
Szukałam u córki długopisu i znalazłam kartkę: „Rozmowa z mamą - plan". Punkty: zacząć od zdrowia, wspomnieć zimę i schody, Frania „że blisko", o sprzedaży NIE mówić wprost. W niedzielę rozmowa odbyła się punkt po punkcie, jak z kartki. Na koniec spytałam: „a teraz punkt o sprzedaży - wprost czy nie wprost?". Cisza była długa.
Kartka leżała między rachunkiem za gaz a zeszytem z przepisami, które Basia przepisywała z internetu. Zwykła kartka wyrwana z kołonotatnika, w kratkę, z postrzępionym brzegiem. Pismo mojej córki - drobne, staranne, z charakterystycznym zawinięciem litery „z", które odziedziczyła po ojcu. Stałam z nią przy biurku w jej pokoju, a w kuchni Basia kroiła cebulę do pierogi, które obiecała na niedzielę. Normalny piątkowy wieczór. Normalny, do momentu kiedy przeczytałam pierwsze zdanie.
„Rozmowa z mamą - plan". Nie „rozmowa z mamą", nie „pogadać z mamą". Plan. Z punktami, podpunktami i jednym zdaniem podkreślonym na czerwono: „o sprzedaży NIE mówić wprost". To słowo „NIE" napisane wielkimi literami, jakby Basia bała się, że zapomni. Że wyrwie jej się prawda.
Schowałam kartkę do kieszeni fartucha. Wróciłam do kuchni. Basia stała przy blacie, w swoim błękitnym fartuchu, z włosami spiętymi w kucyk, i wyglądała dokładnie tak jak ja trzydzieści lat temu - ta sama sylwetka, te same dłonie, ten sam sposób pochylania głowy nad deską do krojenia.
- Mamo, znalazłaś ten długopis? - spytała, nie odwracając się.
- Znalazłam - powiedziałam. I to była ostatnia chwila, kiedy między nami było jeszcze normalnie.
Mam na imię Halina i od czterdziestu jeden lat mieszkam w tym samym mieszkaniu na Bielanach. Trzecie piętro, bez windy, klatka schodowa z lastryko, które mój Zbyszek sam fugował w osiemdziesiątym trzecim roku. Zbyszek odszedł siedem lat temu, rak płuc, osiem miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Zostałam z tym mieszkaniem, z albumami zdjęć, z meblościanką, której nikt nie chce, i z dwójką dorosłych dzieci, które jakoś ułożyły sobie życie. Basia ma czterdzieści dwa lata, mieszka dwadzieścia minut autobusem, pracuje w księgowości w firmie budowlanej. Jej brat Tomek jest w Poznaniu, jeździ tirem na trasach międzynarodowych, dzwoni w niedziele.
To mieszkanie - sześćdziesiąt trzy metry, trzy pokoje, balkon z widokiem na park Olszyna - jest wszystkim, co mam. Nie wartością rynkową, chociaż wiem, że na Bielanach metr kwadratowy kosztuje teraz fortunę. Jest moim domem. Są tu ślady po Zbyszku - zaciek na suficie w łazience, który naprawiał trzy razy i za każdym razem wracał. Jest framuga drzwi, na której obie dzieci mają narysowane wzrosty z datami. Jest kuchnia, w której ugotowałam może dziesięć tysięcy obiadów.
Ale są też te schody. Trzecie piętro. Kolana, które od dwóch lat odmawiają współpracy. Zima, kiedy klatka schodowa zamienia się w lodowisko i jeden nieostrożny krok może oznaczać złamanie biodra. W styczniu poślizgnęłam się na drugim piętrze i gdyby nie poręcz, leżałabym na pogotowiu. Basia o tym wie. Tomek o tym wie.
I Frania o tym wie. Frania to moja siostra, młodsza o cztery lata, mieszka na parterze w bloku na Woli. Dwa pokoje, ale za to winda, portiernia i przychodnia przez ulicę. Od roku Frania powtarza, że mogłabym zamieszkać u niej. „Halu, mam ten drugi pokój, stoi pusty od kiedy Kryśka wyjechała do Irlandii. Byłoby nam raźniej." Zawsze odpowiadam to samo: „Franiu, ja mam swoje mieszkanie. Po co mi twój pokój?"
Ale teraz, z tą kartką w kieszeni fartucha, zrozumiałam, że Basia widzi to inaczej. Basia widzi kobietę po sześćdziesiąt pięć lat, z chorymi kolanami, na trzecim piętrze bez windy, z mieszkaniem wartym - ile? Pięćset tysięcy? Sześćset? Basia widzi problem i rozwiązanie. I ma plan.
Przez całą sobotę nie powiedziałam ani słowa. Chodziłam po mieszkaniu, dotykałam mebli, stałam przy oknie. Liczyłam schody - sześćdziesiąt dwa stopnie od drzwi wejściowych do mojego progu. Przez sześćdziesiąt dwa stopnie moje córka chce mnie przehandlować do Frani.
W niedzielę Basia przyjechała jak zwykle, z siatką zakupów i pierogami w plastikowym pojemniku. Usiadłyśmy w kuchni. Herbata, cukier, cytrynamatka i córka, jak co tydzień.
- Mamo, jak się czujesz? - zaczęła Basia.
Punkt pierwszy. Zacząć od zdrowia.
- Dobrze - powiedziałam. - Kolano trochę daje znać, ale poza tym dobrze.
- No właśnie, mamo. Wiesz, zima była ciężka w tym roku. Te schody…
Punkt drugi. Wspomnieć zimę i schody.
- Schody są jakie są - odpowiedziałam spokojnie.
- A Frania dzwoniła? Bo mówiła mi, że byście mogły…
Punkt trzeci. Frania „że blisko".
Patrzyłam na Basię i widziałam, jak pracuje jej głowa. Jak odznacza w myślach kolejne punkty. Jak się pilnuje, żeby nie powiedzieć za dużo, żeby nie wejść na ten podkreślony czerwonym punkt, o którym NIE miała mówić wprost.
- Mamo, ja po prostu myślę, że… no wiesz. Że może warto byłoby rozważyć takie… inne rozwiązanie. Żebyś była bezpieczna. Bliżej. Frania by się ucieszyła.
Piła herbatę małymi łykami. Unikała mojego wzroku.
Cisza między nami pachniała pierogami i środkiem do mycia podłóg. Za oknem sąsiadka z drugiego piętra trzepała dywan na trzepaku, który Zbyszek pomagał montować dwadzieścia lat temu. Autobus 181 przejechał ulicą.
- Basiu - powiedziałam w końcu. - Ja znalazłam tę kartkę.
Jej łyżeczka zastygła w powietrzu.
- Jaką kartkę?
- Tę z planem. „Rozmowa z mamą - plan". Z punktami.
Basia postawiła łyżeczkę na spodeczku. Powoli, bardzo powoli, jakby każdy ruch wymagał namysłu.
- Mamo, to nie tak…
- A teraz - przerwałam jej - punkt o sprzedaży. Wprost czy nie wprost?
Cisza była długa. Trwała może minutę, może pięć. Basia patrzyła w swój kubek. Ja patrzyłam na Basię. Za oknem skrzeczały kawki.
- Wprost - powiedziała wreszcie, nie podnosząc oczu. - Tomek dzwonił. Potrzebuje pieniędzy na wkład własny. Ja… mam zaległości w kredycie. Trzy raty. Mamo, ja nie chciałam tak. Naprawdę się o ciebie martwię, te schody, te kolana. Ale tak, jest też to drugie. I nie umiem tego rozdzielić. Sama nie wiem już, co w tym jest troska, a co…
Nie dokończyła.
Siedziałam i patrzyłam na swoją córkę, która miała łzy w oczach i zaciśnięte dłonie. Na córkę, która napisała plan rozmowy z własną matką, bo bała się, że inaczej nie da rady. Na córkę, która może naprawdę się o mnie martwiła. A może naprawdę potrzebowała pieniędzy. A może jedno i drugie naraz, bo w życiu nigdy nie jest tak, że powód jest tylko jeden.
Wstałam, podeszłam do okna. Sześćdziesiąt dwa stopnie w dół. Trzy pokoje, balkon, widok na park. Framuga z wzrostami dzieci. Zaciek po Zbyszku.
- Zadzwonię do Frani - powiedziałam.
Basia podniosła głowę.
- Ale nie dlatego, że mi kazałaś. I nie dlatego, że Tomek potrzebuje pieniędzy. Zadzwonię, bo chcę z nią porozmawiać. A potem pomyślę. Sama.
Basia kiwnęła głową. Dopiliśmy herbatę w ciszy.
Wieczorem, kiedy wyjechała, usiadłam w fotelu Zbyszka i wyciągnęłam tę kartkę. Pogładziłam palcem drobne, staranne pismo z zawinięciem litery „z". I pomyślałam, że najtrudniejsze w starości nie są schody. Najtrudniejsze jest to, że nie wiesz, kiedy twoje dzieci mówią do ciebie z miłości, a kiedy z kalkulacji. I że one same chyba też tego nie wiedzą.