Henryk złapał zapalenie oskrzeli - leżał tydzień. Jego dzieci z Wrocławia poznały mnie przez garnek: przyjechali, a w kuchni rosół, na stoliku grafik leków moją ręką. Syn Henryka przy pożegnaniu: „tata mówił o pani. Nie mówił, że aż tak". Aż tak. W naszym wieku kocha się konkretnie: rosołem, grafikiem, obecnością.

Ale to zdanie - „aż tak" - krążyło mi w głowie jeszcze długo po tym, jak Tomek wsiadł z żoną do samochodu i odjechał w stronę autostrady. Stałam w oknie kuchni Henryka, patrzyłam na puste miejsce parkingowe i zastanawiałam się, co właściwie ten młody człowiek miał na myśli. Podziw? Zdziwienie? A może cichą pretensję, że ktoś obcy zajął miejsce przy łóżku jego ojca?

Henryk spał w sypialni. Oddech miał ciężki, świszczący, ale już nie tak straszny jak trzy dni wcześniej, kiedy o drugiej w nocy zadzwonił, ledwo łapiąc powietrze. Przyjechałam wtedy w kapciach i kurtce narzuconej na koszulę nocną, prosto z mojego bloku na Grabiszynie. Dziesięć minut pieszo. W naszym wieku to dużo i mało jednocześnie.

Nazywam się Lucyna, mam sześćdziesiąt trzy lata i od dwóch lat jestem na emeryturze. Trzydzieści osiem lat przepracowałam w księgowości we wrocławskiej drukarni - najpierw przy maszynach liczących, potem przy komputerach, na końcu przy Excelu, którego nigdy do końca nie polubiłam. Mąż, Bogdan, odszedł osiem lat temu. Nie umarł - odszedł. Do koleżanki z pracy. Miałam wtedy pięćdziesiąt pięć lat, dorosłą córkę w Gdańsku i poczucie, że świat się właśnie skończył.

Nie skończył się. Świat nigdy się nie kończy, nawet kiedy człowiek bardzo by chciał.

Henryka poznałam na działce ROD. Moja parcela sąsiadowała z jego od lat, ale jakoś nigdy nie zamieniliśmy więcej niż „dzień dobry" i „ładna pogoda na pomidory". On przychodził z żoną Ireną, ja z Bogdanem, potem ja sama, a w końcu on sam - bo Irena zmarła cztery lata temu na raka trzustki. Widziałam, jak po jej śmierci działka zaczęła zarastać. Najpierw chwasty między grządkami, potem pokrzywy pod płotem, w końcu maliny weszły na ścieżkę i trudno było przejść do altany.

Pewnego czerwcowego popołudnia podeszłam do siatki i powiedziałam:

- Panie Henryku, mam za dużo truskawek. Weźmie pan?

Patrzył na mnie tak, jakbym mówiła w obcym języku. Potem kiwnął głową. Przyniosłam mu miseczkę, a on zaparzył herbatę w starej altanie. Siedzieliśmy na rozchybotanych krzesłach, jedliśmy truskawki i milczeliśmy. To było dobre milczenie. Takie, które niczego od ciebie nie chce.

Od truskawek zaczęło się powoli. Wspólne podlewanie, bo on miał lepszy wąż ogrodowy. Potem kawa u niego w domu - mieszkał na tym samym osiedlu co ja, trzy bloki dalej. Spacery wieczorne, kiedy powietrze pachniało lipami. Rozmowy, w których nie musieliśmy niczego udawać. Henryk miał sześćdziesiąt siedem lat, był emerytowanym elektrykiem, miał duże, szorstkie dłonie i sposób patrzenia, od którego robiło mi się ciepło w środku.

Nie mówiliśmy nikomu. A raczej - nie ogłaszaliśmy. Sąsiedzi pewnie widzieli, że wchodzę do jego klatki albo on do mojej. Moja córka Agnieszka wiedziała - powiedziałam jej po trzech miesiącach, przez telefon, i usłyszałam ciszę, a potem ostrożne: „Mamo, a on jest... w porządku?". Jakbym miała piętnaście lat i przyprowadzała chłopaka ze złą reputacją.

- Jest w porządku, Agnieszko. W porządku jak dobrze naprawiony kran. Nic nie cieknie, wszystko działa.

Agnieszka się zaśmiała. Powiedziała: „To się cieszę". I wróciła do rozmowy o przedszkolu wnuczki. Temat zamknięty. Łatwy.

Z dziećmi Henryka było inaczej.

Tomek mieszkał we Wrocławiu, ale po drugiej stronie miasta - widywał ojca raz na dwa, trzy tygodnie. Miał żonę Kasię, dwójkę dzieci, firmę remontową i wieczny brak czasu. Córka Henryka, Magda, wyjechała do Irlandii jeszcze za życia Ireny. Dzwoniła w niedziele, krótko. Henryk nigdy nie narzekał, ale widziałam, jak odkłada telefon po jej połączeniach i siada ciężko w fotelu, jakby nagle przybyło mu dziesięć lat.

On im o mnie nie mówił. Nie wprost. „Tata mówił o pani" - powiedział Tomek, ale ja wiedziałam, że Henryk musiał to robić w swoim stylu. Półsłówkami. „Sąsiadka pomogła z zakupami." „Kolega z działki przyniósł kompot." On się wstydził - nie mnie, ale sytuacji. Jakby w naszym wieku miłość była czymś niestosownym. Jakby po Irenie nie wolno mu było.

A potem przyszło to zapalenie oskrzeli.

Przyjechałam do niego tamtej nocy, zmierzyłam temperaturę - trzydzieści dziewięć i dwa. Rano zadzwoniłam do przychodni, umówiłam wizytę, poszłam po receptę, poszłam do apteki. Ugotowałam rosół, bo rosół leczy wszystko - tak mówiła moja matka i tak mówię ja, i pewnie będzie mówić Agnieszka swoim dzieciom. Rozpisałam leki na kartce: antybiotyk co osiem godzin, syrop trzy razy dziennie, paracetamol w razie gorączki. Kartka była na stoliku w salonie, obok szklanki z wodą i termometru.

Trzeciego dnia zadzwonił Tomek. Henryk powiedział mu, że jest chory, i dodał pewnie swoje zwykłe „ale dam radę". Tomek przyjechał w sobotę rano z Kasią. Ja właśnie wchodziłam z kolejnym garnkiem - tym razem z zupą jarzynową, bo Henryk powiedział, że rosółu już nie może widzieć.

Spotkaliśmy się w przedpokoju. Ja z garnkiem, Tomek z torbą pełną mandarynek.

- Dzień dobry - powiedziałam. - Jestem Lucyna, sąsiadka taty.

Tomek popatrzył na garnek, potem na mnie, potem na granatowe kapcie, które stały przy drzwiach - moje kapcie, które zostawiłam u Henryka miesiąc temu i jakoś nigdy nie zabrałam. Zrozumiał. Oczywiście, że zrozumiał.

- To pani - powiedział. Nie pytanie. Stwierdzenie.

Spędzili u ojca cały dzień. Ja ugotowałam obiad, Kasia nakryła do stołu, Tomek siedział przy łóżku ojca i opowiadał o remoncie, który właśnie kończył na Psim Polu. Normalny dzień. Prawie rodzinny. Prawie - bo ja nie wiedziałam, gdzie mam usiąść. Przy stole? Na fotelu Ireny? Przy kuchennym blacie, udając, że jestem tu tylko służbowo, z garnkiem?

Usiadłam przy stole. Henryk patrzył na mnie z łóżka - widział kuchnię przez otwarte drzwi - i uśmiechnął się lekko. Tym swoim uśmiechem, który wyglądał jak mrugnięcie i trwał sekundę.

Przy pożegnaniu Tomek pomógł mi zanieść pusty garnek na klatkę schodową. I wtedy to powiedział.

- Tata mówił o pani. Nie mówił, że aż tak.

Stałam z tym garnkiem i nie wiedziałam, czy to komplement, czy wyrzut. Czy „aż tak" oznacza: jak dobrze, że ktoś się nim zajmuje. Czy oznacza: nie spodziewałem się, że tak szybko po mamie. Tomek miał twarz, której nie umiałam czytać. Młodą twarz, zmęczoną twarz, twarz człowieka, który ma za dużo na głowie, żeby jeszcze analizować uczucia ojca.

- Proszę się nie martwić - powiedziałam. - Pilnuję, żeby brał leki.

Tomek kiwnął głową. Wsiadł do samochodu. A ja zostałam z garnkiem, z pytaniem i z widokiem na puste miejsce parkingowe.

Następnego dnia zadzwoniła Magda z Irlandii. Do Henryka, nie do mnie - ale słyszałam rozmowę, bo siedziałam obok i obierałam jabłka na szarlotkę. Henryk mówił: „Tak, jest tu. Tak. Nie, nie sąsiadka. Znaczy - sąsiadka, ale nie tylko." Potem długo słuchał. Potem powiedział: „Magda, ja wiem, że mama..." i urwał. Odłożył telefon. Patrzył na mnie tak, jakby przepraszał za coś, czego nie potrafił nazwać.

Nie pytałam, co powiedziała Magda. Obierałam jabłka. Henryk leżał. Za oknem kwitły kasztany.

Minął tydzień, zapalenie ustąpiło. Henryk wstał, ogolił się, założył czystą koszulę i powiedział:

- Lucyna, chcę, żebyś przeniosła tu te kapcie na stałe.

Siedziałam w kuchni z kubkiem herbaty i wiedziałam, że to nie jest pytanie o kapcie. To jest pytanie o wszystko. O klucze, o szczoteczkę do zębów, o miejsce w szafie, o Wigilię, o to, jak nas przedstawią wnukom i co pomyśli Magda, i czy Tomek jeszcze kiedyś powie „aż tak" - ale inaczej, cieplej.

Nie odpowiedziałam od razu. Piłam herbatę. Patrzyłam na grafik leków, który wciąż wisiał na lodówce, przyczepiony magnesem w kształcie serduszka - Ireny magnesem, z Ireny lodówki, w Ireny kuchni.

- Pomyślę - powiedziałam.

Henryk kiwnął głową. Nie nalegał. W naszym wieku nie nalega się. Czeka się cierpliwie, bo wie się, że czas jest skończony, ale mimo to nie wolno go popędzać.

Wróciłam do siebie. Kapcie zostały u Henryka. Do dziś stoją przy jego drzwiach - granatowe, wytarte, moje. I ja nie wiem, czy to już odpowiedź, czy jeszcze pytanie.