Przez pięć lat byłam „na telefon": katar - jadę, przedszkole zamknięte - jadę, opiekunka zawiodła - jadę. Na wrzesień klub seniora zaplanował trzy dni w Darłówku; w przeddzień synowa: „Franio kaszle, pani odwoła". Nie odwołałam - pierwszy raz. Franio wyzdrowiał do niedzieli. Ja też.

Ale zanim opowiem o Darłówku, muszę opowiedzieć o tym, jak w ogóle zostałam babcią na etacie. Bo nikt mnie o to oficjalnie nie prosił. To się po prostu stało - jak wszystko w naszej rodzinie. Bez pytania, bez negocjacji. Z założeniem, że mama da radę. Że mama chce. Że mama nie ma nic lepszego do roboty.

Na imię mam Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzech jestem na emeryturze. Wcześniej pracowałam jako księgowa w hurtowni materiałów budowlanych pod Poznaniem. Trzydzieści jeden lat z fakturami, zestawieniami, kolumnami cyfr, które zawsze musiały się zgadzać. I się zgadzały. W pracy byłam precyzyjna. W życiu - za miękka.

Mój syn Darek ożenił się z Kasią, kiedy miał dwadzieścia osiem lat. Kasia jest miła. Naprawdę, nie mówię tego z przekąsem. Jest energiczna, zaradna, pracuje w marketingu w dużej firmie, zarabia lepiej niż Darek. Kiedy urodził się Franio, Kasia wzięła roczny urlop, a potem wróciła na pełen etat. I wtedy zadzwonił Darek.

- Mamo, Franio idzie do żłobka, ale wiesz, jak to jest. Będzie chorował. Kasia nie może brać ciągle zwolnień, bo ją zwolnią. Ja też nie mogę. Jakbyś mogła czasem podskoczyć…

Czasem. To słowo „czasem" weszło mi w życie jak woda w szczeliny fundamentu - powoli, niezauważalnie, aż nagle odkryłam, że wszystko jest podmokłe.

Pierwszy rok Frania w żłobku to były czternaście razy, kiedy jechałam na drugi koniec Poznania autobusem numer 74, potem tramwajem, potem jeszcze pieszo pod górkę. Katar, gorączka, ospa, zapalenie ucha, rotawirus. Pamiętam każdą chorobę, bo przy każdej nosiłam tego chłopca po mieszkaniu Darka, śpiewając mu „Była sobie żabka mała" i gotując rosół z makaronem literkami, bo innego nie jadł.

Potem żłobek zamienił się w przedszkole, ale telefony nie przestały. Zmienił się tylko repertuar. „Mamo, przedszkole zamknięte - awaria rur." „Mamo, opiekunka się rozchorowała, a my mamy spotkanie w Warszawie." „Mamo, Franio pyta, czy babcia przyjedzie." To ostatnie było najskuteczniejsze. Bo jak tu odmówić Franiowi?

Nie narzekałam. A raczej - narzekałam, ale tylko Zofii z klubu seniora, przy herbacie z cytryną i serniku, który piekła Lucyna z naszego osiedla. Zofia słuchała, kiwała głową i mówiła: - Halina, ty się dasz na wycieraczkę prędzej czy później.

Ja odpowiadałam, że przesadza. Że to normalne. Że babcie po to są. Że moja mama też mi pomagała. Ale moja mama mieszkała dwa domy dalej, a nie godzinę autobusu stąd. I moja mama nigdy nie musiała odwoływać swoich planów, bo ja jej ich nie niszczyłam.

Bo moje plany zaczęły się kruszyć. Najpierw odwołałam wyjazd na grzyby z klubem - Franio miał anginę. Potem zrezygnowałam z kursu ceramiki - bo „a jak zadzwonią?". Przestałam się zapisywać na wycieczki jednodniowe, bo co z tego, że jadę do Rogalina, skoro i tak będę siedziała z telefonem w ręku jak na dyżurze. Moje życie towarzyskie skurczyło się do wtorków i czwartków w klubie seniora, i to pod warunkiem, że Franio był zdrowy.

Henryk, mój mąż - a raczej były mąż, bo rozeszliśmy się piętnaście lat temu - powiedział mi kiedyś przy okazji komunii Frania: - Halusia, ty wyglądasz na zmęczoną. Jedź gdzieś. Odpuść im trochę.

Skwitowałam to krótkim: - Ty mi nie mów, jak żyć, Henryk, bo sam sobie nie poradziłeś.

Ale wiedziałam, że miał rację. Wiedziałam to w kościach, w plecach, które bolały od dźwigania dwudziestopięciokilowego Frania na trzecie piętro bez windy, w oczach, które wieczorem były tak zmęczone, że nie mogłam przeczytać nawet jednego rozdziału kryminału.

Darłówko pojawiło się w czerwcu. Zofia przyniosła ulotkę na wtorkowe spotkanie. Trzy dni, pensjonat z widokiem na morze, pełne wyżywienie, spacer po molo, rejs stateczkiem. Cena przyzwoita. - Halina, jedziemy - powiedziała tonem, który nie znosi sprzeciwu. Wpłaciłam zaliczkę następnego dnia. Dwa tygodnie później powiedziałam Darkowi.

- To świetnie, mamo! Zasługujesz - odpowiedział, a ja poczułam ulgę, że nie będzie problemu.

Problem zaczął się dwudziestego ósmego sierpnia. Telefon od Kasi, godzina dwudziesta, Franio w tle kaszle jak mały foczek.

- Proszę pani, Franio jest przeziębiony, naprawdę mocno. Ja mam w poniedziałek prezentację dla zarządu, Darek jedzie na montaż do Kalisza. Pani chyba odwoła ten wyjazd? Trzy dni to nie koniec świata.

Pani. Kasia mówiła do mnie „proszę pani". Po pięciu latach. Zacisnęłam palce na telefonie tak mocno, że później miałam białe ślady na skórze.

- Kasiu, wyjazd jest opłacony. Autokar jedzie rano.

Cisza. Potem głos Darka w tle, przytłumiony: - Daj, ja pogadam. - I już do mnie: - Mamo, no wiesz, Franio jest chory. Pojedź w październiku gdzieś.

- W październiku klub nic nie organizuje. Jadę do Darłówka, Darek.

To było może dziesięć sekund ciszy, ale ja usłyszałam w niej wszystko. Zaskoczenie. Irytację. I coś, czego mój syn chyba nigdy wcześniej wobec mnie nie poczuł - brak kontroli.

- No dobrze - powiedział w końcu. - To wezmę dzień z urlopu.

Nie zadzwoniłam, żeby sprawdzić, czy wzięli sobie radę. Przez całą drogę autokarem patrzyłam przez okno i czułam w żołądku coś dziwnego - jak bąbelek powietrza, który nie wiadomo, czy to radość, czy wyrzuty sumienia. Zofia siedziała obok, częstowała mnie krówkami i mówiła o tym, że w Darłówku jest najlepszy lód cytrynowy w Polsce. Nie pytała o Frania. Wiedziała.

W pensjonacie miałam pokój z widokiem na port. Pachniało solą i rybą. Pierwszego wieczoru stałam na balkonie i myślałam o tym, jak dawno nie słyszałam morza. Pięć lat? Siedem? Ostatni raz z Henrykiem, w Kołobrzegu, kiedy jeszcze próbowaliśmy ratować coś, co już dawno się rozpadło.

Drugiego dnia przyszedł SMS od Darka: „Franio lepiej, daliśmy radę, jedz rybę i odpoczywaj". Przeczytałam go trzy razy. Nie „mamo, wracaj". Nie „jest źle". Daliśmy radę. Poczułam coś w gardle - nie smutek, nie ulgę. Raczej żal za te wszystkie razy, kiedy mogłam powiedzieć „nie" i nie powiedziałam. Za wycieczki, których nie było. Za ceramikę, której nie zrobiłam. Za wieczory, które spędzałam z termometrem zamiast z książką.

Trzeciego dnia, na molo, Zofia zapytała: - I co, Halina? Żyjesz?

- Żyję - odpowiedziałam. I sama się zdziwiłam, że mówię to tak, jakbym dopiero to odkryła.

Wróciłam w niedzielę po południu. Franio był zdrowy - kaszlał jeszcze trochę, ale biegał po mieszkaniu z plastikowym samolotem i krzyczał „babcia, babcia!" na mój widok. Kasia zrobiła herbatę. Była uprzejma. Nie zimna, nie wroga - po prostu uprzejma. Jak do kogoś, kto po raz pierwszy powiedział „nie" i trzeba się do tego przyzwyczaić.

Darek odprowadził mnie na przystanek. Szliśmy obok siebie, nic nie mówiąc. Przed autobusem powiedział cicho: - Mamo, fajnie, że pojechałaś.

Nie wiem, czy to mówił szczerze. Może tak. A może próbował naprawić coś, co poczuł tamtego wieczoru przez telefon. Nie pytałam. Wsiadłam do autobusu, pomachałam mu przez szybę, a potem patrzyłam na mijane ulice Poznania i myślałam o jednym: w przyszłym tygodniu Zofia przyniesie nową ulotkę. I ja wpłacę zaliczkę. Albo nie. Ale tym razem to będzie moja decyzja.

Franio wyzdrowiał do niedzieli. Ja chyba też. Chociaż - szczerze? Jeszcze nie wiem do końca.