W zeszłym miesiącu obeszłam ludzi, którym chciałam podziękować „na wszelki wypadek": panią z apteki, listonosza, Edka od ziemniaków, doktor Lipską. Dzieci wpadły w popłoch: „mamo, co ci powiedzieli lekarze?!". Nic. Po prostu wolę dziękować żywa - żywym. W planach mam jeszcze trzydzieści lat dziękowania.
Zaczęło się od Heleny. Od pogrzebu Heleny, żeby być precyzyjną. Stałyśmy z Krysią przy grobie, w tym deszczu, który w listopadzie leje tak, jakby niebo nie miało żadnych innych pomysłów. Ksiądz mówił coś o życiu wiecznym, a ja patrzyłam na wieniec od córki Heleny - na szarfie napisano „Kochanej Mamie". I wtedy pomyślałam: czy Helena wiedziała? Czy ktokolwiek jej powiedział za życia, że jest kochana? Bo ja - przez czterdzieści lat sąsiedztwa - nie jestem pewna, czy kiedykolwiek powiedziałam jej coś więcej niż „dzień dobry" i „straszna pogoda".
Mam na imię Bożena, skończyłam w kwietniu sześćdziesiąt cztery lata i od dwóch jestem na emeryturze. Trzydzieści jeden lat przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach, tej samej, w której mieszkam do dzisiaj. Blok z wielkiej płyty, trzecie piętro, widok na plac zabaw i kasztanowiec, który pamięta czasy, kiedy moje dzieci jeszcze na nim wieszały huśtawki z opon. Mąż Andrzej umarł sześć lat temu - rak trzustki, szybko, brutalnie, bez pożegnania. Zostały mi córka Magda w Poznaniu, syn Tomek tutaj w Warszawie i wnuczka Zosia, która ma pięć lat i mówi na mnie „Baba Boża", bo „Bożena" jest za trudne.
Po pogrzebie Heleny wróciłam do domu i usiadłam w kuchni. Herbata z cytryną, jak zawsze. Cisza, jak zawsze. I nagle ta myśl, prosta jak drut: ile osób, które widuję codziennie, nie wie, że są dla mnie ważne? I ile z nich jutro może nie być?
Andrzej nie usłyszał ode mnie „dziękuję" wystarczająco wiele razy. Wiem to teraz. Wtedy byłam zbyt zajęta rachunkami, gotowaniem, praniem, wożeniem dzieci na angielski i na pływalnię. Kiedy zachorował, miałam trzy tygodnie. Trzy tygodnie to dużo, jeśli chcesz się pożegnać. Ale to za mało, jeśli chcesz nadrobić dwadzieścia pięć lat niedopowiedzianych zdań.
Listę zrobiłam na odwrocie paragonu z Biedronki. Siedemnaście osób. Nie rodzina - rodzinie powiem osobno, na spokojnie. Na liście byli ci, których widywałam regularnie, a którym nigdy nie powiedziałam nic więcej niż „proszę", „dziękuję", „do widzenia".
Pierwsza była pani Jadzia z apteki na rogu Kasprowicza. Chodziłam do niej od piętnastu lat. Znała moje leki lepiej niż ja sama. Kiedy Andrzej umierał, to ona szeptem tłumaczyła mi, jakie dawki morfiny podawać, i podawała chusteczki zza lady, kiedy nie mogłam powstrzymać łez przy kasie. Weszłam do apteki we wtorek po południu. Podałam jej kopertę z kartką. Napisałam na niej: „Pani Jadziu, dziękuję za piętnaście lat cierpliwości i za to, że pani nigdy nie kazała mi się nie martwić. Bo pani wiedziała, że martwić się trzeba było." Pani Jadzia przeczytała, zdjęła okulary, odłożyła je na ladę i powiedziała: „Pani Bożenko, ja to schowam do szuflady i będę czytała, jak będzie mi ciężko." I obie przez chwilę milczałyśmy, bo nic więcej nie trzeba było mówić.
Edek od ziemniaków na targowisku - wielki chłop z wąsami, ręce jak łopaty - dostał swoją kopertę w sobotę rano. Przeczytał, skrzywił się, jakby go ktoś uderzył, i burknął: „A co pani, umierać się wybiera?" „Nie - odpowiedziałam - żyć się wybieram." Pokręcił głową, dorzucił mi pół kilo marchewki gratis i odwrócił się do następnego klienta. Ale widziałam, że kopertę schował do kieszeni kurtki, a nie wyrzucił do skrzynki na śmieci.
Listonosz pan Rysiek dostał kopertę we własne ręce, co go bardzo rozbawiło. „O, pierwszy raz ktoś listonoszowi list daje zamiast odbierać" - śmiał się na klatce schodowej. Potem przeczytał, kiwnął głową i powiedział cicho: „Pani Bożeno, nikt mi czegoś takiego nie napisał. Nawet żona." Potem dodał szybko: „Ale żonie proszę nie mówić."
Doktor Lipska - moja lekarka rodzinna od dwudziestu lat - była najtrudniejsza. Bo do niej nie chodziłam po dziękowanie, tylko po skierowania i recepty. Siedziałyśmy w jej gabinecie, ona patrzyła na mnie nad okularami i czekała. Podałam jej kopertę. Przeczytała. Ściągnęła okulary. „Pani Bożeno - powiedziała powoli - muszę zapytać wprost. Czy pani ma myśli samobójcze?" Roześmiałam się. Naprawdę, szczerze się roześmiałam. „Pani doktor, ja mam myśli życiowe. Po prostu stwierdziłam, że wolę dziękować, póki jeszcze mogę patrzeć ludziom w oczy."
Doktor Lipska pokiwała głową, ale widziałam, że nie do końca mi wierzy. I nie winię jej. Bo w naszym świecie, kiedy ktoś zaczyna dziękować i porządkować relacje, to znaczy, że się żegna. My nie mamy języka na wdzięczność bez powodu. Nie umiemy powiedzieć „jesteś ważny" bez pretekstu urodzin, jubileuszu, choroby albo śmierci.
Magda zadzwoniła pierwsza, w niedzielę wieczorem. „Mamo, co ci powiedzieli lekarze?!" W jej głosie była ta sama panika, co wtedy, kiedy dzwoniłam jej o trzeciej w nocy, że tata jest w szpitalu. „Nic mi nie powiedzieli, córeczko - westchnęłam. - Skąd to w ogóle masz?" „Pani z apteki powiedziała pani Krysi, pani Krysia powiedziała Tomkowi, Tomek zadzwonił do mnie." Piękny łańcuszek plotek, godny naszego osiedla.
Tomek przyjechał następnego dnia. Usiadł w mojej kuchni, odmówił herbaty, co u Tomka znaczy stan alarmowy, i powiedział: „Mamo, mów prawdę. Badania wyszły źle?" Patrzyłam na niego - czterdziestoletni mężczyzna z siwiejącymi skroniami, z oczami Andrzeja - i widziałam znowu tego chłopca, który w nocy przychodził do naszego łóżka, bo bał się burzy. „Tomku - powiedziałam - nie umieram. Wszystkie badania w normie. Ciśnienie trzymam, cukier trzymam, kolano mnie boli, ale kolano boli wszystkich w moim wieku." Patrzył na mnie podejrzliwie. „To czemu obchodzisz ludzi z kopertami jak… jak..." „Jak ktoś, kto się żegna?" - dokończyłam za niego. „Tak." „Bo stwierdziłam, że pożegnanie to za późno." Milczał długo. Potem zapytał: „A nam? Nam też napiszesz?"
I to mnie złamało. To jedno pytanie. Bo uświadomiłam sobie, że obeszłam siedemnaście osób - panią z apteki, listonosza, doktor Lipską, Edka, sąsiadkę z parteru, panią z biblioteki, fryzjerkę, ekspedientkę z piekarni - a własnym dzieciom jeszcze nie powiedziałam. I nie dlatego, że je kocham mniej. Dlatego, że z nimi jest najtrudniej. Bo obcym mówisz „dziękuję" i odchodzisz. A dzieciom mówisz „dziękuję" i one chcą wiedzieć, za co dokładnie. I wtedy musisz powiedzieć też to, za co nie dziękujesz. I to, czego żałujesz. I to, co zrobiłabyś inaczej.
Tomek wyjechał z kotem w ramionach - Zosia prosiła, żebym jej pokazała kotka - i z obietnicą, że przyjadą na obiad w sobotę. Magda zadzwoniła jeszcze raz wieczorem. Tym razem spokojniejsza. „Mamo, to naprawdę piękne, co robisz. Ale wiesz, że ludzie myślą, że umierasz?" „Niech myślą - odpowiedziałam. - Może dzięki temu sami komuś podziękują."
Na liście zostały mi jeszcze trzy osoby. Pani z biblioteki na Słodowcu, która przez lata odkładała mi pod ladę kryminały Joanny Chmielewskiej, bo wiedziała, że lubię. Pan Bogdan z kiosku, który zawsze dawał mi „Tele Tydzień" za darmo, kiedy zostawał mu nadmiarowy egzemplarz. I Krysia z trzeciego piętra - moja najstarsza znajoma na osiedlu, czterdzieści lat razem na tej samej klatce schodowej.
Z Krysią będzie najtrudniej. Bo Krysi nie wystarczy kartka. Krysia będzie chciała usiąść, napić się kawy, porozmawiać godzinę. I zapytać, czy to naprawdę koniec. A ja nie będę wiedziała, co odpowiedzieć. Bo z Krysią to nie jest „dziękuję za uprzejmość". Z Krysią to jest czterdzieści lat życia ściana w ścianę - jej rozwód, moja żałoba, jej syn alkoholik, moja córka na emigracji. Krysia wie o mnie rzeczy, których nie wiedzą moje dzieci. I „dziękuję" brzmi przy tym wszystkim absurdalnie mało.
Siedzę dziś na balkonie, kasztanowiec kwitnie, Zosia jedzie na rowerku po chodniku w dole, a ja myślę o tym, że mam jeszcze siedemnaście kopert do napisania. Albo dwadzieścia. Albo sto. Lista się rozrasta, bo im dłużej myślę, tym więcej osób widzę. I boję się jednego: że zabraknie mi czasu. Nie dlatego, że jestem chora. Dlatego, że ludzie odchodzą szybciej, niż zdążymy im powiedzieć cokolwiek.
Tomek napisał mi wczoraj SMS-a. Jednego. „Mamo, ja też dziękuję. Ale nie napisałem za co, bo potrzebuję na to więcej niż 160 znaków." Przeczytałam to trzy razy. I nie odpisałam. Bo czasem milczenie jest odpowiedzią - a czasem jest pytaniem, na które nie mam jeszcze odwagi szukać słów.