Rok po Azorze pojechałam do schroniska i poprosiłam o najstarszego psa, jakiego mają. Dostałam dziesięcioletniego kundla Barnabę - siwy pysk, smutne oczy, nikt go nie chciał od dwóch lat. Córka jęknęła: „mamo, po co ci stary pies, będzie tylko chorował". Po to - starzy najlepiej rozumieją starych.

Wolontariuszka w schronisku patrzyła na mnie, jakbym zamówiła coś nie z tej karty. Powtórzyłam: najstarszego. Nie najładniejszego, nie tego, co umie podawać łapę. Najstarszego, którego nikt nie chce. Pokiwała głową i poszła na zaplecze. Wróciła z nim po pięciu minutach. Szedł powoli, trochę kulejąc na lewą przednią łapę. Usiadł u moich stóp i nawet na mnie nie spojrzał - jakby już dawno przestał liczyć, że ktokolwiek po niego przyjdzie.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i całe życie przepracowałam w księgowości w zakładach mięsnych pod Poznaniem. Mąż Ryszard odszedł siedem lat temu - nie umarł, po prostu pewnego dnia powiedział, że się dusi i pojechał do kobiety w Gorzowie. Córka Patrycja mieszka w Warszawie, pracuje w korporacji, dzwoni raz w tygodniu, zawsze w niedzielę o osiemnastej, zawsze zaczyna od „mamo, jak się czujesz" i zawsze kończy, zanim zdążę odpowiedzieć.

Azor był ze mną trzynaście lat. Duży, rudy mieszaniec, z ogonem jak proporczyk. Dostałam go jako szczeniaka od sąsiadki z działek ROD - pani Krysi, która miała ciągłe mioty, bo nie wierzyła w sterylizację. Azor był przy mnie, kiedy Ryszard się wyprowadzał. Był przy mnie, kiedy matka umierała na raka trzustki. Był przy mnie, kiedy na osiedlu wycinali kasztanowce i ryczałam, bo to były kasztanowce mojego dzieciństwa. Azor był przy mnie zawsze.

Umarł w lutym, na dywaniku w przedpokoju. Wróciłam z zakupów, a on leżał na boku, spokojny, jakby po prostu zasnął głębiej niż zwykle. Weterynarz powiedział: serce. Szybko, bez bólu. Dobre odejście jak na psa. Wziął go w czarny worek i zaniósł do samochodu, a ja stałam w drzwiach i nie mogłam puścić klamki, bo puścić klamkę oznaczało wrócić do pustego mieszkania.

Przez rok żyłam w ciszy, która brzmiała jak dzwonienie w uszach. Budziłam się o piątej, bo tyle lat wstawałam karmić Azora. Szłam do kuchni, sięgałam po miskę, której już nie było. Wychodziłam na spacer - sama, bez smyczy w kieszeni - i czułam się goła. Patrycja powiedziała: „mamo, może zapiszesz się na jakieś zajęcia, jogę albo ceramikę". Jakby pustka po trzynastu latach dała się zalepić gliną.

Na schronisko wpadłam przez panią Jadwigę z parteru. Jadwiga ma siedemdziesiąt osiem lat i dwa koty, które traktuje jak wnuki. Któregoś dnia, na klatce schodowej, powiedziała mi: „Halinka, ty potrzebujesz kogoś, kto cię potrzebuje. To nie jest to samo co ktoś, kto cię kocha. To jest więcej".

Barnaba pierwszego dnia w domu obwąchał każdy kąt, usiadł przy kanapie i patrzył na mnie takim wzrokiem, jakby chciał powiedzieć: no i co teraz? Dałam mu miskę z karmą. Jadł powoli, ostrożnie, jakby nie wierzył, że nikt mu jej nie zabierze. Położyłam mu koc przy kaloryferze. Położył się, westchnął głęboko i zamknął oczy. Pierwszy raz od roku poczułam, że w tym mieszkaniu ktoś oddycha oprócz mnie.

Patrycja przyjechała w następną sobotę. Bez zapowiedzi, co znaczyło, że się martwi. Weszła, zobaczyła Barnabę i stanęła w progu jak wryta.

- Mamo, co to jest?

- Pies - powiedziałam. - Ma na imię Barnaba.

- Widzę, że pies. Mamo, on ledwo chodzi.

- Ja też ledwo chodzę po schodach. I co, mam się oddać do schroniska?

Usiadła przy stole, skrzyżowała ręce na piersi. Znałam tę minę. Tę samą miała, kiedy w liceum tłumaczyłam jej, że nie może iść na imprezę w środku tygodnia.

- Mamo, bądźmy poważne. Ten pies ma dziesięć lat, pewnie jest chory, rachunki u weterynarza będą kosmiczne. A jak umrze za rok, dwa? Znowu będziesz się rozpadać?

- A jak ja umrę za rok, dwa? Też ktoś będzie musiał po mnie posprzątać.

Patrycja zamilkła. Barnaba podszedł do niej i oparł łeb o jej kolano. Nie merdał ogonem, nie przymilał się. Po prostu stał i oddychał ciepłem przy jej nodze. Córka podniosła rękę i pogłaskała go po siwym łbie - machinalnie, jakby wbrew sobie.

- On śmierdzi, mamo.

- Bo jest stary. Starzy śmierdzą. Ja śmierdzę lekami na ciśnienie i kremem z apteki. Twój ojciec śmierdział wódką, a i tak go kochałaś.

Patrycja wyjechała wieczorem. Na progu powiedziała: „mamo, ja po prostu nie chcę, żebyś znowu cierpiała". Chciałam jej odpowiedzieć, że cierpienie to nie jest coś, przed czym można się zamknąć na klucz. Że cierpienie jest ceną za to, że kogokolwiek wpuściłaś do środka. Ale powiedziałam tylko: „jedź ostrożnie, jest ślisko".

Barnaba ma artretyzm w łapach i problemy z nerkami. Dwa razy w miesiącu jedziemy do weterynarza. Biorę taksówkę, bo on nie wejdzie do autobusu - boi się schodków. W poczekalni siedzimy razem na plastikowym krzesełku - ja trzymam go na kolanach, chociaż waży dwadzieścia kilo i kolana mi odmawiają posłuszeństwa. Pani weterynarz patrzy na nas i uśmiecha się lekko, jakby rozumiała coś, czego Patrycja zrozumieć nie może.

Rano wstajemy o szóstej. Barnaba je powoli, ja piję kawę powoli. Wychodzimy na spacer - krótki, bo on się męczy, a ja mam kolana po dwóch operacjach. Idziemy do parku na osiedlu, siadamy na ławce pod lipą. On kładzie łeb na moich stopach, ja czytam gazetę albo po prostu patrzę, jak ludzie biegną do pracy. Młodzi, szybcy, z telefonami w dłoniach. Nie widzą nas. Dwoje starych na ławce - kobieta i pies. Niewidoczni.

Jadwiga mówi, że jestem wariatka. Że powinnam wziąć młodego psa, takiego, co będzie biegał, cieszył się, przynosił piłkę. A ja nie chcę piłki. Chcę kogoś, kto tak jak ja budzi się w nocy, bo coś go boli. Kto tak jak ja długo szuka wygodnej pozycji do spania. Kto tak jak ja patrzy na świat bez złudzeń, ale wciąż chce wyjść rano na tę cholerną ławkę pod lipą.

Patrycja dzwoni w niedziele. Pyta o moje ciśnienie, o wizyty u lekarza, o rachunki. Na końcu, od kilku tygodni, pyta: „a jak Barnaba?". Mówię: „dobrze". Nie mówię jej, że w zeszłym tygodniu nie chciał jeść przez dwa dni. Nie mówię, że weterynarz zmarszczył brwi nad wynikami krwi. Nie mówię, bo wiem, co by powiedziała.

Wczoraj wieczorem Barnaba położył łeb na moich kolanach i patrzył na mnie tymi swoimi oczami - brązowymi, trochę zamglonymi, starymi. Pogłaskałam go za uchem, tam gdzie ma taki jeden kępkowy kosmyk, zawsze sterczący w górę jak antena. Powiedziałam cicho: „zostań jeszcze trochę". Nie wiem, czy mówiłam do niego, czy do siebie.

Córka może ma rację. Może za pół roku, za rok, znowu będę stała w pustym mieszkaniu z leżącym na podłodze kocem, na którym nie ma już nikogo. Może znowu będę sięgać po miskę, której nie trzeba napełniać. Może to głupie - brać na siebie pewność straty.

Ale tej nocy Barnaba oddychał przy moich stopach, ciepły i żywy, i ja oddychałam razem z nim. I pomyślałam sobie, że może o to właśnie chodzi - nie o to, żeby unikać bólu, ale żeby jeszcze zdążyć z kimś pooddychać.

Choć może Patrycja ma rację. Może po prostu nie potrafię być sama.