Pięcioletni wnuk zapytał przy obiedzie: „babciu, a czemu ty przychodzisz tylko wtedy, kiedy mama z tatą wychodzą?". Powiedziałam, że tak jakoś wychodzi. Ucieszył się: „to niech częściej wychodzą!". Synowa szybko zmieniła temat.

Ale ja nie potrafiłam zmienić tematu w swojej głowie. Wracałam tramwajem na Bielany i te słowa Kuby kołowały mi się pod czaszką jak piłeczka w bębnie loterii. Dziecko powiedziało prawdę, którą my, dorośli, ubieraliśmy od dwóch lat w uprzejme esemesy i starannie planowane grafiki wizyt. Prawdę, że babcia Bożena jest mile widziana głównie wtedy, kiedy potrzebna jest niania.

Tamten obiad był wyjątkiem. Synowa Magda zaprosiła mnie, bo Kuba miał urodziny. Pięć lat - to okrągła rocznica, nie wypadało nie zaprosić babci ze strony taty. Więc siedziałam przy stole nakrytym obrusem w dinozaury, jadłam tort z kremem maślanym, a obok mnie siedział syn Tomek i rozmawiał z teściem o oponach zimowych. Normalność. Tylko że ta normalność miała smak sztuczny, jak truskawki z marketu w styczniu.

Kiedy Kuba zadał swoje pytanie, Magda nawet nie spojrzała w moją stronę. Powiedziała: „Kubusiu, jedz tort, bo lody się rozpuszczą", i zaczęła zbierać papierki po prezentach. Tomek udał, że nie słyszał. Tylko teściowa Magdy - Halina - zerknęła na mnie znad kawy, i w tym spojrzeniu zobaczyłam coś, co chyba było współczuciem. Albo triumfem. Do dziś nie wiem.

Mam sześćdziesiąt dwa lata. Trzydzieści przepracowałam w księgowości w firmie budowlanej na Woli, od dwóch jestem na emeryturze. Mąż Ryszard odszedł osiem lat temu - nie umarł, odszedł. Do koleżanki z pracy, młodszej o piętnaście lat. Tomek jest moim jedynym dzieckiem. Kiedy ożenił się z Magdą, myślałam, że zyskuję córkę. Przez pierwsze trzy lata tak właśnie było.

Wszystko zaczęło się psuć, kiedy urodził się Kuba. Nie, to nieprawda - zaczęło się psuć jeszcze wcześniej, w szóstym miesiącu ciąży Magdy, kiedy zaproponowałam, że mogę urządzić pokój dziecięcy. Pojechałam do sklepu, kupiłam zasłonki w misie, lampkę nocną, zestaw pościeli. Przyjechałam z torbami, a Magda stała w drzwiach i powiedziała spokojnie: „Dziękuję, mamo, ale już zamówiłam wszystko z Ikeą". I zamknęła drzwi. Nie dosłownie, wpuściła mnie, napiłyśmy się herbaty. Ale tamte zasłonki w misie wylądowały w szafie w moim mieszkaniu i leżą tam do dziś.

Potem były kolejne drobne odrzucenia. Magda nie chciała, żebym przychodziła pomagać po porodzie - „dam sobie radę, mamo". Moja mama pomogła mi po urodzeniu Tomka przez trzy tygodnie, gotowała rosół, prała, kołysała. Ja chciałam zrobić to samo. Nie pozwolono mi.

Pierwszy rok życia Kuby widziałam go może dziesięć razy. Zawsze „umówione", zawsze „po godzinie, bo Kuba ma drzemkę". Tomek milczał. Kiedyś zadzwoniłam do niego wieczorem i zapytałam wprost: „Synu, czy ja coś zrobiłam źle?". Odpowiedział takim głosem, jakby czytał z kartki: „Mamo, Magda po prostu lubi mieć kontrolę nad swoją przestrzenią. To nic osobistego".

Nic osobistego. To zdanie wbiło mi się pod skórę jak drzazga.

Z czasem wypracowaliśmy system. Magda pisała esemesa w poniedziałek: „Czy mogłaby mama wpaść w piątek od 18 do 22? Idziemy z Tomkiem na kolację". Albo: „W sobotę mamy wesele koleżanki, potrzebujemy kogoś od 14". Ja odpowiadałam: „Oczywiście". Przychodziłam, karmiłam Kubę, kąpałam, czytałam bajkę. Oni wracali, ja zbierałam się do wyjścia. Magda mówiła: „Dziękujemy, mamo" - i te podziękowania brzmiały jak zapłata.

Halina - matka Magdy - przychodzi kiedy chce. Wiem to od Kuby, bo dzieci są bezlitośnie szczere. „Babcia Hala była u nas wczoraj i upiekła naleśniki" - mówił mi przez telefon, a ja trzymałam słuchawkę i uśmiechałam się tak, żeby nie słyszał, że mi się trzęsie głos. Halina ma klucze do ich mieszkania. Ja nie mam kluczy. Nigdy mi ich nie zaproponowano.

Po urodzinach Kuby minął tydzień. Magda nie zadzwoniła. Tomek też nie. W piątek wieczorem dostałam esemesa: „Mamo, czy mogłabyś wziąć Kubę w niedzielę na kilka godzin? Musimy jechać do IKEI po regał".

Stałam w kuchni z telefonem w ręce i patrzyłam na firanki, które trzeba by wymienić. Pomyślałam o słowach Kuby. O tym, jak się ucieszył na myśl, że rodzice będą częściej wychodzić, bo to oznacza babcię. Moje wnuczę kocha mnie - ale tylko dlatego, że skojarzył mnie z krótkimi, odmierzonymi wizytami, jak dostawcę pizzy, który przywozi coś fajnego i znika.

Napisałam: „Oczywiście, z przyjemnością". A potem skasowałam wiadomość, zanim ją wysłałam.

Przez dwadzieścia minut siedziałam przy stole. Herbata stygła. Na blacie leżał rysunek Kuby, który dał mi na urodzinach - ja i on, trzymamy się za ręce, a nad nami wielkie żółte słońce. Dzieci rysują świat takim, jakim chciałyby go widzieć.

Zadzwoniłam do Tomka. Nie do Magdy - do Tomka. Odebrał po czwartym sygnale.

- Tomek, muszę z tobą porozmawiać. Nie przez telefon. Chcę, żebyś przyszedł do mnie jutro po pracy. Sam. Bez Magdy.

Cisza. Słyszałam w tle telewizor i głos Kuby wołającego coś o klocki.

- Mamo, o co chodzi?

- O to, że twój syn zapytał mnie, dlaczego przychodzę tylko wtedy, kiedy wy wychodzicie. I o to, że od dwóch lat nie mam odwagi ci powiedzieć, jak bardzo mnie to boli.

Znowu cisza. Dłuższa. Potem Tomek powiedział cicho:

- Dobrze, mamo. Przyjdę.

Nie wiem, czy przyjdzie. Nie wiem, czy ta rozmowa cokolwiek zmieni. Nie wiem, czy potrafię powiedzieć to, co powinnam - że nie chcę walczyć z Magdą, nie chcę pretensji, nie chcę listy żalów. Chcę tylko siedzieć przy stole z wnukiem w zwykły wtorek i jeść z nim naleśniki. Tak jak babcia Hala.

A może Magda ma swoje powody. Może ja coś zrobiłam kiedyś, o czym nie wiem. Może te zasłonki w misie były kroplą, a potem było ich sto. Może jestem tą teściową, o której opowiada się koleżankom - „moja teściowa się wprasza, nie szanuje granic". Może Tomek naprawdę przyszedł do niej kiedyś i powiedział: „Moja mama jest za blisko" - i Magda go tylko posłuchała.

Ale wtedy przypominam sobie minę Kuby, kiedy się ucieszył. „To niech częściej wychodzą!" I wiem, że cokolwiek zrobiłam albo nie zrobiłam - jedno dziecko na tym cierpi. A to dziecko rysuje mnie z żółtym słońcem nad głową.

Jutro Tomek albo przyjdzie, albo nie. Jeśli przyjdzie, albo mnie wysłucha, albo powie to, co mówi Magda - spokojnie, gładko, jak z poradnika. Jeśli nie przyjdzie, będę wiedziała, że esemes w niedzielę to jedyne, na co mogę liczyć.

Rysunek Kuby powiesiłam na lodówce. Patrzę na niego i próbuję zdecydować, czy odpisać Magdzie „oczywiście", jak zawsze - czy tym razem powiedzieć coś innego.