Po remoncie młodzi wstawili mi do salonu „na dwa tygodnie" kanapę, rowerek treningowy i osiem kartonów. Mija piąty miesiąc. Do okna przeciskam się bokiem, gości nie mam gdzie posadzić. Na każde pytanie słyszę to samo: „mamo, przecież ci to nie przeszkadza".

Przeszkadza. Jeszcze jak przeszkadza. Ale Tomek, mój jedyny syn, wypowiada to zdanie takim tonem, jakby mówił o pogodzie. Jakby to była oczywistość - że matka się zmieści, że matka się dostosuje, że matka przecież nie ma nic ważniejszego do roboty niż stać się magazynem dla cudzych rzeczy.

Zaczęło się niewinnie. W marcu Tomek zadzwonił z wiadomością, że z Agnieszką wreszcie biorą się za remont łazienki i kuchni. Cieszyli się jak dzieci, bo czekali na to trzy lata. Mieszkanie na Gocławiu kupili na kredyt, jeszcze przed ślubem, i od początku narzekali na układ. Ja powiedziałam: „nareszcie, to dobrze". A potem usłyszałam to pytanie.

- Mamo, moglibyśmy na chwilę wstawić ci parę rzeczy? Dosłownie na dwa tygodnie, góra trzy. Ekipa wchodzi w poniedziałek.

Dwa tygodnie. Góra trzy. Zapamiętałam to dokładnie, bo stałam wtedy przy oknie w salonie - przy tym samym oknie, do którego teraz przeciskam się bokiem - i patrzyłam na kwitnące kasztany na osiedlu. Był piękny marcowy dzień, taki z pierwszym prawdziwym ciepłem. Powiedziałam: „oczywiście, synku, przecież nie na ulicy to będziecie trzymać".

W sobotę przyjechali busem. Tomek, Agnieszka i jej brat Darek, taki milczek z wąsami, który w życiu do mnie nie powiedział więcej niż „dzień dobry". Wnosili kartony jeden za drugim. Kanapa - ta ich stara, kremowa, z plamą po winie na podłokietniku - ledwo się zmieściła przez drzwi. Rowerek treningowy Agnieszki, błyszczący, prawie nieużywany, ustawili pod ścianą przy telewizorze. Osiem kartonów - opisanych mazakiem: „kuchnia", „łazienka", „różne", „Agnieszka zimowe" - poustawiali wzdłuż drugiej ściany, pod regałem z moimi książkami.

- Mamo, nawet nie poczujesz - powiedział Tomek, otierając pot z czoła. - Za dwa tygodnie wszystko zabieramy.

Agnieszka uśmiechnęła się do mnie tym swoim uśmiechem - uprzejmym, ale takim, który nigdy nie sięga oczu. Od dziewięciu lat jest moją synową i do dziś nie wiem, co tak naprawdę o mnie myśli. Jest poprawna. Kulturalna. Na Wigilię przynosi sernik, na imieniny kwiaty. Ale między nami jest taka cienka, przezroczysta ściana, przez którą widzimy się nawzajem, lecz nie dotykamy.

Po dwóch tygodniach zadzwoniłam do Tomka. Ekipa się spóźnia, powiedział. Płytki nie dojechały. Hydraulik zachorował. Każdy tydzień przynosił nową wymówkę, każda brzmiała rozsądnie. A ja się nie kłóciłam, bo Bożena Witkowska, lat sześćdziesiąt dwa, emerytowana księgowa z Bielan, nigdy nie umiała się kłócić z własnym dzieckiem.

Pod koniec kwietnia zadzwoniła do mnie Lucyna, moja przyjaciółka z dawnej pracy. Powiedziała, że chce wpaść na herbatę. Poczułam skurcz w żołądku.

- Wiesz co, Lucynka, teraz mi nie pasuje - powiedziałam. - Mam tu mały bałagan po remoncie.

- Jakim remoncie? U ciebie? - zdziwiła się.

- Nie, u Tomka. Ale mam ich rzeczy na chwilę.

Skłamałam. Nie o fakty - o skalę. „Mały bałagan" to były osiem kartonów zajmujących pół salonu, kanapa ustawiona pod kątem do mojej starej kanapy, tak że żeby przejść między nimi, trzeba było iść bokiem jak krab, i rowerek treningowy, na którym suszyłam ścierki, bo do czego innego mi służył.

W maju pojechałam do nich na Gocław. Chciałam zobaczyć ten remont. Kuchnia była piękna - nowa, biała, z drewnianym blatem. Łazienka błyszczała. Agnieszka pokazywała mi każdy detal z dumą, a ja kiwałam głową i myślałam o jednym: jeśli remont jest gotowy, to dlaczego moje mieszkanie wciąż wygląda jak magazyn?

Przy kolacji powiedziałam to wprost. Starałam się mówić spokojnie, bez wyrzutów.

- Tomek, kuchnia wygląda ślicznie. Kiedy zabierzecie te kartony i kanapę?

Tomek spojrzał na Agnieszkę. Agnieszka spojrzała w talerz. I wtedy usłyszałam to zdanie po raz pierwszy w tej dokładnej formie:

- Mamo, przecież ci to nie przeszkadza.

Nie zapytał. Stwierdził. Jakby znał odpowiedź lepiej ode mnie.

Otworzyłam usta, żeby powiedzieć, że owszem, przeszkadza, i to bardzo. Ale Agnieszka wtrąciła coś o tym, że jeszcze nie mają szafy w sypialni i nie mają gdzie włożyć zimowych ubrań, i że to kwestia paru tygodni, i Tomek pokiwał głową, i ja pokiwałam głową, i tak się rozeszło. Jak zawsze.

Wracałam autobusem i płakałam. Nie z wielkiego żalu - z takiej cichej bezsilności, którą znają chyba tylko matki dorosłych dzieci. Bo co miałam zrobić? Postawić im kartony pod drzwiami? Zagrozić, że wyrzucę? To mój syn. Jedyny. Wychowywałam go sama od czternastego roku życia, odkąd Andrzej - mój były mąż - postanowił, że życie z sekretarką z biura podróży będzie ciekawsze niż z księgową i nastolatkiem.

Czerwiec. Potem lipiec. Na działce ROD u Lucyny piłam herbatę z cytryną i opowiadałam jej o wszystkim. Ona słuchała, potem powiedziała jedno zdanie, które utkwiło mi w głowie:

- Bożena, on nie traktuje cię jak matkę. On traktuje cię jak piwnicę.

Zabolało. Ale było w tym coś prawdziwego. Bo Tomek nigdy nie pytał, jak się czuję w tym zastawionym salonie. Nigdy nie zaproponował, że przynajmniej przesuną kartony. Dla niego moje mieszkanie stało się przedłużeniem jego mieszkania - takim dodatkowym pokojem, o który nie trzeba dbać.

W sierpniu podjęłam decyzję. Nie z dnia na dzień - narastała we mnie tygodniami, jak ciasto na drożdżach. W poniedziałek rano wstałam wcześniej niż zwykle. Zrobiłam sobie kawę, usiadłam na swojej kanapie - tej mojej, starej, z zielonym pokrowcem - i zadzwoniłam do Tomka.

- Synku, musicie zabrać rzeczy do piątku.

Cisza. Potem: - Mamo, ale czemu nagle? Przecież ci to nie przeszkadza.

- Przeszkadza mi, Tomek. Od pięciu miesięcy mi przeszkadza. Mówię ci to teraz jasno, żebyś nie mógł powiedzieć, że nie wiedziałeś.

Znowu cisza. Dłuższa. Słyszałam, jak w tle Agnieszka pyta: „kto dzwoni?". Tomek odchrząknął.

- Dobra, mamo. Pogadam z Agnieszką. Coś wymyślimy.

Rozłączyłam się. Ręce mi drżały. Postawiłam kawę na stoliku, między dwoma kartonami opisanymi „różne", i patrzyłam na kasztany za oknem, które teraz miały ciężkie, ciemnozielone liście. Pięć miesięcy. Pół roku prawie. A ja dopiero teraz powiedziałam „nie".

Jest czwartek. Piątek jutro. Tomek nie oddzwonił. Nie napisał SMS-a. Agnieszka też nie. Kartony stoją. Rowerek stoi. Kremowa kanapa z plamą po winie stoi.

Otwieram szafę i wyciągam obrus - ten odświętny, biały, z koronkowym brzegiem po mamie. Rozkładam go na stole, który jest teraz przyciśnięty do ściany. Wyciągam filiżanki. Dwie. Dzwonię do Lucyny.

- Lucynka, wpadniesz jutro na herbatę? Będzie ciasno, ale jakoś usiądziemy.

Jutro jest piątek. Albo przyjadą po swoje rzeczy, albo nie. Ale ja już się nie przesunę.