Drugi raz w tym miesiącu pomyliłam własną klatkę. Dzieciom nie mówię - od słowa „demencja" zaczynają się broszury domów opieki. Powiedziałam Irenie i mamy pakt: ona pilnuje mnie, ja jej, i żadna nie zgłasza rodzinie, póki dajemy radę. We dwie strach jest o połowę mniejszy.

Stałam na trzecim piętrze z kluczem w dłoni i nie mogłam zrozumieć, dlaczego zamek nie reaguje. Wkładam, przekręcam - nic. Jeszcze raz, mocniej. Dopiero wycieraczka mnie ocuciła. Brązowa z napisem „Welcome". Moja jest zielona, z wyciętym kotem. Cofnęłam się o krok i zobaczyłam numer mieszkania - 37. Moje to 37, ale w klatce obok. Ktoś za drzwiami ruszył się, usłyszałam kroki, więc zbiegłam po schodach, jakbym miała piętnaście lat, a nie sześćdziesiąt cztery.

W domu nalałam sobie wody prosto z kranu, bo ręce trzęsły się za bardzo, żeby czajnik utrzymać. Usiadłam przy kuchennym stole - tym samym, przy którym trzydzieści lat temu karmiłam Kasię papką marchewkową, a potem pomagałam Michałowi z matematyką. Teraz stół był pusty, tylko serwetka szydełkowa mojej mamy i kubek po porannej kawie. Pomyślałam: pierwszy raz mogłam zwalić na pośpiech. Na zmęczenie. Na ten remont klatek, przez który wszystkie drzwi wyglądają tak samo. Ale drugi raz?

Zadzwoniłam do Ireny. Irena mieszka piętro niżej, w dwudziestce trzy. Znamy się od przeprowadzki na to osiedle, czyli od tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego drugiego. Jej Bogdan umarł pięć lat temu, mój Ryszard osiem. Razem chodzimy na cmentarz, razem na zakupy do Biedronki, razem pijemy kawę o czwartej. Irena podniosła po pierwszym sygnale, jakby czekała.

- Znowu? - spytała tylko.

- Znowu - powiedziałam.

Cisza. Słyszałam, jak miesza coś łyżeczką. Pewnie tę swoją herbatę z cytryną, zawsze z dwiema łyżeczkami cukru, choć lekarz zabrania.

- Przyjdź na dół - powiedziała. - Zrobiłam sernik.

U Ireny zawsze pachnie czymś pieczonymi i pastą lawendową do podłóg. Ma taki sam rozkład mieszkania jak ja - dwa pokoje z kuchnią, łazienka z okienkiem - ale u niej jest jakoś cieplej. Może przez te firanki w słoneczniki, może przez regał pełen książek, których nigdy nie wyrzuci.

Sernik był jeszcze ciepły. Kroiła go powoli, z tą swoją precyzją byłej krawcowej, równe kawałki, identyczne. Postawiła przede mną talerz z niebieskim wzorkiem i usiadła naprzeciwko.

- Halina, posłuchaj - zaczęła. - Ja w zeszłym tygodniu zapomniałam, jak się nazywa ta ulica za przychodnią. Ta, którą chodzimy od trzydziestu lat. Stałam na rogu i nie wiedziałam, w którą stronę iść.

Patrzyłam na nią. Na jej twarz, którą znam lepiej niż własną - bo swoją oglądam w lustrze, a lustro kłamie. Twarz Ireny była spokojna. Zbyt spokojna.

- I co zrobiłaś?

- Weszłam do apteki, kupiłam miętowe dropsy i poczekałam, aż mi przejdzie. Po pięciu minutach wiedziałam. Sądowa. Ulica Sądowa.

Wtedy właśnie Irena powiedziała to, o czym obie myślałyśmy, ale żadna nie chciała powiedzieć pierwsza.

- Jeśli która z nas powie dzieciom, to wiesz, co będzie. Kasia zacznie szukać w internecie, a potem przyjedzie z teczką informacji o domach spokojnej starości. Michał powie, że cię weźmie do siebie do Wrocławia, a ty będziesz siedziała w obcym mieście, w obcym pokoju, i patrzeć, jak synowa liczy dni do twojego wyjazdu.

Miała rację. Znała moich tak dobrze jak swoich. Bo i jej Ania reagowałaby podobnie - z miłości, jasne, zawsze z miłości - ale miłość dorosłych dzieci bywa gorąca jak wrzątek. Chcą pomóc, więc przejmują kontrolę. A kontrola to koniec.

- Więc co proponujesz? - spytałam.

- Pakt - powiedziała Irena, odkrawając kolejny kawałek sernika. - Ja pilnuję ciebie, ty mnie. Dzwonimy do siebie trzy razy dziennie. Karteczki na lodówce. Lista leków na drzwiach łazienki. Jeśli która zapomni, gdzie jest - dzwoni do drugiej, nie do pogotowia. I żadna nie mówi rodzinie. Nie teraz. Nie póki dajemy radę.

Zgodziłam się. Podałyśmy sobie ręce nad tym sernikiem, jak dwie dziewczynki przysięgające sobie wieczną przyjaźń. Tyle że nie miałyśmy po dziesięć lat, tylko po sześćdziesiąt kilka, i nie przysięgałyśmy przyjaźni, tylko zmowy milczenia.

Minął miesiąc. Pakt działał. Irena dzwoniła rano, ja w południe, ona znowu wieczorem. Pytania proste - jaki dziś dzień, co jadłaś, jak się nazywa prezydent. Czasem się śmiałyśmy. Czasem nie. Karteczki na lodówce rosły - „zakręcić gaz", „klucze w kieszeni kurtki", „klatka CZWARTA, nie trzecia". Kupowałyśmy razem zakupy, bo lista pisana jedną ręką bywa niepełna, a dwie głowy pamiętają więcej niż jedna.

Ale trzy dni temu zadzwoniła Kasia. Niby zwykła rozmowa - co u mamy, co w telewizji, czy brałam leki. A potem powiedziała coś, od czego krew mi się cofnęła do serca.

- Mamo, rozmawiałam z panią Żanettą z parteru. Mówi, że w zeszłym tygodniu próbowałaś wejść do złej klatki. Że stałaś i szarpałaś klamkę.

Pani Żanetta. Siedemdziesiąt osiem lat, zawsze przy oknie, zawsze widzi. Powinnam była wiedzieć.

- Córeczko, remont klatek - zaczęłam. - Wszystkie drzwi tak samo wyglądają, pomyliłam się, każdemu może...

- Mamo - przerwała Kasia. Takim tonem, jakim ja kiedyś mówiłam do niej, gdy tłumaczyła, że jedynka z dyktanda to wina długopisu. - Mamo, Michał i ja chcemy przyjechać w sobotę. Porozmawiamy. Normalnie, spokojnie. Nikt cię nigdzie nie zabiera, ale musimy porozmawiać.

Przez chwilę chciałam krzyknąć: nie musicie, daję radę, mam Irenę, mamy plan, nie jestem jeszcze nikim, kto potrzebuje ratowania. Ale powiedziałam tylko „dobrze" i się rozłączyłam.

Poszłam do Ireny. Siedziała na balkonie, mimo że wieczór był chłodny. Miała na kolanach album ze zdjęciami - ten stary, z bordową okładką. Nie musiałam nic mówić. Zobaczyła moją twarz i wiedziała.

- Kasia? - spytała.

- Kasia.

Irena zamknęła album. Pogładziła go dłonią, jakby głaskała kota.

- Może powinnyśmy im powiedzieć - szepnęła. - Zanim one powiedzą nam.

Usiadłam obok niej. Patrzyłyśmy na osiedle - bloki, lipy kwitnące przy ścieżce, plac zabaw, na którym bawiły się kiedyś nasze dzieci, a teraz bawią się czyjeś wnuki. Gdzieś na dole pani Żanetta pewnie siedziała przy oknie i wszystko widziała.

Nie odpowiedziałam Irenie. Do soboty zostały trzy dni. Na lodówce wisiała karteczka: „klatka CZWARTA". Mogłam ją zdjąć przed przyjazdem Kasi. Mogłam zostawić.

Nie wiem jeszcze, co zrobię. Wiem tylko, że we dwie strach był o połowę mniejszy. A teraz nie jestem pewna, czy to wciąż wystarczy.