Wnuk przyszedł wieczorem bez telefonu w ręce - od razu wiedziałam, że poważnie. „Babciu, jak wiedziałaś, że dziadek to ten właściwy?". Gadaliśmy do jedenastej, herbata stygła trzy razy. Na klatce powiedziałam mu jedno: „wybierz tę, przy której nie musisz udawać". W sobotę przyprowadził Olę - nie udawał.

Ale zanim opowiem o Oli, muszę cofnąć się do tego wieczoru. Do tego pytania, które Bartek zadał tak cicho, jakby się bał, że ktoś usłyszy. Dwadzieścia trzy lata, metr osiemdziesiąt pięć, ramiona jak szafa - a siedział w mojej kuchni na Ursynowie skulony nad herbatą jak chłopiec, który zgubił się w lesie.

Nie zapukał. Miał klucze, bo odkąd Henryk odszedł cztery lata temu, Bartek wpadał regularnie. Raz na tydzień, czasem dwa. Wynosił śmieci, naprawiał to i owo, a ja karmiłam go pierogami i sernikiem. Taki nasz układ. Ale tamtego czwartku przyszedł o wpół do dziewiątej wieczorem, bez uprzedzenia, i usiadł przy stole jak ktoś, kto dopiero co dowiedział się czegoś ważnego o sobie.

- Babciu - powiedział i urwał.

Postawiłam czajnik. To jest jedyna mądrość, jakiej się nauczyłam przez siedemdziesiąt dwa lata życia: kiedy ktoś nie wie, jak zacząć mówić, postaw czajnik i czekaj. Nie pytaj. Nie poganiaj. Niech woda się zagotuje, niech herbata naciągnie, niech cisza zrobi swoje.

- Babciu, jak wiedziałaś, że dziadek to ten właściwy?

Omal nie upuściłam kubka. Spodziewałam się kłopotów w pracy - Bartek kończył staż w biurze projektowym na Mokotowie. Albo problemów z matką, bo Renata, moja córka, potrafiła doprowadzić do szału nawet świętego. Ale nie tego. Nie pytania o Henryka.

Usiadłam naprzeciwko i patrzyłam na niego. Miał oczy Henryka - ciemne, głęboko osadzone, z tą samą zmarszczką między brwiami, kiedy się nad czymś zastanawiał. Włosy po Renacie, jasne, gęste. A ręce po mnie - szerokie dłonie z krótkimi palcami, dłonie do wyrabiania ciasta, nie do rysowania planów budynków. A jednak rysował i to dobrze.

- Dwie - powiedział w końcu, obracając kubek w tych moich dłoniach. - Są dwie. I nie wiem.

Mogłam powiedzieć mu wtedy to, co mówi się w filmach. Że serce podpowie. Że miłość jest jedna. Że kiedy spotkasz tę właściwą, to po prostu wiesz. Ale Bartek nie przyszedł po banały. Przyszedł bez telefonu, a to u dwudziestotrzyletniego chłopaka znaczy mniej więcej tyle, co pielgrzymka boso.

- Opowiedz mi o nich - powiedziałam.

Bartek odetchnął. Pierwsza miała na imię Maja. Znali się od studiów, trzy lata razem. Inteligentna, ambitna, rodzice z Krakowa, ojciec adwokat. Maja wiedziała, czego chce - i zazwyczaj to dostawała. Bartek mówił o niej z szacunkiem, ale zauważyłam, że kiedy ją opisywał, prostował się na krześle. Jakby zdawał egzamin.

- A ta druga? - spytałam.

- Ola. - I tu się uśmiechnął. Pierwszy raz tego wieczoru. - Olę poznałem w kolejce do kebaba na Puławskiej. Stała przede mną i kłóciła się z facetem za ladą, że sos czosnkowy jest za słaby. Potem odwróciła się do mnie i powiedziała: „Pan potwierdzi, prawda?". Nawet nie wiedziałem, o czym mówi, ale potwierdziłem.

Zaśmiałam się. A potem poczułam coś dziwnego - jakby ktoś otworzył okno i do mojej kuchni wpadło powietrze z zupełnie innej epoki.

Bo ja to znałam. Tę historię. Tylko imiona były inne.

Henryka poznałam w lipcu siedemdziesiątego ósmego roku na dworcu w Poznaniu. Wracałam od cioci, on jechał do wojska. Stał przede mną w kolejce do kasy i kłócił się z kasjerką, że pociąg do Wrocławia nie może być odwołany, skoro on ma rozkaz stawienia się o ósmej rano. Potem odwrócił się do mnie i powiedział: „Pani potwierdzi, że ten pociąg jest w rozkładzie?". Nie miałam pojęcia, o czym mówi. Potwierdziłam.

Ale Bartek nie wiedział o jednej rzeczy. Henryk nie był pierwszym mężczyzną, którego mogłam poślubić.

Był Stefan. Inżynier z Politechniki Wrocławskiej, przystojny, dobrze ubrany, z przyszłością. Rodzice go uwielbiali. Moja matka - Jadwiga, nauczycielka biologii, kobieta twarda jak granit z Karkonoszy - mówiła o nim per „twój narzeczony", zanim jeszcze o ślub zapytał. Stefan był bezpieczny. Stefan był planem. Przy Stefanie wiedziałam, kim mam być.

A przy Henryku - zwykłym elektryku z Bielan, który czytał książki po nocach i miał śmiech słyszalny z drugiego końca ulicy - nie musiałam być nikim. Mogłam po prostu być.

Tego Bartkowi nie powiedziałam od razu. Najpierw chciałam usłyszeć więcej.

- Maja chce, żebym złożył papiery do firmy jej ojca - powiedział. - Mówi, że to logiczne. Że razem możemy coś zbudować.

- A Ola?

- Ola mówi, żebym robił to, co czuję. Nawet jeśli to głupie.

- A co czujesz?

Milczał długo. Herbata stygła. Wstałam i zalałam nową. Trzecią tego wieczoru.

- Przy Mai czuję, że muszę się starać - powiedział w końcu. - Cały czas. Jakbym ciągle miał coś udowadniać. Nie jej nawet, bardziej sobie. Że jestem wystarczający. A przy Oli... babciu, przy Oli jem tego kebaba z sosem czosnkowym i mam sos na brodzie, i ona się śmieje, i ja się śmieję, i jest dobrze. Po prostu dobrze.

Poczułam, jak zaciska mi się gardło. Bo to były słowa, które ja mogłabym powiedzieć pięćdziesiąt lat temu. Stefan i Henryk. Plan i życie. Bezpieczeństwo i prawda.

Wybrałam Henryka. I przez czterdzieści cztery lata ani razu nie pożałowałam. Ale Stefan - Stefan zrobił karierę, miał dom pod Wrocławiem, jeździł na urlopy do Włoch, kiedy my z Henrykiem lepiliśmy budżet z miesiąca na miesiąc. Czasem, może ze trzy razy w życiu, leżałam nocą i myślałam: a co, gdybym wtedy...? I nie chodziło o pieniądze. Chodziło o spokój. O pewność. O to uczucie, że ktoś inny przejął kontrolę i ty możesz się nie bać.

Henryk nie dawał pewności. Henryk dawał siebie - z tym swoim śmiechem, z rękami pachnącymi kablami, z niedzielnym rosołem, który nauczył się gotować lepiej ode mnie. Z tym, jak tulił mnie po każdej kłótni, nawet kiedy to ja byłam winna, i mówił: „Halinka, jutro będzie lepiej". I zawsze było.

Do czasu, kiedy nie było. Bo Henryk odszedł cicho, we śnie, cztery lata temu, w marcu, kiedy za oknem topniał ostatni śnieg.

Bartka odprowadzałam na klatkę za pięć jedenasta. Stał w drzwiach, wyższy ode mnie o głowę, i wyglądał na kogoś, kto właśnie coś zrozumiał, ale jeszcze nie umie tego nazwać.

- Babciu, a żałujesz? - spytał. - Że nie wybrałaś Stefana?

Tego pytania się nie spodziewałam. Chwilę szukałam odpowiedzi.

- Czasem się zastanawiałam - powiedziałam uczciwie. - Ale żałować to co innego niż się zastanawiać.

Skinął głową. Włożył buty. I wtedy powiedziałam to jedyne zdanie, które miało sens: „Wybierz tę, przy której nie musisz udawać".

W sobotę zadzwonił domofon o trzeciej po południu. Bartek stał na dole z dziewczyną. Drobna, ciemne włosy do ramion, w lnianej sukience i trampkach. W jednej ręce kwiaty - piwonie, nie z kwiaciarni, a z bazarku, lekko przywiędłe. W drugiej - słoik.

- Dzień dobry - powiedziała. - Jestem Ola. Bartek mówił, że lubi pani dżem truskawkowy. Robiłam sama, ale uprzedzam, że jest trochę za słodki, bo mi się cukier przesypał.

Bartek stał za nią i się uśmiechał. Nie tym uśmiechem, który znam z jego zdjęć z Mai - grzecznym, ułożonym, do aparatu. Uśmiechał się jak Henryk. Szeroko, bezczelnie, z całą twarzą.

Zaparzyłam herbatę. Czwartą w tym tygodniu dla Bartka, ale pierwszą dla Oli. Dżem był rzeczywiście za słodki. Jedliśmy go łyżeczkami prosto ze słoika, wszystkie trzy, siedząc w kuchni, w której przez czterdzieści lat Henryk jadł swój rosół.

Ola opowiadała o pracy - uczyła plastyki w podstawówce na Woli. O dzieciach, które malują niebo na zielono, bo „tak jest ładniej". O tym, jak jej tata, kierowca autobusu miejskiego, kolekcjonuje miniaturki autobusów z całego świata. Bartek słuchał. Nie poprawiał jej, nie przerywał, nie prostował się na krześle.

Kiedy wychodzili, Ola przytrzymała mi drzwi i powiedziała cicho: „Dziękuję za herbatę, pani Halino. Bartek bardzo panią kocha".

Zamknęłam drzwi. Stałam w przedpokoju i patrzyłam na zdjęcie Henryka na komodzie. Dworzec w Poznaniu, siedemdziesiąty ósmy rok, roześmiany chłopak w za dużej kurtce.

A potem pomyślałam o Mai. O dziewczynie, która w tej chwili pewnie jeszcze nie wie. Albo już wie. I siedzi gdzieś sama ze swoją ambicją, swoim planem i swoim sercem, które też coś czuło - na swój sposób. Na swój porządny, ułożony sposób.

Dżem stał na blacie. Za słodki, z przesypanym cukrem. Zjadłam jeszcze jedną łyżeczkę i pomyślałam, że mądrość to chyba nie jest wiedzieć, co podpowiedzieć wnukowi. Mądrość to żyć potem z tym, że może się pomyliłaś.