylko własnego progu. Kawy przeniosłyśmy do Ireny - tymczasowo.

To słowo - „tymczasowo" - od ośmiu miesięcy odmieniam przez wszystkie przypadki. Tymczasowo oddałam młodym swój pokój, bo ich jest większy i lepiej się nadaje na sypialnię z dziecięcym łóżeczkiem. Tymczasowo przeniosłam się na kanapę w salonie, bo przecież mały Kacperek potrzebuje spokoju. Tymczasowo przestałam zapraszać Irenę, Bożenę i Halinę, bo Patrycja - synowa - powiedziała, że hałas przeszkadza dziecku. A teraz tymczasowo nie mam już prawa otworzyć własnych drzwi i powiedzieć „wchodźcie, dziewczyny, woda się zagotowała".

Mam na imię Grażyna, mam sześćdziesiąt dwa lata i czterdzieści z nich spędziłam w tym samym mieszkaniu na trzecim piętrze bloku przy Żytniej we Wrocławiu. Trzypokojowe, z balkonem na południe, z widokiem na kasztanowiec, który posadzili jeszcze w latach osiemdziesiątych. To tutaj Tomek, mój syn, postawił pierwsze kroki. Tutaj umarł mój Ryszard, siedem lat temu, w tym samym pokoju, który teraz zajmują młodzi. I tutaj, w kuchni pachnącej cynamonem i mielonką, każdy czwartek od piętnastu lat wyglądał tak samo: Irena przynosiła sernik, Bożena plotki z osiedla, Halina swoje wieczne narzekanie na kolana. A ja stawiałam kawę i na dwie godziny świat stawał się znośny.

Tomek się wprowadził w marcu. Zadzwonił w niedzielę, głos miał ściśnięty, jakby mówił z łazienki. „Mamo, Patrycja straciła pracę, a wynajem podnieśli o siedemset złotych. Nie damy rady. Może byśmy na miesiąc, góra dwa, zamieszkali u ciebie? Kacperkowi dobrze by zrobiło więcej miejsca."

Co miałam powiedzieć? Że nie? Że mój syn z wnukiem mają spać pod mostem? Powiedziałam: „Przyjeżdżajcie".

Przez pierwsze dwa tygodnie było nawet miło. Kacperek - roczny, z burzą jasnych loków - raczkował po dywanie i ciągnął za frędzle mojej kapy. Tomek naprawił cieknący kran w łazience. Patrycja ugotowała tajskie curry, którego nigdy bym sama nie zrobiła, i powiedziała: „Proszę pani, pani jest aniołem". Pani. Nie - mamo. Ale jakoś to przełknęłam.

Potem zaczęły się drobne rzeczy. Moje pelargonie z balkonu wylądowały na klatce schodowej, bo „dziecko mogłoby zjeść liść". Serwetki szydełkowe, które robiła jeszcze moja mama, zniknęły z szafki i znalazłam je w reklamówce na antresoli - „zbierają kurz, a Kacperek ma alergię". Telewizor w salonie po dziewiątej wieczorem był wyłączony, bo „dziecko słyszy przez ścianę". Spałam na kanapie, która za dnia była ich kanapą - rano musiałam złożyć pościel, schować ją do szafy i zrobić miejsce, zanim Patrycja wstanie z Kacperkiem.

Nie protestowałam. Tomek chodził zmęczony, pracował na dwie zmiany, wracał o jedenastej w nocy. Kiedy raz spróbowałam powiedzieć - „synku, ja rozumiem, ale to dalej moje mieszkanie" - spojrzał na mnie tak, jakbym go uderzyła. „Mamo, my się staramy. Patrycja ma ciężko z małym cały dzień sama. Nie dokładaj jej, proszę."

Nie dokładaj. Jakbym to ja była ciężarem we własnym domu.

Czwartkowe kawy były moim ostatnim bastionem. W kwietniu jeszcze zaprosiłam koleżanki. Patrycja akurat kąpała Kacperka. Wyszła z łazienki z mokrym ręcznikiem na ramieniu i stanęła w drzwiach kuchni: „Panie, przepraszam, ale mogłybyście ciszej? Kacper się boi obcych głosów". Bożena zakrztusiła się sernikiem. Halina wstała pierwsza. „My już pójdziemy, Grażynko. Zadzwoń, jak będziesz miała chwilę." Irena wychodziła ostatnia i widziałam, jak patrzy na mnie - z takim politowaniem, od którego zrobiło mi się gorąco pod powiekami.

W maju próbowałam jeszcze raz. Patrycja tego dnia poszła z Kacperkiem do parku. Zdążyłyśmy wypić po jednej kawie, gdy na klatce schodowej rozległ się dźwięk wózka. Irena złapała mnie za rękę i powiedziała cicho: „Grażynka, my cię kochamy, ale nie chcemy ci robić problemów". I wyszły tyłem, po cichu, jakby z cudzego mieszkania.

A w środę - ten telefon od Ireny. „Grażyna, muszę ci coś powiedzieć, bo się duszę. Wracałam ze sklepu, a Patrycja stała z wózkiem przy windzie. Zagadałam - wiesz, normalnie - a ona na to: «Pani Ireno, moja teściowa nie ma już siły na towarzystwo. Ma swoje lata. Prosimy nie męczyć, bo potem jest zmęczona i nie może nam pomóc z Kacperkiem». Grażyna, ja wiem, że to nie twoje słowa. Ale dziewczyny się boją, że jak przyjdą, to będzie awantura."

Siłę mam. Nie mam siły na co innego - na gryzienie się w język. Na udawanie, że tak ma być. Na bycie gościem we własnym mieszkaniu.

Tego wieczoru Tomek wrócił wcześniej. Siedział przy stole i jadł makaron, który zrobiła Patrycja. Kacperek spał. Usiadłam naprzeciwko i powiedziałam to, co zbierało się we mnie od ośmiu miesięcy.

- Tomek, wasza synowa powiedziała Irenie, że nie mam siły na gości. Że proszę nie przychodzić.

Patrycja odwróciła się od zlewu. Ścierka w jej ręku zamarła.

- Chciałam pani oszczędzić kłopotu - powiedziała spokojnie, takim tonem, jakim się mówi do starszej pani w kolejce do lekarza. - Pani naprawdę po tych czwartkach jest wykończona. Widać to.

- Patrycja, to jest moje mieszkanie. I to ja decyduję, kto tu wchodzi.

Tomek odłożył widelec. Patrzył to na mnie, to na żonę. Na jego twarzy było coś, co znam dobrze - ta sama mina, którą miał jako dziesięciolatek, kiedy Ryszard i ja kłóciliśmy się o pieniądze, a on stał w drzwiach i nie wiedział, do kogo iść.

- Mamo... - zaczął.

- Nie kończ - powiedziałam. - Proszę cię, nie kończ tego zdania słowami „Patrycja miała dobre intencje".

Cisza. Kran kapał. Ten sam, który Tomek naprawił w marcu. Znowu ciekł.

Następnego dnia poszłam do Ireny. Piłyśmy kawę z jej brzydkich kubków z Cepelii i żadna z nas nie musiała ściszać głosu. Bożena przyniosła ciasto drożdżowe. Halina narzekała na kolana. Przez dwie godziny świat znowu był znośny.

Wróciłam koło piątej. Drzwi do mojego - do ich - pokoju były zamknięte. Na lodówce magnetyczny napis: „Mama, pogadajmy wieczorem? T." Literki kolorowe, dziecięce, od kompletu, który kupiłam Kacperkowi.

Usiadłam na kanapie. Mojej kanapie. Ich kanapie. Rozłożyłam pościel, chociaż było dopiero popołudnie. I pomyślałam o jednym: że Ryszard, kiedy umierał w tamtym pokoju, ściskał moją rękę i powiedział: „Grażynka, nie daj się nikomu wyrzucić z tego mieszkania". Śmiałam się wtedy. Kto miałby mnie wyrzucić?

Nikt mnie nie wyrzucił. Jestem tutaj. Tylko że nie wiem już, czy to jest mój dom - czy ich. I nie wiem, co powiem Tomkowi wieczorem. Bo jedno zdanie krąży mi po głowie jak natrętna mucha: że każda matka chce, żeby dziecko wróciło do domu. Ale nikt nie mówi, ile ten powrót kosztuje.