Od wiosny czekałam, aż syn „znajdzie chwilę" i pomaluje mi kuchnię. W poniedziałek przyszli panowie z ogłoszenia, za sześćset złotych. Syn się obraził: „po co ci obcy ludzie w domu, przecież ja bym zrobił".

Zrobił. Tylko kiedy? Bo ja czekałam od marca. Najpierw były święta, potem majówka, potem remont u niego, potem Zosia miała anginkę, potem wakacje. Zawsze coś. A ja przez te miesiące patrzyłam na tę kuchnię, na tę pożółkłą farbę nad blatem i na odprysek przy oknie, który robił się coraz większy, i czułam, że powoli zamieniam się w kogoś, kto nie zasługuje na świeże ściany.

Mam na imię Bożena, ale większość ludzi mówi do mnie Bośka. Sześćdziesiąt trzy lata, trzydzieści osiem lat w tym samym mieszkaniu na Gocławiu, dwa pokoje z kuchnią na trzecim piętrze. Mąż Tadek odszedł pięć lat temu - nie umarł, tylko odszedł, do Maryli z pracy, ale to inna historia i już zamknięta. Został mi syn Darek, trzydzieści osiem lat, żona Ania, córeczka Zosia. Mieszkają dwadzieścia minut autobusem, na Pradze Południe.

Darek to dobry chłopak. Naprawdę dobry. Mówię to bez żadnego „ale" w głowie - przynajmniej tak myślałam do poniedziałku. Dzwoni regularnie, w niedzielę czasem wpadnie z Zosią na obiad. Przyniesie ciasto z Biedronki, bo wie, że lubię eklerki. Powie „mamo, wyglądasz świetnie", nawet gdy wyglądam, jak wyglądam. I zawsze, zawsze mówi: „Jakbyś czegoś potrzebowała, to dzwoń, przecież wiesz".

Wiem. I dzwoniłam. W marcu powiedziałam: „Darek, kuchnia mi się sypie, trzeba by odmalować". Odpowiedział: „Jasne, mamo, tylko po świętach, bo teraz mam nawał". Po świętach zadzwoniłam znowu. „Daj mi dwa tygodnie, ogarnę". Minął miesiąc. „Mamo, Zosia choruje, nie mogę teraz". W czerwcu napisał SMS-a: „Zaraz po urlopie się za to wezmę, obiecuję".

Urlop był w lipcu. Wrócili w sierpniu. Zadzwoniłam we wrześniu, tak delikatnie, jak umiałam. „Synku, a co z tą kuchnią?". Cisza w słuchawce, a potem: „Mamo, no nie naciskaj, mam robotę do piątej, w soboty dom, sam wiesz jak jest".

Sam wiesz jak jest. To zdanie mnie wtedy zakłuło, ale nic nie powiedziałam. Tylko pomyślałam - a ja nie wiem jak jest? Ja przez trzydzieści lat wstawałam o piątej, pracowałam na poczcie, wracałam, robiłam obiad, prałam, prasowałam, a w weekendy malowałam, naprawiałam, wieszałam karnisze. Sama. Bo Tadek „nie miał czasu". Teraz Darek „nie ma czasu". I ja znowu czekam.

Ale postanowiłam, że tym razem nie będę czekać do wiosny. W październiku kupiłam gazetę z ogłoszeniami - taką prawdziwą, papierową, bo na tych portalach internetowych nie bardzo się orientuję. Krysia z parteru mi pomogła, bo ona zawsze kogoś zna. Znalazła dwóch panów, Ukraińców, Iwan i Sasza. Umówiliśmy się na poniedziałek, sześćset złotych za dwa dni, z materiałem.

Przyszli punktualnie o ósmej. Zdjęli buty w przedpokoju, rozłożyli folie, zakleili taśmą okna. Pracowali cicho, sprawnie, bez papierosa na klatce, bez radia na cały regulator. Zrobiłam im herbatę, Iwan poprosił o cukier, Sasza odmówił grzecznie. Przy obiedzie dałam im kanapki z szynką i pomidorem, zjedli w pięć minut i wrócili do roboty. Wieczorem pierwsza ściana była gotowa - kremowa, gładka, pachnąca świeżością. Stałam w drzwiach kuchni i prawie się popłakałam, bo to było takie proste. Takie cholernie proste.

We wtorek skończyli. Kuchnia wyglądała jak nowa. Zapłaciłam, podziękowałam, Iwan powiedział „dziękuję, pani Bożeno, jak co potrzeba, to proszę dzwonić". I tyle. Żadnych obietnic, żadnego „zaraz, poczekaj, daj mi chwilę". Umowa, praca, pieniądze, gotowe.

Zadzwoniłam do Darka w środę, tak po prostu, żeby powiedzieć. „Synku, kuchnia pomalowana, ładnie wyszło". Cisza. A potem tym tonem, który znam aż za dobrze - tym samym tonem, jakim Tadek mówił, kiedy coś zrobiłam bez pytania go o zdanie.

- Jak to pomalowana? Kto malował?

- Panowie z ogłoszenia. Krysia mi znalazła.

- Mamo, po co ci obcy ludzie w domu? Przecież ja bym zrobił.

- Czekałam od marca, synku.

- No i co, że od marca? Miałem dużo na głowie. Nie mogłaś jeszcze trochę poczekać?

Jeszcze trochę. Trochę to było osiem miesięcy. Trochę to było pięć telefonów i dwanaście SMS-ów. Ale nie powiedziałam tego. Powiedziałam tylko: „Nie gniewaj się, Darek".

Ale Darek się gniewał. Nie przyjechał w niedzielę. Nie zadzwonił. Ania napisała mi w czwartek: „Proszę Pani, Darek jest bardzo dotknięty. Czuje, że Pani mu nie ufa". Proszę Pani. Synowa pisze do mnie „proszę Pani", choć od dziesięciu lat mówi mi Bośka. Więc wiedziałam, że sprawa jest poważna.

Krysia z parteru przyszła na kawę, powiedziałam jej. Pokiwała głową. „Bośka, mój Grzesiek jest taki sam. Obiecuje, obiecuje, a potem się obraża, że ktoś inny zrobił. Bo to nie o kuchnię chodzi. To o to, że on czuje, jakbyś powiedziała - nie potrzebuję cię".

I wtedy mnie ścisnęło w żołądku. Bo może Krysia miała rację. Może Darek nie usłyszał „pomalowałam kuchnię". Może usłyszał „radzę sobie bez ciebie". A może - i tu mnie zakłuło jeszcze mocniej - może ja właśnie to chciałam powiedzieć? Może po pięciu latach od odejścia Tadka, po tych wszystkich miesiącach samotnych wieczorów, czegoś się wreszcie nauczyłam? Że czekanie na kogoś, kto „zaraz przyjdzie", jest gorsze niż samotność?

Minęły dwa tygodnie. Darek nie dzwonił. Ja też nie dzwoniłam. Kuchnia pachniała świeżą farbą, piękna, kremowa, moja. Codziennie rano robiłam sobie herbatę i patrzyłam na te ściany, i czułam dumę zmieszaną z czymś gorzkim, czego nie umiałam nazwać.

W sobotę rano ktoś zadzwonił domofonem. Darek. Stał na dole z walizeczką narzędziową i puszką farby.

- Mamo, otwieram drzwi?

Otworzyłam. Wszedł, zdjął buty, stanął w kuchni. Patrzył na ściany. Długo, bez słowa. A potem powiedział cicho: „Ładnie zrobili". I usiadł przy stole.

Postawiłam przed nim herbatę. Eklerki akurat miałam. Siedzieliśmy w milczeniu, które było jednocześnie ciepłe i trudne, jak wszystko między nami od zawsze. Chciałam powiedzieć „przepraszam", ale za co właściwie? Za to, że nie czekałam kolejne osiem miesięcy? Chciałam powiedzieć „nie gniewaj się", ale to już mówiłam i nic to nie dało.

Darek odstawił kubek i spojrzał na mnie.

- W łazience też by trzeba, nie?

Pokiwałam głową. Nie dodałam „to kiedy?". On nie powiedział „w przyszłym tygodniu". Po prostu siedzieliśmy nad herbatą, w tej świeżo pomalowanej kuchni, i oboje wiedzieliśmy, że coś się między nami przesunęło. Nie złamało - przesunęło. Jak meble po remoncie, które stoją na swoich miejscach, ale trochę inaczej niż wcześniej.

Walizeczka z narzędziami stoi u mnie w przedpokoju od dwóch tygodni. Numer do Iwana trzymam w szufladzie, pod rachunkami za prąd.