
Córka zabiera mnie na spacer w każdą niedzielę - zawsze tą samą trasą, obok ławki, na której siedzą jej teściowie. Prowadzi pod rękę, głośno dopytuje o zdrowie. Za rogiem puszcza łokieć: „dasz radę sama do domu, mamo? Ja lecę".
Pierwszego razu pomyślałam, że się spieszy. Że coś jej wypadło, jakiś obiad u Zbyszka w domu, że teściowa dzwoniła. Ale to było w czerwcu. Teraz jest kwiecień następnego roku i nic się nie zmieniło. Dokładnie ten sam scenariusz, co niedzielę, jak w teatrze. Tyle że widownia siedzi na ławce i klaska.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i do niedawna byłam przekonana, że wychowałam dobrą córkę. Może nawet najlepszą. Kasia skończyła farmację, pracuje w aptece na Mokotowie, wyszła za Zbyszka - porządny chłopak, elektryk z własną firmą. Mają dwójkę dzieci, Zuzię i Bartka, mieszkają w ładnym mieszkaniu na Ursynowie. Wszystko jak z obrazka.
A ja siedzę sama w dwupokojowym na Grochowie, od kiedy Tadek umarł pięć lat temu. Serce. Poszedł do garażu po wiertarkę i nie wrócił. Sąsiad go znalazł. Ale to inna historia, choć może nie do końca inna, bo od pogrzebu Tadka zaczęło się to, co teraz czuję najboleśniej - powolne usuwanie mnie z życia Kasi.
Najpierw odpadły wspólne niedzielne obiady. „Mamo, wiesz, Zbyszek ma dużo roboty, dzieci mają zajęcia, nie dajemy rady co tydzień." Dobrze, rozumiałam. Potem odpadły telefony codziennie. Raz w tygodniu, potem raz na dwa tygodnie. „Mamo, nie gniewaj się, ale ja po dwunastu godzinach w aptece nie mam siły gadać." Rozumiałam i to. Byłam cierpliwa. Mówiłam sobie: daj jej przestrzeń, Halina, ona ma swoje życie.
Ale potem zaczęły się te niedzielne spacery i przestałam rozumieć cokolwiek.
To Zbyszek zaproponował, a właściwie Zbyszkowa matka - Wiesława. Kobieta z gatunku tych, co to organizują cały świat wokół siebie i jeszcze im mało. Kiedyś, na komunii Zuzi, usłyszałam, jak mówi do swojej siostry: „Bo ta Halina to biedna jest, sama, schorowana, Kasia musi na nią uważać." Schorowana! Mam ciśnienie i bolą mnie kolana, jak każdą kobietę po sześćdziesiątce. Chodzę do sklepu, gotuję, sprzątam, robię na drutach. Nie jestem żadną inwalidką.
Ale Wiesława i Zbyszek stworzyli taki obraz - matka Kasi, biedna, samotna wdowa, trzeba się nią opiekować. I Kasia w to weszła. A może jej to było na rękę, bo skoro „opiekuje się matką", to nikt nie powie, że mnie zaniedbuje.
Trasa spaceru jest zawsze ta sama. Wychodzimy z mojego bloku, idziemy aleją wzdłuż parku, skręcamy przy przychodni i wracamy ulicą Podskarbińską. Na rogu, przy kiosku, stoi ławka. I tam siedzą Wiesława ze Stanisławem - teściowie Kasi - niby przypadkiem, niby na swoim codziennym spacerze. Kasia wtedy głośniej mówi. „Mamo, a wzięłaś leki? Mamo, a jak ciśnienie? Mamo, może ci kupić ten maselniczek, co chciałaś?" Uśmiecha się, poprawia mi szalik, ściska rękę. Wiesława kiwa głową z uznaniem. Patrzy na mnie z takim ciepłem, jakby byłam chorym kotkiem.
Mijamy ławkę i idziemy dalej. Kasia milknie. Sprawdza telefon. Za rogiem, na wysokości sklepu z farbami, staje.
- Dasz radę sama do domu, mamo? Ja lecę.
I leci. Pierwszy raz zapytałam: „Dokąd?". Machnęła ręką - „a bo Zuzia ma trening". Drugi raz: „Zbyszek czeka z obiadem". Trzeci raz nie pytałam, bo odpowiedzi i tak nie miały znaczenia. Prawda była prosta - potrzebowała tych piętnastu minut obok ławki z teściami, a reszta była zbędna.
Miałam wtedy ochotę stanąć na środku chodnika i krzyczeć. Ale nie krzyknęłam. Poszłam do domu, zrobiłam sobie herbatę z cytryną, usiadłam w fotelu Tadka i płakałam tak cicho, żeby sąsiadka przez ścianę nie usłyszała.
Krysia z trzeciego piętra to jedyna osoba, której powiedziałam. Krysia ma siedemdziesiąt lat i trzech synów, z których żaden nie dzwoni częściej niż raz w miesiącu, więc nie jest idealna doradczyni. Ale za to mówi szczerze.
- Halina - powiedziała, krojąc sernik na moim blacie - twoja Kasia nie jest zła. Ona jest wygodna. A wygoda to gorsze niż złość, bo ze złości ludzie wychodzą, a z wygody nigdy.
Może miała rację. Kasia nie robi tego ze złośliwości. Ona naprawdę wierzy, że te niedzielne spacery to opieka. Że odhaczyła „matkę" na liście obowiązków, jak się odhacza wizytę u dentysty. Przy teściach wygląda na córkę roku. A ja dostaję piętnaście minut udawanej czułości i resztę drogi sama, z bolącym kolanem i jeszcze bardziej bolącym sercem.
W marcu zadzwoniłam do niej w środę. Ot tak, bez powodu. Chciałam usłyszeć jej głos.
- Mamo, wszystko dobrze? Stało się coś?
- Nie, córeczko, po prostu chciałam pogadać.
Cisza. Słyszałam w tle telewizor, Bartek się z kimś kłócił o pilota.
- Mamo, ja teraz nie mogę, oddzwonię, dobrze?
Nie oddzwoniła. Ani tego dnia, ani następnego. W niedzielę przyszła jak zwykle, z uśmiechem, pod rękę, tą samą trasą.
Zaczęłam się zastanawiać, czy to moja wina. Może byłam złą matką? Może za mało jej dawałam? Ale przecież pamiętam, jak nocami siedziałam przy jej łóżku, kiedy miała zapalenie ucha. Jak szyłam jej sukienkę na studniówkę do trzeciej w nocy, bo krawcowa zawiodła. Jak z Tadkiem wzięliśmy kredyt, żeby jej opłacić studia, i spłacaliśmy go jeszcze osiem lat po jej dyplomie. Nie mówię, że mi jest winna. Ale mówię, że pamiętam.
W zeszłą niedzielę zrobiłam coś, czego sama się nie spodziewałam. Kiedy doszłyśmy do ławki z teściami i Kasia zaczęła swoje przedstawienie - „Mamo, a jak się czujesz, mamo, a może byśmy pojechały do sanatorium?" - zatrzymałam się. Wiesława patrzyła. Stanisław poprawiał czapkę.
- Kasiu - powiedziałam spokojnie - może się przesiądziemy do twoich teściów? Dawno nie rozmawiałam z panią Wiesławą. Posiedzę chwilę.
Widziałam, jak Kasi twarz ściągnęła się na ułamek sekundy. Taki mikrogrymas, który zna tylko matka. Ale się uśmiechnęła i powiedziała: „No pewnie, mamo, czemu nie."
Usiadłam obok Wiesławy. Zaczęłam rozmawiać o rododendronach, bo Wiesława ma działkę na ROD-zie pod Piasecznem. Gadałyśmy dwadzieścia minut. Kasia stała obok i nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Sprawdzała telefon, poprawiała torebkę, w końcu powiedziała: „Mamo, to może już pójdziemy?"
- Idź, córeczko - powiedziałam. - Ja tu jeszcze posiedzę. Do domu trafię.
Poszła. Widziałam jej plecy, szybki krok, telefon przy uchu, zanim jeszcze skręciła za róg. Wiesława popatrzyła na mnie i powiedziała cicho: „Pani Halino, to miłe, że pani z nami usiadła." I pierwszy raz wydała mi się zwyczajną, zmęczoną kobietą, a nie tą wielką reżyserką, za którą ją miałam.
Wróciłam do domu sama. Bolało kolano, ale jakoś mniej niż zwykle. Zrobiłam herbatę, usiadłam w fotelu Tadka. Nie płakałam.
Nie wiem, co będzie w następną niedzielę. Nie wiem, czy znowu usiądę na tej ławce, czy może w ogóle powiem Kasi, że nie chcę już tych spacerów. Że wolę prawdziwe pół godziny raz w miesiącu niż ten cotygodniowy teatr. Albo może nic nie powiem. Może po prostu znów usiądę obok Wiesławy i będziemy gadać o rododendronach, i może to będzie moje małe zwycięstwo, i może to będzie moja mała porażka - bo czy matka powinna walczyć z własną córką o odrobinę prawdziwej obecności?
Tadek by powiedział: „Halina, nie kombinuj, pogadaj z nią normalnie." Ale Tadka nie ma. A ja nie jestem pewna, czy Kasia chce normalnej rozmowy. Może jej ten teatr wystarczy. Może wystarczy jej, że jest dobrą córką w oczach ławki.
Tylko że ja nie jestem widownią. Ja jestem jej matką. I chyba właśnie to jest najtrudniejsze - że dla niej to może już nie jest ta sama rola, co dla mnie.