
Prezenty dla wnuków od zawsze podpisuję „od Mikołaja" - taka nasza zabawa. W tym roku usłyszałam przy choince, jak synowa szepcze małej: „to od nas, kochanie, Mikołaja nie ma". Sweter, który robiłam na drutach trzy tygodnie, też był „od nas". Na przyszły rok podpiszę inaczej - imieniem i nazwiskiem.
Stoję teraz przy oknie z kubkiem ostygłej herbaty i ciągle wracam do tamtej chwili. Do szeptu, który nie był przeznaczony dla moich uszu. Do twarzy Hani - czterolatki, która spojrzała na matkę szeroko otwartymi oczami i powiedziała: „Ale babcia mówiła, że Mikołaj…". Patrycja szybko ją uciszyła. Nikt nie zauważył, że stoję w drzwiach salonu z talerzem piernika.
Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Wcześniej pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach - dwadzieścia osiem lat przy tych samych biurkach, z widokiem na ten sam parking. Mąż Zbyszek odszedł siedem lat temu, rak płuc, dziewięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Został mi syn Tomek, trzydzieści osiem lat, programista, i jego żona Patrycja, o dziesięć lat młodsza. I dwoje wnuków - Hania i Staś.
Z Patrycją od początku było trudno. Nie źle - trudno. To jest różnica, którą rozumie każda kobieta, która ma synową. Ona uprzejma, ja uprzejma, obie uśmiechnięte, a między nami cisza jak warstwa lodu na Wiśle w styczniu. Niby gładko, ale nie da się po niej chodzić bez ryzyka.
Kiedy urodziła się Hania, myślałam, że lód puści. Pojechałam do szpitala z rosołem w słoiku i skarpetkami, które zrobiłam na drutach - takimi malutkimi, różowymi, ze wstążeczką. Patrycja podziękowała, rosół zjadła, skarpetki widziałam potem raz - na jednym zdjęciu w telefonie Tomka. Nigdy na Hani.
Nie powiedziałam nic. Nie jestem z tych, co robią awantury. Moja matka powtarzała: „Krysiu, język za zębami, a ręce do roboty". Więc robiłam. Robiłam na drutach czapeczki, sweterki, szaliki. Robiłam pierogi na każde odwiedziny. Robiłam porządki w ich mieszkaniu, kiedy Patrycja leżała z Stasiem po cesarce. Myłam podłogi, prasowałam pieluszki tetrowe, bo Patrycja uparła się na tetrowe - ekologia.
I robiłam prezenty pod choinkę. Od pierwszych świąt Hani to była nasza tradycja - moja i Zbyszka, a potem już tylko moja. Każdy prezent podpisany „od Mikołaja", bo tak się przecież robi. Dziecko ma wierzyć, ma się cieszyć, ma mieć tę chwilę magii. Zbyszek ubierał się nawet w strój Mikołaja, kupiony na bazarze na Wolumenie, za duży w ramionach, za krótki w nogawkach. Śmialiśmy się, że wygląda jak Mikołaj po diecie. Po jego śmierci strój został w szafie. Nie miałam serca go wyrzucić.
W tym roku przygotowywałam się szczególnie starannie. Dla Hani - sweterek w kolorze lawendowym, z małym kotkiem na piersi, bo Hania kocha koty. Trzy tygodnie wieczorami, oczko po oczku, przy telewizorze. Oczy już nie te co kiedyś, musiałam robić pod lampą, z okularami na nosie i jeszcze lupą na stoliku. Dla Stasia - drewniany pociąg, kupiony w sklepie z zabawkami na Starym Mieście, porządna rzecz, nie plastik z marketu. Do tego książeczki, czekolada, mandarynki. Wszystko zapakowane w papier ze śnieżynkami, podpisane starannie: „Od Mikołaja".
Wigilię spędzaliśmy u Tomka i Patrycji na Ursynowie. Małe mieszkanie, ale ładne - Patrycja ma gust, tego jej nie odmówię. Minimalizm, jasne ściany, nad stołem lampa z mosiądzu. Przy stole puste nakrycie dla nieobecnych, jak się u nas robi. Pomyślałam o Zbyszku, jak zawsze.
Kolacja przeszła spokojnie. Barszcz z uszkami Patrycji, moje pierogi z kapustą i grzybami, ryba po grecku z przepisu jej matki. Kompot z suszu. Staś zasnął na kanapie przed prezentami, bo ma dopiero dwa lata i wigilia to dla niego za dużo wrażeń. Hania za to nie mogła się doczekać.
Kiedy Tomek wyniósł prezenty spod choinki, poszłam do kuchni po ciasto - sernik, mój, pieczony dzień wcześniej. I wtedy to usłyszałam.
Głos Patrycji, przyciszony, ale wyraźny w tej ciszy między kuchnią a salonem: „To od nas, kochanie, Mikołaja nie ma. To mama i tata ci kupili".
Hania trzymała w rękach pakę z moim sweterkiem. Tym lawendowym, z kotkiem. Trzy tygodnie roboty.
„Ale babcia mówiła…" - zaczęła Hania.
„Babcia lubi się bawić, ale to nieprawda, słoneczko. Prezenty kupują ludzie, nie Mikołaj".
Stałam z półmiskiem sernika i nie mogłam się ruszyć. Nie chodziło nawet o Mikołaja. Każda rodzina inaczej podchodzi do tego tematu, wiem. Jedni mówią prawdę wcześniej, inni później. Nie o to mi chodziło.
Chodziło o to „od nas". Ten sweterek, te trzy tygodnie - były „od nas". Patrycja i Tomek. Nie babcia. Babcia się nie liczyła. Babcia „lubi się bawić".
Weszłam do pokoju z sernikiem, postawiłam na stole, uśmiechnęłam się. Hania przymierzała sweterek i powiedziała: „Mamo, jaki ładny!". Mamo. Nie babciu.
Patrycja spojrzała na mnie - na sekundę, może dwie - i chyba zrozumiała, że słyszałam. Nic nie powiedziała. Ja też nic. Tomek kroił sernik i opowiadał o jakimś projekcie w pracy. Staś spał. Hania tuliła sweterek i mówiła do niego „kici kici".
Pojechałam do domu ostatnim autobusem. W bloku na klatce pachniało barszczem i smażoną rybą od sąsiadów. Weszłam do mieszkania, zapaliłam lampkę w przedpokoju i usiadłam w kurtce na taborecie. Siedziałam tak może dwadzieścia minut.
Potem zadzwonił Tomek. „Mamo, dojechałaś? Wszystko dobrze?"
„Dojechałam, synku. Wszystko dobrze."
Nie powiedziałam mu. Nie wiem, czy kiedykolwiek powiem. Bo co miałabym powiedzieć? Że twoja żona ukradła mi Mikołaja? Że trzy tygodnie robiłam na drutach prezent, który stał się „od was"? Że mam pretensje o szept przy choince? Brzmi śmiesznie. Brzmi jak fochy starej kobiety. Tomek pokiwałby głową, przeprosił za żonę i wieczorem byłaby kłótnia między nimi, a potem jeszcze większy chłód między mną a Patrycją.
Więc milczę. Jak milczałam o skarpetkach, o porządkach po cesarce, o tym, że Patrycja nigdy nie mówi „mama" o mnie, tylko „babcia Krysia" - nawet do Tomka, jakbym była kimś z dalszej rodziny.
Ale wracam do tego szeptu co wieczór. I myślę o nim nie ze złością - z czymś gorszym. Z uczuciem, że powoli znikam. Że za kilka lat Hania będzie wspominać święta i powie: „Rodzice dawali mi sweterki, a babcia przynosiła sernik". A może nawet sernika nie zapamięta.
Dwa dni temu zaczęłam robić na drutach nowy szalik. Wiosenny, lekki, z cienkiej bawełny, w kolorze miętowym - dla Hani na Wielkanoc. Przez chwilę chciałam podpisać „od Mikołaja Wielkanocnego" - taki żart, nasza stara zabawa.
Ale odłożyłam kartkę i wzięłam nową. Napisałam: „Od babci Krysi. Robiłam trzy wieczory i ukłułam się dwa razy. Kocham Cię, kotku".
Patrycja pewnie przeczyta i nic nie powie. Albo powie coś do Tomka wieczorem, kiedy Hania zaśnie. Nie wiem, czy to cokolwiek zmieni. Nie wiem, czy Hania kiedykolwiek zrozumie, ile godzin siedziała babcia z drutami przy lampie. Nie wiem nawet, czy powinnam tego od niej oczekiwać - ma cztery lata, na litość boską.
Wiem tylko, że nie chcę być już Mikołajem. Mikołaja można wymazać jednym szeptem. Babcię - trudniej.
A przynajmniej tak sobie powtarzam, zawijając ten szalik w biały papier z tulipanami.