
Mieszkanie zapisałam u notariusza wnuczce - tej, która wozi mnie na badania i dzwoni w każdą środę. Rodzina zawrzała: „a my?! po równo się należy!". Odpowiedziałam raz, przy wszystkich: „po równo to była miłość. Wyszło różnie". Awantura trwa drugi miesiąc, ja śpię spokojnie.
A właściwie to nie do końca spokojnie. Bo spokój i cisza to nie to samo, a u mnie w nocy jest cicho jak w grobie. Telefon, który jeszcze pół roku temu dzwonił przynajmniej raz dziennie, teraz milczy. Syn Ryszard nie odzywa się wcale. Synowa Jolanta zablokowała mnie na tym swoim Facebooku, jakbym jej kiedykolwiek coś tam napisała. Wnuk Patryk przysłał jednego SMS-a: „Babciu, to niesprawiedliwe". Trzy słowa i kropka. Jakby całe moje siedemdziesiąt osiem lat dało się zmieścić w jednym SMS-ie.
Tylko Kasia dzwoni. W każdą środę, punktualnie o osiemnastej, jak zawsze. „Babciu, jadłaś obiad? Babciu, masz jeszcze te tabletki na ciśnienie? Babciu, w piątek cię zabieram na kontrolę do okulistki". Kasia. Moja wnuczka, córka mojej nieżyjącej córki Teresy. Ta, która nie musiała nic robić, a robi wszystko.
Ludzie myślą, że to proste - stara kobieta zapisała mieszkanie jednej wnuczce, bo jest złośliwa i chce skłócić rodzinę. Ale ja nie jestem złośliwa. Ja po prostu mam oczy i pamięć, choć reszta już szwankuje.
Mieszkam na Bielanach, trzecie piętro, blok z wielkiej płyty. Trzy pokoje z kuchnią, balkon na zachód. Z Henrykiem, moim mężem, wprowadziliśmy się tutaj w siedemdziesiątym szóstym roku. Henryk umarł jedenaście lat temu, odszedł cicho, we śnie, jak przystało na cichego człowieka. Od tamtej pory jestem tu sama. Pięćdziesiąt trzy metry kwadratowe, które nagle stały się „majątkiem", o który warto się bić.
Mieliśmy z Henrykiem dwójkę dzieci. Teresę i Ryszarda. Teresa - starsza o trzy lata - była taka jak ojciec. Spokojna, ciepła, nigdy głosu nie podniosła. Pracowała jako położna w szpitalu na Żoliborzu. Kiedy zachorowała, Kasia miała piętnaście lat. Rak trzustki, siedem miesięcy od diagnozy do pogrzebu. To był dwa tysiące dwunasty rok. Najgorszy rok mojego życia, gorszy nawet od tego, w którym straciłam Henryka.
Ryszard - to mój syn. Mówię „mój", choć czasem się zastanawiam, co to w ogóle znaczy. Ryszard jest elektrykiem, ma firmę pod Poznaniem, dobrze mu idzie. Żona Jolanta, dwóch synów - Patryk i Kamil. Nigdy nam niczego nie brakowało w relacjach, ale też nigdy nie było nadmiaru. Ryszard dzwonił w święta, przyjeżdżał na Wielkanoc i Wigilię, czasem przysłał kwiaty na Dzień Matki. Ot, normalny syn. Nie zły. Po prostu - na dystans.
Kiedy Henryk umierał, Ryszard przyjechał dwa razy. Raz na pogrzeb. Teresa przyjeżdżała co drugi dzień, z Kasią, z obiadem, z czystą pościelą. Nie powiedziałam wtedy nic. Zapisałam to sobie, ale nie w zeszycie - w środku.
Potem Teresa odeszła i zostałam naprawdę sama. Ryszard powiedział wtedy przy stypie: „Mamo, jakbyś czegoś potrzebowała, to dzwoń". Dzwoniłam. Trzy razy. Raz, żeby pomógł mi wymienić baterię w kranie. „Mamo, weź hydraulika, ja z Poznania nie przyjadę do kranu". Drugi raz, kiedy miałam operację kolana i ktoś musiał mnie odebrać ze szpitala. Przyjechała Jolanta, z taką miną, jakby ją z pracy wyrwano. Trzeci raz nie pamiętam, bo przestałam dzwonić.
A Kasia? Kasia po śmierci matki skończyła liceum, potem studia - farmację we Wrocławiu - i wróciła do Warszawy. Zamieszkała w kawalerce na Woli, którą wynajmuje za połowę pensji. Ma dwadzieścia siedem lat, pracuje w aptece przy Marszałkowskiej i do mojego bloku na Bielanach jedzie dwadzieścia pięć minut autobusem. Zna ten rozkład na pamięć.
Nie prosiłam jej o nic. Nigdy. To ona sama zadzwoniła któregoś dnia, chyba ze trzy lata temu, i powiedziała: „Babciu, w środę po pracy do ciebie wpadnę, dobrze?". I wpadła. I w następną środę też. I w kolejną. Potem zaczęła mnie wozić na wizyty lekarskie, bo ja już za kierownicą nie siadam, a taksówki mnie przerażają. Potem robiła mi zakupy w Biedronce, bo nogi mi puchną i trzy piętra bez windy to nie żart.
Ryszard o tym wiedział. Raz nawet powiedział przez telefon: „Dobrze, że Kasia się tobą zajmuje, mamo". Jakby mu kamień spadł z serca. Nie „przepraszam, że ja tego nie robię". Nie „może się zmieniajmy". Tylko ulga, że ktoś inny przejął temat.
Decyzję podjęłam w styczniu. Wracałam z Kasią z badania USG - okazało się, że mam kamienie w woreczku żółciowym, nic groźnego, ale trzeba obserwować. W aucie Kasia powiedziała: „Babciu, jakbyś potrzebowała operacji, to ja biorę urlop i się tobą zajmuję. Już rozmawiałam z kierowniczką". Powiedziała to tak naturalnie, jakby mówiła o pogodzie. Ja wtedy odwróciłam głowę do okna, bo mi łzy stanęły w oczach.
Następnego dnia zadzwoniłam do notariusza. Darowizna. Mieszkanie na Bielanach - na Katarzynę Wójcik, moją wnuczkę. Pani notariusz zapytała, czy jestem pewna. Powiedziałam, że pewniejsza niż kiedykolwiek w życiu.
Bomba wybuchła na Wielkanoc. Siedzieliśmy przy stole - ja, Ryszard z Jolantą, Patryk z dziewczyną, Kamil i Kasia. Jolanta zagadała o remoncie ich domu pod Poznaniem, potem rozmowa zeszła na ceny nieruchomości w Warszawie, i Kamil - ten młodszy, dwadzieścia dwa lata, na politologii - rzucił od niechcenia: „Babcia, a co z twoim mieszkaniem kiedyś? Podział na wszystkich?". Powiedział to z uśmiechem, jakby to był żart. Ale oczy miał poważne.
Nie zamierzałam mówić przy stole. Ale Kasia zrobiła się czerwona jak burak i widziałam, że zaraz zacznie przepraszać za coś, za co przepraszać nie powinna. Więc powiedziałam.
- Mieszkanie jest już zapisane. U notariusza. Na Kasię.
Cisza. Taka cisza, że słyszałam, jak w kuchni kapie kran, ten sam, którego Ryszard nie chciał naprawić.
Jolanta pierwsza otworzyła usta. - Jak to na Kasię? A my? A chłopcy? Pani Halino, to jest niesprawiedliwe!
- Po równo się należy - dodał Ryszard, odkładając widelec. - Mamo, to jest moje dziedzictwo też. Ja jestem twoim synem.
Patryk pokiwał głową. Kamil patrzył w talerz. Kasia siedziała z zaciśniętymi ustami, biała jak obrus.
I wtedy powiedziałam to, co powiedziałam. Spokojnie, bez podnoszenia głosu. Patrząc synowi prosto w oczy.
- Po równo to była miłość, Ryszardzie. Wyszło różnie.
Ryszard wstał od stołu. Jolanta wzięła torebkę. Chłopcy poszli za nimi. Drzwi się zamknęły. Kasia została. Posprzątałyśmy ze stołu w milczeniu. Dopiero przy zmywaniu powiedziała cicho: „Babciu, ja nie chcę, żebyś przez mnie straciła syna".
- Nie straciłam go przez ciebie, dziecko - odpowiedziałam. - Ja go straciłam dużo wcześniej. Tylko udawałam, że nie widzę.
Minęły dwa miesiące. Ryszard nie dzwoni. Jolanta podobno mówi po rodzinie, że jestem stara i nie wiem, co robię. Że Kasia mną manipuluje. Że trzeba sprawdzić, czy byłam poczytalna u tego notariusza. Niech sprawdza. Byłam poczytalna wtedy i jestem teraz.
Czasami w nocy leżę i myślę, czy postąpiłam słusznie. Nie z tym mieszkaniem - w tej kwestii nie mam wątpliwości. Ale z tym, jak to powiedziałam. Przy wszystkich, przy wielkanocnym stole, między żurkiem a mazurkiem. Może powinnam była inaczej. Może powinnam była porozmawiać z Ryszardem wcześniej, na osobności, wytłumaczyć. A może nie powinnam tłumaczyć niczego. Może siedemdziesiąt osiem lat wystarczy, żeby nie musieć się tłumaczyć.
Kasia dzwoni w środy. W tym tygodniu powiedziała, że Patryk napisał do niej na Messengerze. Że chce pogadać. Że może wpadnie do babci. Nie wiem, co z tego wyniknie. Nie wiem, czy Ryszard kiedyś zadzwoni. Nie wiem nawet, czy chcę, żeby zadzwonił - bo co miałby powiedzieć?
Wiem jedno. Ten kran w kuchni nadal kapie. I nikt go nie naprawi, jeśli nie zadzwonię po hydraulika sama.